Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygodowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygodowy. Pokaż wszystkie posty

7 marca 2012

Przygody Tintina (2011)

6 [dodaj komentarz]

     Kumpela z pracy rzuciła mnie w twarz: niezły shit wybrałeś sobie na come back. Nie masz na co do kina chodzić czy jak? Oj tam, oj tam :P
     Zabierając się za Przygody Tintina miałem nadzieję, żę Spielberg (reżyser niżej opisanego filmu) odrobił lekcje po ostatnim niewypale Indym 4, przemyślał sprawę i powrócił do kina przygody, aby pokazać, że dalej jest gość. Mamy więc do czynienia z zupełnie nową historią, w której Spielberg podstarzałego archeologa wymienił na młodego podróżnika, wszystko zamknął w nowoczesnym, animowanym pudełku i rzucił na pożarcie widzom głodnym prawdziwych przygód.



     Niestety, mam wrażenie, że Spielberg stoi w miejscu. Jest doskonały w swoim fachu, to nie ulega wątpliwości, ale jakby zatrzymał się w czasie. Niczym nie zaskakuje, powiela samego siebie i chyba tylko najwięksi fani dalej potrafią czerpać z tego taką rozrywkę jak 20 lat temu. Przygody Tintina, pomijając fakt, że to animacja (aczkolwiek bardzo „filmowa” animacja), to film, który spokojnie mógłby być kolejną częścią Indiany Jonsa, a tak naprawdę drugą częścią nowej , nigdy nie powstałej trylogii (bo z trylogią sprzed lat to jak dla mnie ani nowy Indy, ani Tintin za wiele wspólnego nie mają). Spielberg nie nakręcił niczego nowego bowiem młody czy stary, animowany czy też nie – Tintin to tak samo bezbarwna, nudna postać, której nie idzie bez problemu polubić (do tego zdecydowanie za dużo do siebie gada..), okraszona poczuciem humoru dla pięciolatków i rzucona w wir niewiarygodnej, acz zupełnie nieatrakcyjnej (schematycznej) przygody zwieńczonej kiepskim finałem. Myślę, że każdy kto widział Indianę 4 (nie sposób nie porównywać obu filmów) i weźmie się za Przygody Tintina od razu dozna istnego Dejavu. Mi czwarta część Indiany średnio się podobała i dokładnie tak samo jest z Tintinem. Spielberg wyraźnie wyrósł z „temtego” kina przygodowego, a nowe przygody, mające bądź co bądź swoje momenty na pobudkę, odbieram jako widowiskową nudę.
     Na plus niewątpliwie zaliczam oprawę audio, a przede wszystkim wizualną stronę filmu. Animacja, do czego jesteśmy już przyzwyczajeni, dosłownie powala, ale w przypadku Tintina można mówić o prawdziwym rozmachu. Spielberg przyzwyczaił nas do długich ujęć, do dryfującej kamery, ale dopiero w Tintinie mógł sobie pozwolić na fantastyczne ujęcia i niczym nie skrępowany, genialny montaż nie osiągalny w tradycyjnych filmach fabularnych. Oj jest, naprawdę jest na co popatrzeć.



     Film broni się, jeżeli miałbym oceniać go z perspektywy bardzo młodego widza, który przyzwyczajony już do animowanych filmów od DreamWorks i Pixara, w produkcji Spielberga poczuje powiew świeżej przygody. Niestety, ja już taki młody nie jestem (z czym trudno mi się pogodzić) i do mnie ta historia, ten humor, ci bohaterowie zupełnie nie przemawiają. Obejrzałem przygodę, ale niestety nie przeżywałem jej (jakkolwiek dziwnie to brzmi). I tak jak nie mam problemu wysokimi ocenami dla filmów totalnie bez sensu, w których nie gra nic poza efektami i akcją tak Przygody Tintina nawet na tym polu nie niwelują mojego rozczarowania. Czegoś ewidentnie w tym filmie zabrakło.

::::::::::::::::: 5+/10 :::::::::::::::::

P.S. Pozdro dla kumpeli. Zapewne teraz myśli, że mnie zdrowo poje*bało skoro Spielberga oceniam niżej niż jakiegoś durnego McG. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie :P

21 sierpnia 2011

Geneza planety małp (2011 - kino)

2 [dodaj komentarz]

     Planeta małp – francuska powieść fantastyczno-naukowa autorstwa Pierre'a Boulle'a z 1963 roku, na podstawie której powstała seria amerykańskich filmów science-fiction, a także jednosezonowy serial telewizyjny. Ów produkcji powstało w sumie ponad dziesięć, z przypadku widziałem jedną (Planeta Małp od Burtona – ledwo dotrwałem do końca) co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że świat gadających małp to zupełnie nie moja bajka (małpa to małpa). Najnowszego filmu, Genezy planety małp w reżyserii Ruperta Wyatta też nie chciało mi się oglądać, ale chwalebny projekt Środy z Orange ma niestety tą wadę, że nie działa z filmami 3D co obecnie eliminuje jakieś 85% (chore) interesującego mnie repertuaru kinowego. A Geneza planety małp będąca bądź co bądź blockbusterem, okazała się płaska jak decha więc idealną opcją do wykorzystania kodu.
     Głównym bohaterem filmu jest oczywiście małpa o imieniu Cezar. Losy ów jegomościa obserwujemy od narodzin, przez dojrzewanie i ewoluowanie jego inteligencji (pod wpływem leku wyprodukowanego przez ludzi), po dorosłe życie będące jednocześnie dramatem stworzenia żyjącego w niewoli. Jak nietrudno się domyśleć, rozejdzie się o to do czego każdy ma prawo – wolność.



     Duże, pozytywne zaskoczenie. Geneza planety małp to od początku do końca bardzo dobre, trzymające w napięciu kino wakacyjne. Jest tu wszystko czego dusza zapragnie – świetna muzyka, doskonałe efekty specjalne, ciekawi bohaterowie, dialogi trzymające poziom oraz prosta acz nader wciągająca fabuła. Twórcy nie ustrzegli się pewnych denerwujących schematów (chciwość korporacji, pomyleniec w zoo), ale z drugiej strony trzymają widza w napięciu od początku do końca umiejętnie unikając niepotrzebnych zwolnień oraz, co się chwali, głupich rozwiązań. Fakt, chciałoby się, aby pewne wątki były głębsze w treść, aby skrótów myślowych było ciut mniej, ale mimo wszystko wydaje mi się, że jak na wakacyjnego blockbustera i tak wyszło lepiej niż dobrze. Akcja zmierza do określonego celu, motywacja i działania poszczególnych bohaterów mieszczą się w graniach zdrowego rozsądku i tak najzwyczajniej w świecie Genezę pod względem fabularnym chce się oglądać do samego końca.
     Same małpy jako tako uważam za mało ciekawy obiekt do podziwiania… W końcu małpa… to małpa :) Jednak te w filmie wyglądają… bajecznie realistycznie. Ich ruchy, gestykulacja, mimika twarzy, a przede wszystkim oczy to małe mistrzostwo świata dla którego warto ten film obejrzeć. Wypada jednak zaznaczyć, że realizm, czyli bardzo dobre efekty specjalne, to jedno, uwierzenie w to co się widzi i przejmowanie się takim cyfrowym małpiszonem (przypominam: małpa to małpa) to drugie. A w tej materii Genezę planety małp widzę już jako małe arcydzieło, które trzeba zobaczyć. Z drugiej strony ciekawe, że pod względem wizualnym film nie stara się być bardziej wielki niż w rzeczywistości jest. Tzn. wszystko jest dopracowane w najmniejszych detalach, ale nie ma tu przesadnego widowiska czy też tradycyjnego „jeb” w finale. Rzekłabym nawet, że to taka zajebiście dopracowana, ale kameralna mega produkcja. Brak 3D uważam za gigantyczny plus bo a) mam dość 3D, b) jakoś nie wyobrażam sobie tego filmu w cyfrowej jakości (to tak jakby te małpy wrzucić do Mody na sukces – jakoś tego nie widzę).



     Reasumując, nie byłem przekonany, zresztą dalej uważam, że pomysł na film o małpach jest deczko poroniony – małpa to małpa :). A jednak okazało się, że w dobie Avatarów, Transformersów, Potterów i innych cudów, bunt małp spokojnie dają radę. Przemyślany, wciągający, dobrze nakręcony film czyli duże, pozytywne zaskoczenie. Warto zobaczyć.

::::::::::::::::: 8/10 :::::::::::::::::

19 czerwca 2011

Sucker Punch (2011 - kino)

1 [dodaj komentarz]

     Zack Snyder konsekwentnie uderzał i uderza w esencję tego co w sali kinowej brzmi i wygląda najlepiej - audio-wizualny rozpierdziel. Zagorzali fanatycy kina ambitnego - Bergmana, Kubricka, Polańskiego i innych wielkich nie mają tu czego szukać. No chyba że traktują Snydera jako podstawka do bycia full profesionall - przyrównać popcorniarza do ww. reżyserów i powiedzieć, że Snyder to kompletne dno. Niemniej, pomimo mojej wielkiej sympatii do tegoż reżysera i jego slow motion style pozbawionego jakichkolwiek głębszych treści, muszę powiedzieć, że Sucker Punch to niewiarygodna słabizna. Snyder miał dać czadu… No i dał, jak krowa na beton.



     W kwestii najbardziej charakterystycznej, czyli efekciarstwa, Snyder dał radę. Warto jednak zaznaczyć, że dać radę oznacza, że jest ok, a takie ok po tym co Snyder pokazał w poprzednich filmach już takie ok dla mnie nie jest. Ogólnie rzecz ujmując Sucker Punch to film po brzegi wypełniony walkami, wybuchami, strzelaninami, pościgami i wszystkim innym co na blue screenach wygląda najlepiej (a za co Snyder jest uwielbiany - przynajmniej przez tych, którzy idą do kina się “rozerwać“). Choreografia walk wypada momentami świetnie, montaż nie jest oczojebny, a akcję uzupełnia maaaaasa charakterystycznych zwolnień oraz przesadnych detalizacji różnych przedmiotów/sekwencji. W sumie można spokojnie powiedzieć, że w porównaniu do poprzednich filmów Snydera, w Sucker Punch akcji jest dwa, a może nawet trzy razy więcej. Problem w tym, że wygląda to wszystko ładnie, ale ani to grzeje, ani ziębi. Po pierwsze, wszystko już gdzieś było, po drugie, nawet w głupim, wysokobudżetowym mordobiciu trzeba uważać aby nie przegiąć z infantylizmem. Momentami miałem wrażenie, że ktoś tu garściami czerpie z kreskówek typu Dragonball co kompletnie nie wpisuje się w moje osobliwe wyobrażenie kina akcji. Za dużo tu nadnaturalnych zdolności, przewidywalności i walk na zasadzie “jeden na wszystkich”, które były dobre za czasów Chucka Norrisa.
     Historia u Snydera zawsze jest na drugim planie, ale gdy za scenariusz odpowiada sam Snyder okazuje się, że ów historii nie potrzebuje wcale. Gdyby tak wyciąć śladowe ilości dialogów i wszystko inne co odpowiada za jakiś tam związek przyczynowo skutkowy to mielibyśmy do czynienia z nudnym jak flaki teledyskiem. A tak, dzięki wizjonerstwu Snydera jest i nudno i głupio. W telegraficznym skrócie historia ma się następująco: tleniona blondyna Babydoll zostaje umieszczona przez ojczyma w zakładzie psychiatrycznym i za pięć dni ma przejść zabieg lobotomii. Babydoll wariatką niby nie jest, ale od problemów ucieka w zdrowo porypany świat wyobraźni, w którym nie braknie smoków, nazistów, robotów, olbrzymów, a ona sama w spódniczce mini (coś na wzór mangi) biega z M14 i killuje wszystko co się rusza rozwiązując tym samym problemy w realu (zmyślne, prawda?). Dałoby się to łyknąć gdyby nie nieśmiertelność głównej bohaterki i pomysł na idiotyczne poszukiwanie 5 przedmiotów pozwalających na ucieczkę z zakładu psychiatrycznego. W grach komputerowych jasne zasady to rzecz normalna, a nawet bardzo pożądana, dlatego są tzw. tutoriale pokazujące co, kogo i w jaki sposób. Dzięki temu można szybko ogarnąć zasady rozgrywki i potem giercować przez pół nocy. W Sucker Punch sytuacja ma się niestety podobnie - po pierwszym przeniesieniu do świata wyobraźni wszystko staje się jasne, ale tu widz nie ma żadnego wpływu na dalszą akcje. Musi siedzieć i bezmyślnie lampić się na fajerwerki ze świadomością tego, że tak już będzie do końca filmu (5 przedmiotów, 5 światów, 5 walk) i niczego nowego nie zobaczy. Lipa, Snyder od razu rzuca na stół wszystkie karty, potem konsekwentnie tłucze idiotyczne poszukiwania (co jest tak interesujące jak zeszłoroczny śnieg), nie martwiąc się przy tym o fatalne dialogi i kompletny brak bohaterów - liczy się tylko 1,5 godzinna teledyskowa rozjebka, której zwyczajnie nie chce się oglądać do końca (bo i po co, i tak wszystko jest jasne). Trzeba przyznać, że w kinie akcji to jakiś ewenement - cały czas coś dudni, wybucha, akcja zapiernicza jak głupia, a z nudów można sobie flaki powypruwać.
     Słów kilka elemencie drażniącym, ale i zarazem bardzo udanym, czyli o muzyce. Do tej pory często odsłuchuje poszczególne kawałki (szczególnie Sweet Dreams) i muszę przyznać, że to jeden z ciekawszych i dynamiczniejszych soundtracków, jakie dane było mi posłuchać. Problem w tym, że ów muzyka w moim odczuciu kompletnie nie pasuje do filmu. Nigdy nie lubiłem w muzyce filmowej utworów śpiewanych bo wg mnie jest to zwyczajnie ‘mało filmowe’ i zabija klimat. Oczywiście, w przeróżnych komediach, animacjach zdaje to egzamin, pod warunkiem, że jest to jeden/dwa utwory obrazujące jakiś ciekawy motyw (taki przerywnik na złapanie oddechu). W Sucker Punch filmowy klimat zabijają zbyt charakterystyczne wokale, które nijak nie komponują się z akcją. Wszystko sprawia wrażenie “na siłę zajebistego”, tak jakby sponsorem podkładu muzycznego było MTV promujące nowe gwiazdy muzyki POP. Co ciekawe, w momencie najbardziej odjechanej sekwencji, w której to babeczki po kolei eliminują zastępy robotów, a wszystko sprawia wrażenie “pociągnięcia jednym ujęciem” w tle słychać ryczące chóry, które do dynamicznej rozpierduchy pasują jak pięść do oka (chyba właśnie w tym momencie powinna dudnić jakaś szpanerska melodyjka - tak jak przy walce Neo z oddziałami specjalnymi w pierwszej części Matrixia)



     Cóż, wg mnie Snyder zaliczył mega wtopę i nie sądzę, aby wersja reżyserka miała tu cokolwiek zmienić (ponoć ma rzucić nowe światło na całą fabułę i w ogóle pozamiatać - jasne..). Sucker Punch to film rzeczywiście dynamiczny, widowiskowy, ale nie bez powodu teledyski na MTV trwają 4 minuty, a nie 1,5 godziny. Wniosek dla mnie jest oczywisty - ze Snydera taki scenarzysta jak z braci Mroczków aktorzy. Mam nadzieję, że jego następne filmy nie będą jego autorskimi pomysłami a jeno adaptacjami - książek, gier, czegokolwiek co nie będzie podpisane jego nazwiskiem. I świat znowu będzie piękny.

::::::::::::::::: 3+/10 :::::::::::::::::

8 stycznia 2011

SERIALE: Zagubieni - sezon 3

1 [dodaj komentarz]

     Nie ma to jak podczas oglądania ostatniego odcinka zdać sobie sprawę, że już kiedyś przez przypadek obejrzało się go w tv :) Mimo wszystko finał trzeciego sezonu Lostów podobał mi się najbardziej (w porównaniu do dwóch poprzednich) i jestem śmiertelnie ciekawy o czym będą kolejne sezony. Szczególnie, że ostatni odcinek mógłby być (jeżeli przymknąć oko na masę niewyjaśnionych wątków) tym ostatnim odcinkiem w ogóle. A tu jeszcze 3 sezony, czyli ponad 40 odcinków do końca…
     Trójeczka została wyraźnie poświęcona Innym (mieszkańcy wyspy, którzy porwali kilku rozbitków) i muszę przyznać, że serial nic nie stracił ze swojego klimatu. Obawiałem się, że po sukcesie pierwszego i drugiego sezonu, twórcy mogą ulec syndromowi “jest dobrze, dajmy wszystkiego 2x więcej i będzie bardzo dobrze”, ale na szczęście tak się nie stało. Fakt, nowych postaci przybyło, ale główni bohaterowie nie spadli z piedestału i na szczęście pozostali na pierwszym planie. Niemniej muszę wspomnieć o przywódcy Innych, Benjaminie Linus, który okazał się być chyba największym manipulatorem z jakim miałem do czynienia w filmach. Odcinki z jego udziałem potrafią przyprawić o ból głowy - nieważne czy sypie półsłówkami, czy elaboratami, i tak nigdy nie wiadomo czy ściemnia, czy mówi prawdę (a jak już wyjątkowo zdobywa się na to, by rzec coś bez ściemy to i tak robi to w taki sposób, aby mu nie uwierzyć). Aktor Michael Emerson, odwalił naprawdę kawał dobrej roboty chociaż obawiam się, że już na zawsze zostanie Benem - potwornie charakterystyczna rola/postać. Z drugiej strony przywódca rozbitków, Jack Shephard to chyba najbardziej nieprzesadnie pozytywna postać i tutaj też jestem pełen uznania dla aktora Matthew Foxa. Słuchajcie, jak on płacze! :) Mistrzostwo świata. Nie znoszę beczących facetów, ale Fox, nawet w głupich sytuacjach, jak się rozbeczy to ja płacze razem z nim :P
     Trzeci sezon Lostów jest lepszy od drugiego i wg mnie ciut lepszy od pierwszego. Żadnych odcinków “zapychaczy”, natomiast napięcia i oczywiście nagłych zwrotów akcji nie brakuje. Każdy epizod został doskonale rozplanowany i kończy się tak, że można dostać zawału, a potem jeszcze dogorywać z ciekawości tego co będzie dalej. W moim przypadku sprowadzało się to mniej więcej do: “To co, jeszcze jeden odcinek? Ale to już ostatni na dzisiaj, zaraz będzie trzecia w nocy” :) O Lostach trudno pisać nie spojlerując więc kwestii fabularnej można rzec tylko tyle: w tym sezonie, jak i pierwszym oraz drugim, sporo się wyjaśnia, ale przede wszystkim wyjaśnia się niewiele. Każde rozszyfrowanie zagadki rodzi 5 nowych (o co kaman z tym Jacobem?) i, co tu dużo gadać, nie sądzę aby miało się to zmienić - taki już urok tego serialu. Natomiast jak zwykle świetnie wypadają wszelakie retrospekcje z życia poszczególnych bohaterów (nie tylko rozbitków!). Rzekłbym nawet, że tym sezonie są, jakby to ująć, bardziej intensywne w emocje i po prostu ciekawsze. Godne podziwu jest to, że twórcy w jednym odcinku trwającym nieco ponad 40 minut potrafią opowiedzieć dwie historie jednocześnie i w obu przypadkach trzymać widza za gardło.
     72 odcinki za mną, 49 przede mną i jakoś mnie to nie przeraża :) Jeszcze mi się nie znudziło, nie czuje się zmęczony, cały czas chce więcej. Ponoć najsłabsze sezony przede mną (początek czwartego jest jakiś taki dziwny), czas pokaże jakie są naprawdę. Natomiast do 3 sezonu jest bardzo dobrze.

::::::::::::::::: 8/10 :::::::::::::::::


18 grudnia 2010

Zaplątani (2010 - kino)

5 [dodaj komentarz]

       Flynn, uroczy awanturnik ścigany przez rozbójników, znajduje schronienie w opuszczonej wieży. Spotyka tam piękną i pełną temperamentu Roszpunkę, dziewczynę, której złote włosy mają magiczną moc. Żyjąca na odludziu księżniczka marzy, by poznać świat i przeżyć coś ekscytującego. Czarujący łotrzyk Flynn staje się jej przepustką do wolności.



       Zapomnijcie o Pixarze - w Zaplątanych nikt nie naucza, nie poucza, i nie zmusza na każdym kroku do głębszych refleksji nad życiem. Zapomnijcie o DreamWorks - w Zaplątanych nie ma humoru na siłę, nie ma przesadnych nawiązań dla klasyków kina wymagających od widza znajomości nie wiadomo jakich filmów. Zaplątani to zwyczajnie… 100% Disney’a. Prosta, wzruszająca, romantyczna, ale przede wszystkim zabawna (a raczej odjazdowa) przygoda.
       Co prawda pierwsze 5 minut musiałem przebrnąć trochę na siłę i nawet przez krótką chwilę zastanawiałem się czy aby na pewno dotrwam do końca. Chodzi, o to, że przygoda zaczyna się jak sentymentalno-miłosny musical. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie melodyjnie wyśpiewywanie banałów o tęsknocie i miłości w stylu mdłej Beaty Kozidrak (dziwne skojarzenie, prawda?) oraz pląsanie bohaterów po ekranie. Disney swego czasu był liderem w tego typu musicalach (w zasadzie jest nadal), ale przez chwilę czułem się za stary na tego typu bajeczki. Jednak później, proszę ja Was, później popłynąłem całkowicie.
       Zaplatani, jak nietrudno się domyśleć, to opowieść o miłości, marzeniach oraz odwiecznej walki dobra ze złem. Siłą tej animacji jest przede wszystkim doskonały humor. Mamy tu zbuntowaną Roszpunkę, księżniczkę o gołębim sercu, która ma poważne zakusy na mistrza ciętej riposty (nie mylić z pyskowaniem, nie u Disney’a) oraz Flynna - człowieka w głębi duszy dobrego, ale na zewnątrz złodziejaszka i wygadanego babiarza od siedmiu boleści. Trudno tej pary nie polubić - Flynn rozbraja nieudolnymi umiejętnościami czarowania płci pięknej, Roszpunka z kolei niewiele z zalotów kuma, przez co ich dialogi potrafią rozbawić do łez. Oprócz głównych bohaterów jest jeszcze mały kameleon Pascal oraz biały koń Maximus, postacie które na szczęście porozumiewają się tylko i wyłącznie gestami i mimiką. Koń jest w tym przypadku absolutnym mistrzem - takie skrzyżowanie terminatora i zebry z Madagaskaru, którego perfekcyjnie wykalkulowane wyczyny rozłożą każdego. Trudno powiedzieć, która para jest bardziej śmieszna, bo tak naprawdę w Zaplątanych nie ma lepszych i gorszych - nikt nie powie, że postacie drugoplanowe znowu uratowały film. Najważniejsze, że Zaplątani to animacja całkowicie wolna od ciężkiego, dwuznacznego humoru. Fakt, w dialogach pojawiają się słowa z języka potocznego, jednak nie ma tu ani jednego żartu bardziej dla dorosłego, albo bardziej dla dziecka. Przyjęło się, że animacja powinna być uniwersalna, dla każdego, i animacja Disney’a taka właśnie jest, choć jest to zupełnie inny uniwersalizm od tego jaki znamy z konkurencyjnych filmów.
       Poza tym w Zaplątanych jest mnóstwo widowiskowej akcji. Pościgi, walki, ucieczki - cały czas coś dzieje. Wszystko w bajkowej, czyli przesadnie kolorowej (jak to u Disney’a) oprawie graficznej. Animacja oczywiście perfekcyjna i trochę żałuje, że film obejrzałem w 2D bo było kilka momentów, które w 3D mogły robić wrażenie (np. klimatyczny tzn. romantyczny moment z lampionami). Również muzyka świetnie komponuje się z obrazem, szczególnie wstawki śpiewane. Muszę przyznać, że nie przepadam za musicalami, ale piosenki w Zaplątanych zupełnie nie przeszkadzają. Melodie i refreny łatwo wpadają w ucho, słowa są proste, a wykonanie naprawdę na wysokim poziomie. Tu warto wspomnieć o dubbingu - zaskakująco bardzo dobry (jeden z lepszych jakie słyszałem)



       Reasumując, Disney przypomniał się w znakomitym stylu. Wyszedłem kina w tak dobrym nastroju, że nawet mróz i zawieje śnieżne nie robiły na mnie wrażenia. Ba, nawet jęczące i pałętające się między rzędami dzieci jakoś nie przeszkadzały mi w oglądaniu filmu (zwykle doprowadzają mnie do pasji). Może dlatego, że sam poczułem się jak dzieciak sprzed lat, który po tygodniowym wyczekiwaniu na niedzielną wieczorynkę w końcu mógł obejrzeć cokolwiek co zaczynało się od migoczących gwiazd nad zamkiem. Zaplątani przywołują wspomnienia (chyba każdy w niedzielę o godz 19 oglądał bajki) bo to prawdziwa klasyka Disney’a w nowoczesnym, ale nie przeładowanym fajerwerkami opakowaniu. Szczerze polecam, świetna animacja.

::::::::::::::::: 8+/10 :::::::::::::::::

11 grudnia 2010

SERIALE: Zagubieni - sezon 2

3 [dodaj komentarz]

      O co w tym serialu chodzi? Nie wiem. Po obejrzeniu drugiego sezonu mam coraz większe wrażenie, że twórcy lecą sobie w kulki z widzem i raczej nie zdradzą prawdy o tym kto, po co i dlaczego. Każdy odcinek to kolejne dziwne wydarzenia i pytania bez słowa jakiegokolwiek wyjaśnienia. Fakt, to wkręca, to intryguje, ale niestety powoli zaczyna irytować. Bohaterowie biegają po wyspie to w jedną, to w drugą stronę, znajdują kolejne bunkry, a nawet znajdują kasetę video z instrukcją tajemniczego projektu Dharma. Człowiek jest już happy, w końcu się czegoś dowie, ale w następnym odcinku znajduje się kolejna kaseta, która wyklucza tą pierwszą. I znowu człowiek jest w przysłowiowej czarnej dupie. Nowy bohater Desmond - z jego postacią wiązałem największe nadzieje, w końcu był na wyspie przed rozbitkami. Niestety, pojawia się na początku by zniknąć i wrócić w ostatnich odcinkach. O dziwo, twórcy poświęcili mu cały odcinek, retrospekcja z jego życia sięgała wydarzeń jeszcze na długo przed przybyciem na wyspę i co? Nic, cały epizod jest tak nakręcony, że ogląda się go z zapartym tchem by potem na spokojnie dojść do wniosku, że nic z niego nie wynika, za to stawia kolejne pytania. Tych pytań jest już tak dużo, że wydaje się być niemożliwym, aby twórcy na wszystko mieli logiczne wytłumaczenie. Natomiast finałowy odcinek to już kompletny kosmos. Wielki rozbłysk, motyw z żoną Desmonta - o co kurna tu chodzi, no pytam się?! :) Po drugim sezonie jestem głupszy, niż po pierwszym. Najgorsze jednak jest to, że człowiek chce więcej… :)
      Bo twórcom nie można odmówić budowania napięcia, wciągających wątków, a przede wszystkim manipulacji. Mogliby jednak uchylić rąbka tajemnicy zamiast ciągle wodzić widza za nos i męczyć kolejnymi pytaniami. Szczególnie, że w tym sezonie jest kilka odcinków ewidentnie robiących za tzw. wypełniacze które kompletnie nic nie wnoszą do intrygi. A przecież poza główną osią fabularną jest kilka rzeczy z pierwszego sezonu - co się stało z tym czymś ryczącym w dżungli co łamało drzewa? Co to było? Gdzie się to podziało? W drugim sezonie nie ma o tym słowa, a przecież trudno zapomnieć o czymś co rozszarpuje ludzi na strzępy. Co z miśkami polarnymi? Wcięło. Na szczęście serial dalej obfituje w sporą ilość ciekawych retrospekcji zdradzających tajemnice głównych bohaterów. Ciekawe, że wszystkich bohaterów coś łączy - wpadli na siebie, mieli tych samych znajomych, mieszkali obok siebie… Mam nadzieję, że to też zostanie wyjaśnione...
      Po obejrzeniu drugiego sezonu jestem nieco rozdrażniony brakiem jakichkolwiek wyjaśnień (ostatni odcinek rozwalił mnie kompletnie), ale z drugiej strony ciekawość nie ustępuje i na dniach biorę się za trzeci sezon. Mam nadzieję, że skończy się eksperymentowanie z widzem, a zacznie się jakaś fabularnie wciągająca przygoda (chcę choć trochę dowiedzieć się co to za wyspa, co to za projekt Dharma i kim są Inni).

::::::::::::::::: 7+/10 :::::::::::::::::


25 listopada 2010

SERIALE: Zagubieni - sezon 1

4 [dodaj komentarz]

      6 sezonów, ponad 100 odcinków i miliony fanów na całym świecie. Zagubieni - fenomen małego ekranu, który kompletnie mnie nie interesował. Serial ciągnął się przez lata, a ja widziałem może ze 4 odcinki i to też przez przypadek (nic z nich nie zrozumiałem). Co ludzie widzą w 48 ocalałych z katastrofy samolotowej, którzy ganiają po bezludnej wyspie w tą i z powrotem? Po 6 latach od premiery pierwszego odcinka postanowiłem nadrobić zaległości i zobaczyć to na własne oczy.
      Teraz już wiem - ciągłe napięcie, suspens i igranie z emocjami widza to domena praktycznie każdego odcinka. A tych jest niemało - pierwszy sezon Lostów liczy aż 24 odcinki, co jak na serial jest sporym osiągnięciem (z reguły w sezonach odcinków jest 2x mniej). Muszę przyznać, że serial jest naprawdę świetnie przemyślany i na szczęście nie jest tylko i wyłącznie o przetrwaniu po katastrofie lotniczej. Natłok retrospekcji z życia poszczególnych bohaterów, w których próżno szukać chronologii, buduje bardzo konkretny obyczajowy dramat, a seria niezrozumiałych dziwności na wyspie (trochę fantasy, trochę thrillera) niejednokrotnie chwyta za gardło (m.in. dźwięk “tego czegoś” w dżungli to prawdziwe mistrzostwo). Chyba największe wrażenie robi niesamowita przyswajalność tego serialu. Przede wszystkim mnogość bohaterów, do których człowiek bardzo szybko się przyzwyczaja i bardzo szybko zaczyna się przejmować ich losem (wszystko m.in. przez liczne retrospekcje, ale też przez bardzo charakterystyczne wizerunki - dobór aktorów bezbłędny). W narracji serialu nie ma żadnego chaosu, wszystko jest tak sprytnie przemyślane, że ogarnięcie wszystkich wątków nie sprawia żadnego problemu. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że każdy odcinek stawia kolejne pytania bez odpowiedzi, na końcu okazuje się, ze wiemy tyle ile na początku serialu, a i tak mamy poczucie, że wszystko jest jasne i zrozumiałe :)
      Pierwszy sezon Lostów bardzo pozytywnie mnie zaskoczył i teraz rozumiem, dlaczego gro widzów oszalała na punkcie przygód rozbitków. Jestem bardzo ciekawy czy serial pójdzie w miarę sensowną ścieżką rozwoju i dalej będzie trzymać w napięciu czy może wszystko co dobre już zobaczyłem.  

::::::::::::::::: 8/10 :::::::::::::::::


8 listopada 2010

Legendy sowiego królestwa: Strażnicy Ga'Hoole (2010 - kino)

3 [dodaj komentarz]

     Po zaledwie dwóch produkcjach, 300 i Strażnikach, Zack Snyder stał się dla mnie jednym z najbardziej obiecujących reżyserów współczesnego kina popcornowego. Facet garściami, ale umiejętnie korzysta z dobrodziejstw techniki i bez problemu serwuje ogrom lekkostrawnego efekciarstwa. Widać to po tytułach wspomnianych wyżej, widać to po Legendach Sowiego Królestwa, widać to też po zwiastunie Sucker Punch. Snyderowi można zarzucić, że filmy ma proste, pozbawione głębi, ale jak na porządne kino rozrywkowe przystało, nie są jakoś przesadnie ogłupiające, a poza tym najważniejsze w nich jest to, że wciągają i ogląda się je rewelacyjnie. Gdy po raz pierwszy zobaczyłem zwiastun „Legend sowiego królestwa” pomyślałem: to jest to! Ten gość wie co dobre, znowu będzie wciągająca jazda bez trzymanki. Ale najnowsza animacja Snydera okazała się kubłem zimnej wody wylanym na moją nienasyconą efekciarskim kinem głowę.



       Filmografia Snydera może nie jest zbyt imponująca, ale chyba nie minę się z prawdą twierdząc, że jego wizytówką jest właśnie efekciarstwo. Pod tym względem animacja w Legendach sowiego królestwa powala fotorealizmem i montażem. Film obejrzałem w cyfrowej jakości, a więc w 3D i muszę powiedzieć, że takie newralgiczne elementy jak np. pióra, futerka, czy oczy, nawet w ogromnych zbliżeniach i zwolnieniach zachwycają niewiarygodnym detalizmem. Oczywiście nie ma tu ani jednego nienaturalnego momentu, także w samej animacji ruchów, która jest absolutnie bezbłędna. 3D na szczęście nie wyłazi z ekranu, a jedynie podkreśla przestrzenność filmu, szczególnie we wszystkich „lotnych” scenach. A te, na tle pięknych widoków i różnych warunków atmosferycznych wyglądają rewelacyjnie. Natomiast fenomenalnie wyglądają w ogromie zwolnień, które są, i chyba będą normą w filmach Snydera. W Legendach jest ich masa (ale w granicach zdrowego rozsądku) doskonale podkręcają patos, wywołują gęsią skórkę, po prostu kładą szczękę na podłodze. Może wydać się to dziwne, ale wg mnie Legendy Sowiego Królestwa pod względem technicznym wypadają o niebo lepiej od filmów DreamWorksa, a także (i tu pewnie niektórym się narażę :) ) Pixara. Oczywiście, oba studia mają dopieszczone animację w każdym, najdrobniejszym detalu, ale film Snydera ma tą przewagę, że jest po prostu fotorealistyczny. Momentami trudno uwierzyć, że to animacja… 
Niestety, piękna animacja to nie wszystko. Po zwiastunach spodziewałem się porywającej, pogodnej, rodzinnej przygodówki, tymczasem Sowy okazały się lekko nijaką produkcją. Jeśli założyć, że to film dla dzieciaków (już samo takie gdybanie stawia film w nie najlepszy świetle) to wg mnie jest zdecydowanie za mroczny, momentami za straszny (oślepianie). Do tego prawi o braterskiej zdradzie i w konsekwencji morderczej rywalizacji (dosyć mocne zakończenie), o dzieleniu na lepszych i gorszych, o totalitaryzmie, o zagnieżdżaniu w młodym umyśle nienawiści ukierunkowanej na wszystko co dobre, ogólnie o kwestiach raczej ciężkich, przy których spełnianie marzenia głównego bohatera zupełnie blednie. To nic złego, że w filmie są poruszane bardziej poważne wartości, ale brakowało mi w tym jakiejś takiej lekkości i prostoty w przekazie (co jest domeną Pixara), która w filmie jest raczej dosadna. Jeżeli natomiast przyjąć, że film jest bardziej dla dorosłego widza za którego, bądź co bądź, uważam się :P to ta dosadność spłycała mi cały odbiór. Wszystko na zasadzie: nieważne jak, byle więcej i szybciej. Fabuła banalna, na co generalnie można przymrużyć oko, ale na to, że sprawia wrażenie pociętej tak, aby film był krótszy, już nie (co tylko potęgowało spłycenie całości). Jakoś nie dane było mi popłynąć (czy też polecieć) z tą przygodą, było mi kompletnie obojętne jak film się zakończy. Fakt, końcówka gdzieś tam w głębi mnie poruszyła, ale nie wiem czy dlatego, że w końcu poczułem walkę pomiędzy dwoma skrajnie różnymi ideami rodzinnymi, czy też dlatego, że efekty zwyczajnie wgniotły mnie w fotel… Poza tym w całej opowieści przewija się bardzo dużo bohaterów co też nie jest za dobre, bo nie idzie się skupić i z kimkolwiek utożsamić.



       Zdaje sobie sprawę, że moje oczekiwania wobec Sów były zbudowane głównie przez pryzmat mojej przesadnej gloryfikacji Snydera i jego poprzednich filmów. Może właśnie dlatego wyszedłem z kina z tak ogromnym niedosytem graniczącym z rozczarowaniem. Animacja Snydera powala, jeżeli chodzi o techniczną stronę, ale niestety nie zachwyca całą resztą. Wg mnie jest to produkcja zaledwie na jeden raz, a i odpuszczenie sobie seansu nie będzie wielkim grzechem. Snydera oczywiście nie skreślam i cierpliwie, choć studząc już trochę swoje emocje, wyczekuje jego najnowszego filmu pt. Sucker Punch

::::::::::::::::: 6/10 :::::::::::::::::

19 września 2010

Parnassus (2009 - dvd)

3 [dodaj komentarz]

     Wraz z wędrowną trupą teatralną, m.in. sarkastycznym i cynicznym pomocnikiem Percym (Verne Troyer) oraz wszechstronnym młodym aktorem Antonem (Andrew Garfield), Parnassus oferuje widowni szansę wykroczenia poza rzeczywistość, bowiem jego magiczne lustro stanowi furtkę do świata nieskrępowanej wyobraźni. Jednak czary Parnassusa mają swoją cenę. Przed wiekami zawarł on pakt z diabłem, Panem Nickiem (Tom Waits), który wkrótce przybędzie odebrać swoją nagrodę: Valentinę (Lily Cole), ukochaną córkę Parnassusa. Stanie się to w dzień jej szesnastych urodzin. Aby uratować córkę Parnassus zawiera ostatni pakt z Panem Nickiem.



     W Parnassusie świat realny przeplata się ze światem fantazji w proporcjach, mniej więcej, pół na pół. Tym samym można powiedzieć, że wady i zalety filmu Gilliama rozkładają się, ni mniej ni więcej, pół na pół :) Jeżeli mam się zachwycać to zdecydowanie nad częścią realną, z której wynika ciekawa konkluzja – Gilliamowi nie można odmówić wyobraźni. Przede wszystkim powaliła mnie sceneria mrocznego Londynu, bujna pastelowa kolorystyka wędrownego teatru oraz charakteryzacja zupełnie nie z tej epoki. To wszystko ze sobą gra i nie gra, bo z jednej strony gigantyczny (piramidalny) drewniany wóz na ulicach Londynu (genialne ujęcia na sypiących się blokowiskach) pasuje jak pięść do oka, a z drugiej strony taki widok ma w sobie coś.. niezwykłego. Pomysł na taki teatr, czyli jakby nie patrzeć wymarłą formę sztuki i zdjęcia (ach, te kolory!) w realnej części są zachwycające. To jednak nie wszystko, bowiem przedziwni bohaterowie-outsiderzy, czyli cała ekipa teatru, która wydaje się być wyciągnięta z innej bajki z każdą kolejną minutą przedstawia zarys intrygującej opowieści (całkiem zabawnej) o pakcie Parnassusa z diabłem. Warto wspomnieć o tym, że Parnassus nie jest adaptacją ‘cudzego’ scenariusza, nie jest także ekranizacją gry czy książki, choć takie właśnie sprawia wrażenie. Wielu zada sobie pytanie „ciekawe, na podstawie jakiej to książki?”, albo „to już chyba gdzieś było?”, ale to od początku do końca dzieło Gilliama. Zatem pierwsza połowa jest praktycznie pod każdym względem niezwykła/oryginalna i bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Podziwiałem piękny obraz, słuchałem przyzwoitego podkładu muzycznego, poznałem i polubiłem przedziwne, ale sympatyczne postacie oraz zainteresowałem się fabułą wyczekując kolejnych wydarzeń.
     Jednak druga połowa filmu to już inna bajka. Akcja zostaje przeniesiona na drugą stronę lustra do świata fantazji i…? Cóż, Glliamowi dalej nie można odmówić pomysłowości i wyobraźni, ale niestety odniosłem wrażenie przerostu formy nad treścią. To oczywiście czysto subiektywne wrażenie, w końcu każdy z nas ma swój gust i pewnych rzeczy z założenia nie chwyta/nie czuje/nie rozumie. O ile pierwszą połowę filmu kupuje bez mrugnięcia okiem, o tyle druga połowa czyli kreskówkowe, bardzo kontrastowe widoczki, chodzenie po chmurkach czy gigantycznych drabinach - nie przemawia to do mnie nic, a nic. Ktoś powie „trzeba mieć fantazje dziadku” i kto wie, może ma racje, ale wg mnie Gilliam przekroczył granicę kiczu przysłaniając tym samym swoje artystyczne wizjonerstwo. Być może jest to też kwestia realizacji pomysłu, bowiem o takich efektach specjalnych, których na początku nie ma prawie w ogóle, nie można powiedzieć zbyt wiele dobrego. Druga połowa filmu jest wręcz nafaszerowana komputerem i trzeba przyznać, są momenty po prostu ładne, nie budzące większych zastrzeżeń, ale większość jest nienaturalna, dająca po oczach dość marnym renderingiem.
     To jednak i tak w tym wszystkim nie jest najgorsze. Bajkowy świat wg. Gilliama męczy, ale w gruncie rzeczy da się go oglądać. Natomiast chaos w fabule, pourywane wątki, brak logiki, marne zakończenie – to już razi. Prawdę mówiąc, w pewnym momencie losy bohaterów stały mi się kompletnie obojętne, a przekombinowanej końcówki nawet nie próbowałem ogarnąć. Wydaje mi się, że śmierć Ledgera jednak sporo namieszała w scenariuszu, że jednak nie wszystkie sceny w realu zostały nakręcone i przez to ten cały bajzel. Nie chce mi się wierzyć, że ta przesadnie skomplikowana intryga była zamierzona. To nie jest w stylu Gilliama. Rozumiem jednak, że film trzeba było ratować i wyszło jak wyszło (chociaż z drugiej strony nie ma się co oszukiwać, mogło być znacznie gorzej). Szkodza tylko, że Gilliam zarzeka się, że to jego najlepszy i najbardziej dojrzały film (rozumiem, że miał taki być, ale..).
     Pisząc o Parnassusie nie można nie wspomnieć o obsadzie. Z całej ekipy najbardziej podobał mi się genialny Tom Waits w roli Diabła, którego było zdecydowanie, ale to ZDECYDOWANIE za mało. Charakteryzacja, głos, gesty, melonik na głowie i ta rozbrajająca nonszalancja – bezbłędna rola. W kategorii „największe zaskoczenie” wygrywa nienaturalnie ładny brzydal, czyli długoooonoga blada twarz Lily Cole w roli Valentiny :). Dziewczyna poraża naturalnością (jeżeli chodzi o aktorstwo). W rolę nieznajomego Tonego wcieliło się aż 4 aktorów (kolejność nieprzypadkowa): Johnny Depp, Heath Ledger, Colin Farrell i niestety Jude Law (nie przepadam za nim).



     Przyznaje, za oglądanie Parnassusa zabrałem się bez specjalnych oczekiwań. Już po pierwszym zwiastunie wiedziałem, że ten film to kompletnie nie moja bajka. Nazwisko reżysera, doborowa obsada, szum wokół śmierci Heatha Ledgera - nic nie było w stanie przekonać mnie na tyle, aby ruszyć się na seans. Pierwsza połowa filmu naprawdę daje radę, a wręcz zaskoczyła mnie i zahipnotyzowała. Tak więc skłamałbym twierdząc, że Parnassus to film zły, ale powiedzieć „dobry” też niespecjalnie mi pasuje… Zatem nie odradzam, bo nie zaszkodzi zobaczyć, ale i nie polecam, bo niewielka to strata nie znać Parnassusa.

::::::::::::::::: 6+/10 :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu DVD
CENA: 69,90zł za wydanie 2-płytowe w kartonowym opakowaniu
format obrazu: 16:9
dźwięk: 5.1 (DD) + napisy PL oraz lektor PL w 2.0
Wszystkie dodatki z polskimi napisami
+ Terry Gilliam: Wprowadzenie
Materiał z cyklu „Face to face”. Na czarnym tle Gilliam patrzy centralnie w obiektyw kamery i opowiada… O tym czym miał być Parnassus, czym się stał po śmierci Ledgera i dlaczego na końcu filmu jest „Heath Ledger i przyjaciele”.
+ Świat Terry’ego Gilliama
Obowiązkowy materiał każdego bardziej znanego reżysera. Z początku wszyscy bardzo ciekawe opowiadają o różnych niuansach podczas zdjęć (naprawdę bardzo fajny materiał), by w końcu przejść do meritum i piać z zachwytu nad Gilliamem.
+ Jak powstawał film
Materiał z cyklu „ile trzeba zachodu by nakręcić małą scenę” podzielony na dwa mniejsze: Konstrukcja Klasztoru i Scena z Pijakiem. Wizualizacja i Storyboardy; blue boxy, szkice efektów wizualnych i w końcu efekt końcowy.
+ Usunięte sceny
Tak naprawdę tylko jedna, ale za to olbrzymia (prawie 5 minut). Anton szuka po drugiej stronie lustra chłopca, który przez przypadek dostał się na scenę teatru i wlazł do zwierciadła. W filmie to zaledwie moment, w rozszerzonej wersji poszukiwania to prawdziwa przygoda.
+ Heath Ledger
Materiały w całości poświęcone śp. Ledgerowi. Fragmenty ostatniego wywiadu, którego Ledger udzielił na 3 dni przed rozpoczęciem zdjęć do Parnassusa. Opowiada o filmie „Bracia Grim” oraz o jego definicji sukcesu. Poza tym materiał pt. Heath Ledger i przyjaciele, w którym dublerzy Ledgera opowiadają o wzajemnym szacunku i wyzwaniu jakim było kontynuowanie roli zmarłego. Na koniec migawki z za kulis pokazujące jak Ledger przymierza różne kostiumy. Filmik ciekawy bo momentami pokazuje przemianę Tonego za zwierciadłem (m.in. można zobaczyć jak Ledger miał grać fragment w którym wystąpił Johny Depp).
+ Z Parnassusem dookoła świata
Czyli relacje z premier w różnych krajach (Tokio, Londyn, Rzym itp.)
+ Prezentacja ekipy i obsady na scenie
Premiera w Londynie. Gilliam po kolei prosi na scenę najważniejszych członków ekipy filmowej.
+ Twórcy filmu na Cammerimage
Gilliam, jego córka i producentka zarazem Amy Gilliam oraz autor zdjęć Nicola Pecorini w ogniu pytań polskich dziennikarzy na Międzynarodowym Festiwalu Sztuki Autorów Zdjęć Filmowych PLUS CAMERIMAGE. Fajny materiał chociaż większość odpowiedzi Gilliama było w materiałach powyżej.

13 września 2010

Niezniszczalni (2010 - kino)

2 [dodaj komentarz]

     Predator, Rambo, Człowiek demolka, Sędzia dred, Terminator, Zabójcza broń, Szklana pułapka, Uciekinier, Pamięć Absolutna – to zaledwie kilka tytułów, którymi za młodu jarałem się tak jak teraz nastolatki na widok Edwarda :).Do dzisiaj pamiętam jak w domu pojawił się 4-ro głowicowy VHS Panasonica. Rodzicie szybko zorientowali się w swojej wychowawczej wpadce (HA HA, są winni :P), bo nic nie było w stanie powstrzymać mnie przed nagrywaniem filmów. Łapali się zatem za głowę nie pojmując, jak można oglądać w kółko to samo, aż do zajechania kasety :) (prawdę mówiąc zostało mi to do dzisiaj, z tą różnicą że dvd/blu jest ciut trwalsze..). Nadal mam ogromny sentyment do tego typu produkcji, a na epitety typu: kiczowate, głupie, naciągane itp. jestem zwyczajnie głuchy. Zresztą „z łezką w oku” nie raz odnosiłem się do kina akcji z przełomu lat 80/90 zawsze zaznaczając, że takich filmów już się nie kręci. Tym bardziej byłem zaskoczony, gdy dowiedziałem się, że Stallone zbiera ekipę sprzed lat, aby nakręcić film w starym, dobrym stylu! Czyżby niemożliwe stało się możliwe? Chyba nikt nie będzie zdziwiony, jak powiem, że „Niezniszczalni” był jednym z najbardziej oczekiwanych przeze mnie filmów tego roku.



     Kilka dni po premierze wybrałem się do kina i pierwsze, co mnie zaskoczyło to fakt wyświetlania filmu w największej sali. Duga sprawa to ilość widzów, których było naprawdę sporo – nie licząc pierwszych 3,4 rzędów sala była pełna w 95%! Przyznam, że oczekując na „Niezniszczalnych” byłem pewien, że film nie odniesie specjalnego sukcesu. Chyba wyszedłem z założenia, że takich jak ja, co to rozpamiętują się w epoce VHS nie jest aż tak dużo. Poza tym czego taki przeciętny i nieprzeciętny widz może spodziewać się po filmie, którego plakat prezentuje iście ‘doborową’ obsadę oraz… liczby. Stallone do tej pory na ekranie zabił 340 ludzi, Lungren 632 sztuki, Statham jak na razie biednie, bo tylko 140. W sumie obsada „Niezniszczalnych” wykosiła ponad półtora tysiąca czarnych charakterów – całkiem nieźle, nie? Teraz Stallone żegna się z kinem akcji dając sobie (i kumplom) 1,5 godziny killowania armii kubańczyków. Przyznam, że byłem ciekawy, kto to będzie oglądać. Nikt bowiem z mojego otoczenia nie wyraził chęci pójścia do kina. Nawet moja druga połówka pogardziła seansem w kinie, chociaż doskonale wiedziała, że mi na tym filmie zależy (będzie Ci to zapamiętane - ja wszystkie części Zmierzchu obejrzałem bez zająknięcia! :P).
     Z całą moją tolerancją na kino akcji (te obecne i te sprzed lat) niestety nie zachwyciłem się „Niezniszczalnymi”. Przyznaję, Stallone miał genialny w swojej prostocie pomysł na geriatryczne kino akcji, ale niestety nie miał pomysłu na sam film. Prawdę mówiąc pierwsze 15-20 minut kumuluje wszystkie atuty całego, ponad godzinnego filmu. Stallone serwuje akcję, trochę humoru, ale przede wszystkim od razu przedstawia całą obsadę, co z jednej strony jest ok (bo sporo znanych gęb), ale z drugiej strony nie zostawia nic na później. A przydałoby się, aby gdzieś w połowie filmu nagle zza krzaków wyskoczył dajmy na to Chuck Norris i z półobrotu wykosił tuzin Kubańczyków. Sylwuś wolał jednak od razu wszystkich wyłożyć na tacy, a przez resztę seansu zabawiać widza trzymającym w napięciu kinem akcji. Problem w tym, że reszta filmu jest mało zachwycająca. Zawodzą przede wszystkim postacie i marne dialogi. Nie spodziewałem się błyskotliwości Tarantino, ale kino akcji sprzed lat ma to do siebie, że główne postacie są zazwyczaj lekko szurnięte, wyszczekane, w typie pozytywnie złego maczo, którego nie da się nie lubić. Wystarczy wspomnieć takich twardzieli jak John McClane ze Szklanej Pułapki, John Spartan z Człowieka Demolki, Martin Riggs z Zabójczej Broni czy Harry Tasker z Prawdziwych Kłamstw. Panowie z „Niezniszczalnych” kilka razy nabijają się z wizerunku superhero, ale raczej w mało śmieszny sposób. Niestety trudno ich polubić, trudno ich też nie lubić, w gruncie rzeczy nieważne czy delikwent zarobi kulkę czy nie. Oni po prostu są… A jak nie ma komu kibicować, nie ma się z czego pośmiać to człowiek od razu zaczyna zwracać uwagę na elementy, na które w założeniu powinien przymknąć oko. Wiadomo, fabuła w kinie akcji ma drugorzędne znaczenie, ale w „Niezniszczalnych” nie ma w ogóle. Jest kilku superhero, jest armia kubańczyków i ot tyle, wiadomo kto kogo, choć nie wiadomo dlaczego. Co tu dużo gadać, jest nudno i chyba najgorsze w tym wszystkim jest to, że człowiek nie wyczekuje końcówki. Kiedyś oglądało sie takie filmy dla prostych, ale fajnych historii, dla bohaterów będących przerysowanym wizerunkiem prawdziwego faceta z jajami, ale przede wszystkim dla końcówek. Te bowiem zawsze były bombą. Co prawda bardziej widowiskową niż fabularną, ale z reguły chciało się zobaczyć, jak ten zły dostaje po dupie od tego dobrego, który na koniec rzuca jakimś mocnym lub rozbrajającym tekstem. Wystarczy znowu wspomnieć filmy, które wymieniłem na początku.



     W „Niezniszczalnych” jest sporo akcji bez komputerowej obróbki (aczkolwiek mogło być trochę bardziej widowiskowo), a krew i flaki momentami bryzgają jak u Roberta Rodrigueza. Niestety największym mankamentem tej rozpierduchy jest Stallone na stołku reżysera i scenarzysty (to, że wygląda jak napakowana karykatura Michaela Jacksona to już inna sprawa). Wg mnie za produkcję powinien się wziąć człowiek, który w tamtych czasach kręcił podobne filmy. W końcu to dobra reżyseria i scenariusz były fundamentem wizerunków twardzieli jakich pamiętamy do dzisiaj. Stallone z ów wizerunków i skojarzeń skorzystał, ale niestety zawalił całą resztę. Obejrzeć można, a nawet wypada, bo tylu niezniszczalnych w jednym filmie jeszcze nie było i zapewne nie będzie. Ale prawda jest taka, że film przeciętny, a „takich” filmów (łezka w oku :P) już się nie kręci.

::::::::::::::::: 6-/10 :::::::::::::::::

28 lipca 2010

Pandorum (2009 - dvd)

6 [dodaj komentarz]

     Dwóch astronautów budzi się z hibernacji na opuszczonym statku kosmicznym. Nie pamiętają, na czym polegała ich misja, nie wiedzą, co spowodowało nagłe przebudzenie, i, co gorsze, gdzie podziała się 60 tysięczna załoga. Prócz bicia własnych serc słyszą jedynie dudnienie dochodzące z głębi statku (o całkiem fajnej nazwie Elyssium).



     Myślę, że ten krótki zarys fabularny nie pozostawia złudzeń co do tego z jaką rozrywką mamy do czynienia. Podobne historie, czyli zwiedzanie tajemniczo wyludnionego statku kosmicznego (czy też stacji kosmicznej, planety) kryjącego w sobie różne niespodzianki typu „BU!”, przewijały się przez kina i tv niejednokrotnie. Pandorum to kolejny tego typu film i trzeba powiedzieć, że absolutnie nie powala, nie wnosi do gatunku niczego nowego, wręcz przeciwnie, jedzie po schematach jak mało który film, ale, o dziwo, ogląda się go naprawdę dobrze.
     Mamy zatem wielki statek z ciemnymi, metalowymi korytarzami ala Obcy, znajdą się również potworki przypominające te z Zejścia, oraz klimat podobny do znienawidzonego i uwielbianego Ukrytego wymiaru. Widać, że Pandorum nie jest wysokobudżetową produkcją, ale twórcy umiejętnie wykorzystali to co mieli, przez co nie ma tu momentów lepszych czy gorszych. Prawdziwa scenografia (której jest sporo) robi dobre wrażenie, kilka sekwencji komputerowych też jest niczego sobie, a muzyka przyzwoicie podkręca klimat grozy. Reszta również bez rewelacji, nie zabraknie bowiem szczypty idiotyzmów (np. wytłumaczenie obecności zombiaków) oraz schematów, których jest aż nadto (reżyser i jednocześnie scenarzysta miał sporo czasu aby nazbierać te najlepsze bowiem nad filmem pracował 7 lat). Główni bohaterowie muszą przywrócić zasilanie statku, a to wymaga wędrówki do reaktora, który znajduje się po drugiej stronie statku (oczywiście). Zatem jeden z nich przemierza ciemne korytarze odkrywając morderczych zombiaków (elementy grozy), wygimnastykowaną i seksowną laskę od której trudno oderwać wzrok (aż trudno uwierzyć, że to aktorka pochodzenia niemieckiego), panią inż. genetyki (elementy fabuły, wyjaśnia co się stało z załogą), oraz jegomościa uważającego się za rolnika, a fikającego jak Liu Kang z Mortal Kombat (elementy akcji). Przez nieco ponad godzinę dream team gania po statku walcząc, skradając się, uciekając i odkrywając nowe, ciekawe pomieszczenia serwując tym samym oklepaną, ale lekkostrawną przygodę. Poza tym trzeba przyznać, że intryga związana ze statkiem, misją, chorobą Pandorum (taka odmiana choroby lokomocyjnej) i dwoma głównymi bohaterami jest całkiem przyzwoicie zakręcona. Nie jest to może łamigłówka najwyższych lotów, ale zakończenie filmu, pomimo sporej przewidywalności, bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło.



     Do Pandorum pasują wszystkie określenia typu: fajny, spoko, w porządku, do obejrzenia itp. Wydanej w ciemno kasy na dvd nie żałuje i polecam przy okazji zobaczyć – nie wymagając nie wiadomo czego mix horroru, thrillera, akcji i przygody jakim jest Pandorum stanowi przyzwoitą rozrywkę na sobotni wieczór. Poza tym, od czasu udanego W stronę słońca Danny’ego Boyle’a chyba nie było niczego w klimatach SF (nie licząc blockbusterów typu Star Trek), a te elementy w Pandorum naprawdę dają radę.

::::::::::::::::: 6+/10 :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu DVD
CENA: od 39,90
Format obrazu: 16:9
dźwięk: 5.1 (DD) lektor + napisy PL
Wszystkie dodatki z polskimi napisami.
Wywiady
6 krótkich wywiadów z kolejnymi osobami: Dennis Quaid, Ben Foster, Cam Gigandet, Antje Trauem, Cung Le, Christian Alvert.
Z planu
Bardzo fajny, długi materiał z planu bez żadnego komentarza. Można z boku zobaczyć, jak ekipa kręciła poszczególne sceny. Poza tym często kamera ‘oprowadza’ po planie pokazując elementy scenografi (metalowe tunele i platformy robią wrażenie).

11 lipca 2010

Shrek Forever (2010 - kino)

8 [dodaj komentarz]

     Po obejrzeniu średnich kontynuacji Shreka miałem nadzieję, że ludzie z DreamWorks poprzestaną z oryginalnymi pomysłami na nowe przygody. Nic z tego. Ktoś gdzieś wykalkulował, że ta zmęczona kura zniesie jeszcze kilka złotych jaj i tak powstała, jak wieść gminna niesie, ostatnia już część pt. Shrek Forever. Ok, powiedzmy, że „do trzech razy sztuka z kontynuacjami”, może tym razem się uda.



     W czwartej części przygód zielonego ogra mamy chwilowy powrót do przeszłości. Rozlatująca się chata, śmierdzące bagno, strach okolicznych mieszkańców straszących nabiciem na widły – to były czasy. Tęsknota za brakiem zobowiązań i odpowiedzialności za rodzinę, ogólnie za wolnością, gnębi Shreka coraz bardziej. Pewnego dnia na jego drodze staje mały typek o imieniu Rumpel (w tej roli mocno chybiony Cezary Pazura), który oferuje magiczny pakt: Shrek otrzyma jeden dzień wolności, czyli powrót do tego, co było przed uratowaniem Fiony, ale w zamian musi oddać Rumplowi jeden dzień swojego życia. Umowa zostaje podpisana i Shrek cofa się w czasie, aby straszyć ludzi, robić aniołka w bagnie, poznawać na nowo starych przyjaciół i odkryć, że Rumpel zrobił go w balona.
     No właśnie, czy poznawanie na nowo starych bohaterów w nieco odmienionych rolach to fajny czy nie fajny pomysł? Wg mnie ok. Szczególnie, że dzięki temu twórcy nie musieli powiększać grona głównych postaci, których i tak jest już ciut za dużo. Poza tym, taki manewr daje całkiem spore możliwości do zainscenizowania zabawnych sytuacji. Niestety twórcy DreamWorks wykorzystali to połowicznie, bowiem czwarta część przygód zielonego ogra ma dokładnie te same mankamenty i zalety co poprzednie kontynuacje.
     Przede wszystkim Shrek Forever, co chyba nie powinno nikogo dziwić, sprawia wrażenie kontynuacji „na siłę”. Schemat "doczepiania" nowej przygody pozostał ten sam: Shrek robi coś głupiego, a potem przez godzinę naprawia swój błąd popełniając kolejne, już mniejsze. Fabuła jest prosta, co wadą samo w sobie nie jest, ale to, że jest mało interesująca już tak. Od początku wiadomo jak się skończy, a niektóre pomysły np. na czarny charakter (szczególnie na Szczurołapa z fujarką), pakty magiczne i inne cuda wianki wydają się mocno naciągane. Poza tym zaskakujące jest to, że ‘czwórka‘ kończy się tak jak poprzednie części, przez co w ogóle nie czuć, że to już ostatni odcinek. Po raz kolejny słyszymy „i żyli długo i było im zielono” i już, koniec. A przydałoby się jajcarsko-ckliwe zakończenie podsumowujące wszystkie części, oraz wyraźne „The End” na samym końcu (chociaż było to w jedynce..).
     Kolejna rzecz, film próbuje być bardziej śmieszny niż w rzeczywistości jest (choćby wspomniana wcześniej postać Szczurołapa i jego sposób na upolowanie ogrów). Można powiedzieć, że stary niedobry DreamWorks powrócił - znowu humor kuleje (nie chodzi o to, że jest obleśny czy ciężki, po prostu jest go niewiele lub jest mało zabawny) i w końcu znowu przez większość seansu wieje nudą. Na szczęście Shrek Forever ma kilka mocnych momentów, w których można popłakać się ze śmiechu. Nie jest ich wiele, ale trzeba przyznać, że dla tych kilku skeczów osła i genialnego kota warto ten film obejrzeć. Jerzy Stuhr i Wojciech Malajkat to chyba najlepiej dobrane głosy w polskim dubbingu, a w połączeniu z rozbrajającymi tekstami ubaw gwarantowany ("Wiesz kiedy płaczę? Gdy myślę o mojej babci. Albo o małych kotkach. Albo o mojej babci, która karmi małe kotki. Albo o małych kotkach, które nie mają babci. Wtedy płaczę” – osioł do Shreka :P). Tradycyjnie już najsłabiej wypada Fiona oraz przede wszystkim Shrek, któremu najwidoczniej rodzina nie służy :) Jest ciapowaty, ugrzeczniony, „poprawny politycznie”, taki trochę nudziarz, któremu myślenie włącza się dopiero po tym jak już dostanie kopa w zielony tyłek.



     Przyznaje, uśmiałem się, raz nawet popłakałem się ze śmiechu, ale mimo wszystko jestem rozczarowany. Humoru mogło być więcej, a po Jak wytresować smoka miałem nadzieję, że DreamWorks zaserwuje Shreka choć trochę w tym nowym stylu (coś pomiędzy pierwszą częścią, a wspomnianą wyżej animacją). Poza tym rozczarowało mnie zakończenie, które w żaden sposób nie zamyka przygód zielonego ogra. Jak dla mnie, cały czas spokojnie można doczepić kolejny wątek (może „Shrek na wakacjach”?) co pewnie prędzej czy później się stanie. Obejrzeć jak najbardziej można, a jeżeli komuś podobały się poprzednie kontynuacje (mi średnio) to czwórka go nie zawiedzie.
     Aha, wersje 3D można spokojnie sobie darować – nie robi żadnego wrażenia, a zaoszczędzone pieniądze można przeznaczyć na jakieś papu. O samej animacji, muzyce itp. nie ma sensu się rozpisywać. Film wygląda bardzo ładnie, brzmi jeszcze lepiej – standard, wszystko na najwyższym poziomie.

::::::::::::::::: 6/10 :::::::::::::::::

3 czerwca 2010

9 (2009 - dvd)

6 [dodaj komentarz]

     Mam wrażenie, że Acker nie myślał o 9 jak o pełnometrażowym filmie. Niewątpliwie miał pomysł - powojenny, wymarły świat, w którym jedynym ocalałym życiem są szmaciane, nieme lalki zmagające się z pozostałościami zabójczej maszynerii. W ciągu 10min pokazał intrygującą wizję post-apokaliptycznego świata, pomysłowych bohaterów i sporo niedomówień skłaniających do pytań „jak, dlaczego, po co, co dalej?”. Od pełnometrażówki spodziewałem się, po pierwsze, rozwinięcia tematu, po drugie, nowatorskiego podejścia do samej animacji (coś na zasadzie Dystrykt 9 – powiew świeżości w gatunku). Co z tego wyszło?



     Pełnometrażowe 9 to nic innego jak 10 minutowy oryginał rozciągnięty do nieco ponad godziny. Owszem, dorzucono tu i ówdzie nowe wątki, ale ogólnie trudno oprzeć się wrażeniu, że twórcom chyba niespecjalnie zależało na tym, aby pokazać co było „przed” i co było „po” tym co Acker opowiedział już w swojej, autorskiej animacji. Pierwsze 15-20min filmu zalicza się do części interesującej, bo jest to lekko podrasowany oryginał, w którym dodatkowo poznajemy nowych bohaterów i ogólny zarys fabularny. Reszta jest już mądrą, ale mocno wtórną i banalną opowieścią o walce dobra ze złem, która w niewielkim stopniu uzupełnia oryginalne 9. Oczywiście pełnometrażowy film został nakręcony tak, aby funkcjonował bez krótkometrażówki, ale w gruncie rzeczy niczego to nie zmienia – i tak jest przeciętnie. Również główni bohaterowie niespecjalnie do siebie przekonują i trudno się z nimi utożsamiać. Owszem, wyglądają ładnie i wizualnie od razu wzbudzają sympatię, ale momentami sypią marnymi dialogami (które i tak zostały ograniczone do minimum) a i z logiką ich poczynań bywa cienko.
     Audio-wizualnie, jak nietrudno się domyśleć, film brzmi i wygląda wspaniale. Apokaliptyczny świat szmacianych lalek jest mroczny, przesycony dźwięczącą pustką, ale i grozą. Aż prosi się, aby na tle tak dopracowanej scenografii działo się coś więcej aniżeli ganianie za metalową bestią (choć trzeba przyznać, że sceny akcji robią bardzo pozytywne wrażenie). Dźwięk, a także niezła muzyka budują całkiem wyrazisty klimat, ale i tak najbardziej podobał mi się genialny (choć skromny) dubbing. Takich klimatycznych głosów to ja mogę słuchać na okrągło.



     Twórcy podkreślali w wywiadach, że chcieli zachować jak najwięcej elementów z oryginału i stąd chociażby minimum dialogów (w oryginale nie było ich w ogóle). Szkoda tylko, że nie przyłożyli się równie mocno do scenariusza marnując tym samym doskonały potencjał apokaliptycznego SF. Niestety po obejrzeniu 9 pozostaje gigantyczny niedosyt – chciałoby się jakiejś wciągającej fabuły i późniejszej, jakiejkolwiek refleksji. Szczególnie, że wszystko wskazywało na to, że 9 będzie dojrzałą animacją dla dojrzałych widzów. Niestety więcej tu akcji, niż prawdziwych emocji i przemyśleń. Poza tym 9 ma w sobie coś z filmu krótkometrażowego, bowiem przez większą część seansu miałem wrażenie, że zaraz się skończy albo, że już powinien się skończyć. Jak na animacje 9 i tak jest filmem krótkim, bo trwa zaledwie 75 minut (razem z napisami końcowymi), a mimo to miałem wrażenie, że ten film jest jak masło rozsmarowane na zbyt dużej kromce chleba. Można obejrzeć, ale głównie ze względu na ładne widoki i charyzmatyczne głosy.

::::::::::::::::: 5+/10 :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu DVD
CENA: 39.90
Format obrazu: 16:9
Dźwięk: DD 5.1 lektor, DD 5.1 + napisy PL
Dodatki z polskimi napisami.
+ 5 usuniętych scen
+ 9 w skrócie i w szczegółach
15 minutowy dodatek bardziej o Ackerze niż o samym filmie. Cała ekipa zachwyca się nim, co najmniej tak, jakby był jakimś filmowym bogiem. Filmowiec stał się lepszym filmowcem, dźwiękowiec usłyszał nową muzę w swojej a ogólnie wszyscy marzyli aby go poznać i wejść w ten projekt... Nudnawo.
+ Strona wizualna
13 minut konkretów. Ekipa opowiada o odniesieniach do mitologii greckiej oraz pomysłach na post-apokaliptyczny świat szmacianych lalek.
+ Gra aktorska
5 minutowy dodatek o tym, jak ożywić lalkę. Techniki i tricki przy nadawaniu emocji i grze aktorskiej animowanych bohaterów. Bardzo ciekawy materiał.
+ Krótkometrażowe 9
+ Komentarz do filmu (tylko angielski)

30 maja 2010

Książę Persji: Piaski Czasu (2010 - kino)

10 [dodaj komentarz]

     Film oparty na grze komputerowej, w którą oczywiście grałem, ale jeszcze na Commodore (a może to było 386?) i nie mam pojęcia, jak wygląda współczesna wersja. Musi być jednak niezła skoro zainteresował się nią Disney :).
     VI wiek, Persja. Syn króla Dastan zawiera porozumienie z tajemniczą księżniczką Taminą, kapłanką i władczynią świętego miasta Alamut, i wyrusza na wyprawę przeciwko złym siłom. Razem muszą ocalić magiczny sztylet uwalniający Piaski Czasu. To podarunek od bogów, który może odwrócić czas i zapewnić swemu właścicielowi władzę nad światem.



     Po raz pierwszy byłem w kinie na pokazie cyfrowym (2D) i muszę powiedzieć, że przy widowiskowych produkcjach pełnych akcji, pościgów itp. jest to wybór najlepszy z możliwych. Już sam obraz - ostry, wyraźny, pozbawiony szumów, migoczących rys i czarnych plam (prawie jak w HD) wbija w fotel. Zdecydowanie wole cyfrowe 2D od 3D, w którym obraz z reguły nie jest tak wyraźny i tak ładnie nasycony barwami (okulary dość mocno przyciemniają). Książę Persji, jak nietrudno się domyśleć, w cyfrowej wersji wygląda wspaniale. Piękne panoramiczne ujęcia, masa świetnych pojedynków, dynamiczne gonitwy w stylu parkour oraz doskonałe efekty specjalne budzą prawdziwy zachwyt. Przyznam, że nie spodziewałem się aż tak dobrego, momentami wielkiego widowiska. Podobnie jest zresztą z dźwiękiem i doskonałą muzyką Williamsa, bowiem Książę Persji jest najlepiej udźwiękowionym filmem, jaki do tej pory w tym roku widziałem. Najmocniejsze efekty (również wizualne) słychać przy użyciu sztyletu, podczas którego wszystko dzieje się w zwolnionym tempie, a z głośników bucha klimatyczna (taka specyficzna, magiczna) muzyka oraz dźwięki szeleszczącego piasku. Odjazd, proszę ja Was, odjazd! Książę Persji jest drugim w kolejce (po Avatarze) filmem, który na pewno kupię na BluRay (ciułam grosz do grosza, może w tym roku w końcu kupie sobie odtwarzacz)
     Film przez prawie dwie godziny nie zwalnia ani na minutę. Fabuła jest głupiutka, ale jak na kino czysto rozrywkowe przystało, nieważny jest przewidywalny koniec, a cała przygoda, która do ów końca prowadzi. A ta jest wciągająca i ciekawa - w kolejnych minutach poznajemy nowe krainy, kolejne postacie drugoplanowe (szejk Amar ze strusiami wymiata), nowych przeciwników (zabójcy robią wrażenie) oraz przede wszystkim postacie pierwszo planowe. Tu warto słów kilka odnośnie obsady: napakowany Jake Gyllenhaal w roli Dastana wypada wręcz idealnie, natomiast Gemma Arterton w roli księżniczki Taminy błyszczy. W Starciu Tytanów kompletnie niewidoczna (ledwo ją kojarzę), natomiast w Piaskach Czasu twarda, wyszczekana, piękna. Po prostu pycha ciasteczko, choć w rzeczywistości pewnie niezły zakalec… :P Jedyne czego mi brakowało to humor, którego jest zdecydowanie za mało. Również chemię pomiędzy Destanem i Taminą można było podkręcić na ciut wyższe obroty (więcej słownych przepychanek).



     Muszę przyznać, że do tej pory, podobnie jak większość graczy, dość niechętnie podchodziłem do ekranizacji gier. Jednak po obejrzeniu Piasków Czasu zastanawiam się nad tym, którą jeszcze grę chciałbym zobaczyć w kinie. Apokaliptycznego Fallouta? Trzymającego w napięciu Half-Life’a? A może krwistego God of War? Oj tak - ogromny budżet (co najmniej taki jak ten od Avatara), najnowocześniejsza technologia 3D i Zack Snyder na stołku reżysera. To byłoby coś! Wracając jednak do Księcia Persji - podobało mi się. A po takiej miernocie jak Starcie Tytanów, podobało mi się i to bardzo. Polecam!

::::::::::::::::: 8/10 :::::::::::::::::

16 maja 2010

Robin Hood (2010 - kino)

8 [dodaj komentarz]

     Masa filmów, seriali, nawet parodii, które każdy z nas widział w tv po kilka razy. Byłem pewien, że legenda o Robin Hoodzie została definitywnie wyeksploatowana i nic więcej już dodać nie można. A jednak i na tego kotleta przyszła pora. Za odgrzewanie wziął się jeden z najbardziej znanych i lubianych (a także dochodowych) duetów, czyli Ridley Scott oraz Russell Crowe.



     Jak na odgrzewanego kotleta przystało, nowy „Robin Hood” opowiada wszystko od początku, czyli poznajemy prawdę o tym, jak i dlaczego Robin stał się banitą wyjętym spod prawa. Rzecz jasna, historia Robina wg Scotta ma się trochę inaczej do tej najpopularniejszej z Kevinem Costnerem w roli głównej, ale z grubsza chodzi o to samo – from zero to hero. Zaskakujących wątków nie ma, finał jest znany praktycznie od pierwszych minut, a postacie są płaskie z wyraźnym podziałem na dobrych i złych, więc łatwo domyśleć się, kto i kiedy kopnie w kalendarz, a komu się upiecze. Generalnie wszystko jest na swoim, z góry ustalonym miejscu, ale... ta schematyczność nie przeszkadza. Nowa historia Robina została opowiedziana bardziej na poważnie, bardziej realistycznie, z odpowiednią dawką dramatyzmu, humoru, a także lekkiego romantyzmu (uff). Jeśli dodać do tego charyzmatycznego Russella „Maximus” Crowe w roli Robina, który w zbroi wygląda po prostu obłędnie, a także Cate Blanchettw roli Lady Marion to nie ma innej opcji, musi być dobrze i tak też jest (nawiasem mówiąc sporym dla mnie zaskoczeniem była obecność Marka Stronga! Powoli robi się z niego mega star..). Akcja może ciut za długo się rozkręca, ale w ogólnym odbiorze nie ma to najmniejszego znaczenia – film nie przynudza, jest dynamiczny i ciekawy.
     Ridley Scott jak zwykle dba o to, aby jego filmy brzmiały i wyglądały dobrze. Muzyka momentami zbyt rycząca, ale ogólnie rytmiczna i naprawdę klimatyczna (szczególnie z delikatnymi fragmentami wokalnymi). Scenografia, czyli wszelakie zamki, miasta i wsie XIII-wiecznej Anglii robią bardzo pozytywne wrażenie (zwłaszcza Nottingham, prawie jak Shire :) ). Obraz został utrzymany w stonowanych kolorach (a nawet wyblakłych) podkreślających wojenny, a nie bajkowy klimat. Do tego walki i bitwy budzą mały podziw, szczególnie ta ostatnia, która wygląda niczym XIII wieczny „Szeregowiec Ryan” (choć warto zaznaczyć, że w całym filmie krwi jest tyle co kot napłakał). Ogólnie jednak, tak jak w kwestii fabularnej, tak i technicznej wszystko jest na swoim miejscu i... jest dobrze.



     Ridley Scott zrobił swoje - nowy "Robin Hood" nie zaskakuje, nie zawodzi, to po prostu dobry film. Problem w tym, że ta pierwsza, pozytywna myśl odnosi się do wszystkich filmów, jakie Scott nakręcił po rewelacyjnym „Gladiatorze”. Niewątpliwie "twórca nie tylko Gladiatora" cały czas trzyma poziom i jest gwarancją dobrego, niegłupiego kina, ale z drugiej strony „apetyt rośnie w miarę jedzenia” i zwyczajnie chciałoby się czegoś więcej. Z każdą kolejną produkcją mam coraz większe wrażenie, że sukces „Gladiatora” był dziełem przypadku, a poprzeczka, którą Scott sam sobie zawiesił jest dla niego nie do przeskoczenia. Ciekawe, jak długo w zwiastunach i na plakatach nowych filmów będzie dopisek „film Ridley’a Scotta, twórcy Gladiatora”? Od premiery minęło 10 lat, a Scott dalej nie potrafi powtórzyć jego sukcesu. „Robin Hood” niestety tego nie zmieni, choć warto go zobaczyć bo.. to dobry film, ale tylko na jeden raz.

::::::::::::::::: 7/10 :::::::::::::::::

3 maja 2010

Jak wytresować smoka (2010 - kino)

6 [dodaj komentarz]

     Od dobrych kilku animacji DreamWorks Animation pikuje w dół chowając się w cieniu Pixara. Animacje stoją na najwyższym poziomie, jeżeli chodzi o technologię, ale cała reszta to już zupełnie inna bajka. Po ostatnim wybryku pt. ”Potwory kontra Obcy”, w którym wszystkiego było dużo za dużo (przekombinowane postacie, masa nieudolnych odniesień do kina SF, naciągany humor) definitywnie zwątpiłem w twórców Shreka godząc się z myślą, że ten typ tak ma – na siłę i bez umiaru. Mniej więcej z takim właśnie przekonaniem wybrałem się do kina na animację „Jak wytresować smoka”
     Bohaterem filmu jest nastoletni Wiking mieszkający na wyspie Berk, gdzie walki ze smokami są codziennością. Zbliża się właśnie czas inicjacji i jedyna szansa na udowodnienie plemieniu i ojcu swojej wartości. Kiedy jednak okazuje się, że zamiast wytresować smoka, nastolatek zaprzyjaźnia się z nim, cały jego świat staje na głowie.



     DreamWorks w końcu przebudził się ze swojego „szpanerstwa” i wykręcił świetną przygotówkę pozbawioną zbędnych dodatków. Bohaterowie nie atakują ciężkim i obleśnym humorem, nie są bardziej „cool” niż powinni i w końcu są to… ludzie (przynajmniej w większości). Fabuła, miast na każdym kroku niepotrzebnie nawiązywać do masy przeróżnych filmów (jest za to genialne nawiązanie do gierek RPG – przypomniały się stare dobre czasy :) ), smęcić oklepanymi morałami, całkowicie skupia się na prostej, acz porywającej przygodzie. I to chyba największa zaleta tej produkcji - nie odwraca uwagi przekombinowanymi fajerwerkami, nie męczy tekstami zapożyczonymi z innych filmów, krótko mówiąc, nie stara się być większą niż jest. W gruncie rzeczy aż trudno uwierzyć, że to DreamWorks, bo to nawet nie jest powrót do korzeni. „Jak wytresować smoka” nie ma nic wspólnego ze „Shrekiem” czy „Madagaskarem”, to zupełnie nowe oblicze, które bez mrugnięcia oka kupuje w całości.
     „Jak wytresować smoka” nie jest, co prawda, żadnym przełomem, ale jak na animację dla dzieciaków znajdzie się tutaj kilka nowinek. Przede wszystkim sporym dla mnie zaskoczeniem było zakończenie, o którym nie sposób pisać jednocześnie nie spoilerując. Tak ogólnikowo, film czerpie z oklepanych do bólu schematów (choć w ogóle to nie przeszkadza bo czyni to w sposób przystępny, mało inwazyjny) i od początku wiemy, jak opowieść się zakończy. Mimo wszystko twórcom udało się wprowadzić zaskakujący, ale przede wszystkim wzruszający i refleksyjny element, dzięki któremu happy end nabrał bardziej poważnego charakteru, a cała opowieść nieco głębszego wydźwięku. „Jak wytresować smoka” porusza bowiem kwestie wyrzeczeń i poświęcenia. Zaburza tym samym typową, bajkową drogę „od zera do bohatera” (gdzie zwykle wszystko dzieje się samo z siebie), bowiem pokazuje, że po pierwsze, najpierw trzeba się napracować, aby w ogóle do czegokolwiek dojść, a po drugie, satysfakcja z osiągniętego celu bywa niekiedy słodko-gorzka. Wg mnie, bez wyrazistej, i chyba dość mocnej końcówki, byłaby to kolejna animacja o walce ze złem, tylko tym razem w kontekście „być sobą i nie ulegać cudzym ambicjom”… Zaskoczyło mnie również to, że więcej w tej animacji sympatycznego, ale chwytającego za gardło rozczulania, aniżeli zwyczajnego humoru. Salw śmiechu na sali nie było, natomiast chóralnego wzdychania „OOOooooooo” (w kontekście „jaki słodki”) a i owszem” :).
     Jednak najważniejsza jest tutaj przygoda. Mowa oczywiście o przyjaźni pomiędzy głównym bohaterem o wdzięcznym imieniu Czkawka, i czarnym smoku, nazwanym Szczerbatkiem. Ten wątek udał się twórcom jak żaden inny w poprzednich animacjach DreamWorksa. Poprowadzony bez efekciarstwa, niespiesznie, ale jednocześnie dynamicznie i przejmująco. Szczerbatek, ze swoimi gigantycznymi zielonymi oczami z miejsca wzbudza olbrzymią sympatię. Z każdą kolejną minutą kibicowałem Czkawce coraz bardziej, i tak jak on, nie mogłem doczekać się kolejnej próby oswojenia niezwykłego smoka i poszybowania wśród chmur. A loty ze Szczerbatkiem, trzeba przyznać, robią wrażenie i to nie byle jakie! W rolach drugoplanowych przewija się tylko kilka postaci, ale wszystkie są sympatyczne i nie ma się do czego przyczepić (wspomnę tylko, że Astrid, czyli żeński obiekt westchnień Czkawki ma genialne w swojej prostocie wejście – strasznie mi się podobało, niezły ubaw :) ).
     Maniacy epickiej audio-wizualnej akcji powinni być zadowoleni. Film obejrzałem w 3D i nie żałuje, a nawet polecam, bo jest na co popatrzeć (chociaż do wakacji zamierzam odpocząć od 3D - mam dość). W „Jak wytresować smoka” dzieje się naprawdę dużo, a końcówka swoim rozmachem zwyczajnie wbija w fotel. Do tego film jest rewelacyjnie udźwiękowiony (dubbing też na wysokim poziomie), a akcji przygrywa bardzo klimatyczna muzyka Johna Powella. Niczego więcej nie potrzeba, wszystko jest tak jak być powinno.



     Kto by pomyślał, że animacja od DreamWorksa zostanie pozbawiona wszelkiego rodzaju efektownych zapychaczy i niewymuszenie będzie uderzać w rozumy, a także w serca młodych/starszych widzów. Mało tego, serwuje porywającą rozrywkę, po której jedyna słuszna myśl to „ja chce jeszcze raz!”. Mam nadzieję, że to nowe oblicze utrzyma się jeszcze przez jakiś czas, chociaż zwiastun kolejnej animacji DreamWorska (z jakimś pomylonym alienem) nie daje ku temu nadziei (ale kontynuacji „Jak wytresować smoka” też sobie nie wyobrażam). Reasumując, bardzo duże i bardzo pozytywne zaskoczenie. Polecam!

::::::::::::::::: 8+/10 :::::::::::::::::

28 kwietnia 2010

Starcie Tytanów (2010 - kino)

8 [dodaj komentarz]

     Jeden fatalny film nie czyni z reżysera najgorszego w swoim fachu, ale Louis Leterrier, gość bądź, co bądź od znośnych dwóch "Transporterów" i dobrego "Człowiek Pies" naprawdę się postarał. Gdyby „Starcie tytanów” było odrobinę mniej widowiskowe (ale tylko odrobinę) to mielibyśmy do czynienia z wypisz wymaluj Bollowską „mega produkcją”. Tak jest, Leterrier dokonał niemożliwego, bowiem porwał się z motyką na słońce i rzucił rękawice samemu Uwe Bollowi. Trzeba przyznać, że takiego starcia "tytanów" chyba nikt się nie spodziewał, a już na pewno Boll, który o mało co, a przegrałby konfrontacje ze swoim hollywoodzkim odpowiednikiem i nie byłby już najgorszym z najgorszych.



     Oczywiste jest to, że filmy tego typu maja przede wszystkim huczeć i buczeć, a cała reszta ma drugorzędne znaczenie. „Starcie tytanów” pod tym i każdym innym względem wypada marnie, chociaż całkiem dobrze się zaczyna. Niezła muzyka, klimatyczny kobiecy głos narratora, fajna, ledwie 2 minutowa animacja i… to niestety tyle, jeżeli chodzi pozytywne aspekty filmu.
     „Dzieło” Leterriera obejrzałem w 3D i to nie dlatego, że chciałem tylko zwyczajnie nie miałem wyboru. Przy zakupie biletu (Cinema City Mokotów) poinformowano mnie, że film został nakręcony tylko i wyłącznie w technologii 3D i nie ma płaskiej wersji. Oczywiście jest to wierutną bzdurą, i to nawet nie ze względu na płaskie seanse w innych kinach, ale ze względu na sam film. Gołym okiem widać, że „Starcie tytanów” nie powstało pod 3D. Po pierwsze, w okularach „wykonanych z niezwykłą precyzją, jak na taki sprzęt” film jest za ciemny. Sceny, nazwijmy je „słoneczne” tylko irytują, bo jeszcze jakoś ujdzie je oglądać, ale te „nocne” wkurrr…zają i to konkretnie. Ile razy na chwilę zdejmowałem okulary, aby „rozjaśnić sobie sytuacje” to tylko ja wiem i inne łosie, które dały się naciąć na seans 3D. Po drugie, 3D tak naprawdę nie ma, albo jest w ilościach znikomych. Prawdę powiedziawszy, cały film obejrzałbym bez okularów, ponieważ po ich zdjęciu obraz… był wyraźny! Jedyne co było rozjechane, a co za tym idzie upierdliwe to… napisy. Po prostu kosmos, człowiek płaci drożej za bilet na seans w 3D, w którym najbardziej 3D są żółte napisy...
     Efekty specjalne nie robią większego wrażenia. Raz, że film jest za ciemny i niewiele widać, a dwa, efekty komputerowe widoczną są w większości scen (swoja drogą większość tego ‘co najlepsze’ zostało pokazane w tragicznym trailerze filmu). Poza tym cała akcja, jej 'choreografia', opracowanie - wszystko jest bez wyrazu, bez jakiejś takiej finezji pozwalającej wczuć się w klimat. Tu i ówdzie twórcy silą się na epicki rozmach (sceny w zwolnionym tempie, krótka rozpierducha Krakena), ale ogólnie cały film sprowadza się do okrzyków bojowych typu „aaadziaaaa” i bezmyślnego wymachiwanie mieczem. Nuda proszę Państwa, nuda. Za to ciut lepiej jest z muzyką, która momentami jest naprawdę niezła.
     „Starcie tytanów” męczy oczy, a tragiczny scenariusz kładzie film definitywnie. Doszukiwać się tu jakiejkolwiek logiki to jak szukanie igły w stogu siana, choć prawdę powiedziawszy zdziwiłbym się gdyby było inaczej. Najgorsze jest to, że „Starcie tytanów” jest filmem totalnie nijakim – ani to obraz luźny, ani rozrywkowy, podczas seansu trudno się odprężyć, a moment w którym skończył mi się prowiant, przez co nie mając nic innego do roboty musiałem skupić się na ekranie, uznaje za krytyczny :) Dialogi wręcz powalają swoim drętwym minimalizmem, a cała intryga udowadnia tylko, że można zrobić scenariusz głupszy od drugiej części Transformersów. Filmu nie ratuje nawet obsada, która jak na takiego gniota jest omalże imponująca i wprost proporcjonalnie beznadziejna. Co w takim filmie robi Liam Neeson, Ralph Fiennes (na szczęście mało rozpoznawalny) czy Sam Worthington nie mam pojęcia. Oczywiście najgorzej wypada drętwy Worthington, który do filmu pasuje jak Chuck Norris do "Mody na sukces". Już Kevin Sorbo (taki drugi David David Hasselhoff) z serialu "Herkules" (wyprodukowanego 10 lat temu..) wzbudzał więcej emocji (większość śmiechowych, ale jednak) niż cały film Leterriera.



     Nie spodziewałem się po tym filmie "bóg wie czego", ale takiej miernoty w ogóle nie brałem pod uwagę. Zażenowanie, rozczarowanie, dotkliwe poczucie wyrzuconej kasy w błoto - długo mógłbym wymienić cały wachlarz emocji jakie niewątpliwie wzbudził u mnie film Leterriera. Uwe Boll powinien być szczęśliwy - to starcie wygrał, dalej jest najgorszym z najgorszych, ale świadomość tego, że w końcu pojawił się człowiek, który może być gorszy od niego powinna dodać mu skrzydeł.

::::::::::::::::: 2+/10 :::::::::::::::::

30 marca 2010

300 (2006 - kino, dvd)

13 [dodaj komentarz]

     „300” jest filmową adaptacją komiksu Franka Millera o tym samym tytule i opowiada o bitwie pod Termopilami, która miała miejsce w 480 r. p.n.e. podczas wojny grecko-perskiej. Król Sparty Leonidas oraz 300 Spartan vs. 100 tysięczna armia pod wodzą Króla persów Kserksesa.



     Snyder stworzył imponujące widowisko. To pierwsza myśl, jaka przychodzi do głowy po obejrzeniu filmu. Nawet teraz, po takich filmach jak „Transformersy”, „2012”, czy „Avatar”, „300” dalej robi ogromne wrażenie. Stylizacja na komiks (ostry, ale ziarnisty obraz w kolorach złocisto-czerwonych), genialny montaż oraz rewelacyjna muzyka zrobiły swoje - film wygląda i brzmi obłędnie. Muzyka Tylera Batesa (fragment do odsłuchania w archiwum muzycznych zagadek - pozycja #8) może nie jest najlepszym soundtrackiem, jaki słyszałem, ale jedną z najlepiej dobranych kompozycji na pewno (te gitary!). Technicznie film po prostu zachwyca – jest klimat, jest dynamika, jest widowisko, i jest niewyobrażalna dawka patosu.
     Muszę przyznać, że takiej ilości podniosłych scen w jednym filmie chyba jeszcze nie widziałem. Wszystkie dialogi odgrywane są z lekką teatralnością tak, aby między wierszami przewijały się hasła typu: honor, ojczyzna, tradycja. Każde ujęcie, szczególnie w bitwach, pokazuje wielkość, ba, potęgę i perfekcję żołnierzy Sparty. Jest wiele, spokojnie można powiedzieć, epickich momentów zapadających w pamięć. Choćby np. ten, w którym Król Leonidas w strugach deszczu stoi majestatycznie na wzgórzu i groźnym wzrokiem wojownika patrzy, jak perskie statki toną w gigantycznym sztormie (w tle ostra, gitarowa muzyka!). Natomiast scena „tańca śmierci” Leonidasa (w zwolnionym tempie) po prostu wgniata w fotel (nawiasem mówiąc Gerard Butler już zawsze będzie Leonidasem, on po prostu urodził się do tej roli!). Muzyka na każdym kroku podkręca adrenalinę i całym swoim brzmieniem wykrzykuje kultowe już „This is Sparta!”. Jest taka scena, w której 300 rusza w bój – majestatycznie, spokojnie, prężąc muskuły, zaciskając dłonie na rękojeściach, zabijając już samym wzrokiem – wszystko oczywiście w zwolnionym tempie wraz z ryczącą, rytmiczną muzyką gitarową. W takim momencie, po obejrzeniu już kilkudziesięciu minut krwistej walki, człowiek ma w głowie tylko jedną myśl: „ależ spuszczą im łomot (żeby nie powiedzieć, że wpie*ol :) )”. Snyder jest mistrzem w uwydatnianiu przesadnych podniosłych scen! Pokażcie mi drugiego takiego, który toną patosu potrafi szczerze zachwycić i jeszcze do tego podnieść adrenalinę.
     Scenariusz jest prosty, nie obfituje w żadne nagłe zwroty akcji, ale to nie znaczy, że „300” nie trzyma w napięciu. Przede wszystkim przedstawia esencje Spartan, a nie realizm. To film o prostych wartościach takich jak honor, poświęcenie, zdrada, to w końcu luźna wizja kultury oddanej wojennej sztuce. W pierwszym planie jest postawienie się tyranii, czyli walka. Nie ma tu miejsca na głębie psychologiczną (szczególnie w filmie, którego lwią część wypełnia bryzgająca krew i odcięte kończyny :) ). W gruncie rzeczy żołnierze Sparty, z Leonidasem na czele, to mocno prostolinijne charaktery. Ale tak miało być, to dzięki temu film jest spójny. Pierwsze minuty będące krótkim streszczeniem budowy ducha walki Spartan ustawiają widza na widowiskową rozrywkę, a nie na realistyczny dokumentalno-historyczny bełkot. Chociaż warto zaznaczyć, że „300” czerpie z historii garściami – kultura Spartan, spora część dialogów, niektóre style walki, imiona itp. mają odzwierciedlenie w wydarzeniach, pod którymi podpisałby się niejeden historyk.



     Film robi wrażenie i to niemałe. Jest na co popatrzeć, jest czego posłuchać i prawdę powiedziawszy kto nie wiedział "300" w kinach ten ma czego żałować. Dla mnie absolutna rewelacja. Warto zaznaczyć, że "300" spotkało się z podobną falą krytyki, co zeszłoroczny "Avatar" Camerona. Ileż ja się naczytałem, że jest to widowiskowe nic, historyczna bzdura, multiplexowy badziew itp. itd. Pseudeo inteligenci wyżywają się na tego typu produkcjach tak jak dzieciarnia na wszelakich, poważnych dramatach zarzucając im brak akcji, gołych dup i bryzgających flaków. Jedni warci drugich. Szanuje zdanie innych, rozumiem, że komuś film może się nie podobać, ale jeżeli taki delikwent w swojej wielokrotnie przemyślanej opinii udowadnia, że zachwyceni widzowie to banda ograniczonych debili to automatycznie nóż w kieszeni się otwiera ('obyście żyli wiecznie' :)). Jeżeli więc nie lubisz rozrywkowego i efekciarskiego kina to go po prostu nie oglądaj (proste). Dla reszty widzów „300” jest filmem obowiązkowym! :)

::::::::::::::::: 8+/10 :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu DVD
CENA: 39.90 za dwupłytową edycje specjalną
Format obrazu: 2,40:1
Dźwięk: DD 5.1 lektor, DD 5.1 + napisy PL
Wszystkie dodatki z polskimi napisami.
+ The 300 – Fact or Fiction?
25 minutowy materiał dla każdego, kto z taką pewnością siebie powtarza, że „300” jest filmem niezgodnym z historią. Jak się okazuje, w dużej mierze jest zgodny, chociaż nie jest to produkcja historyczna (w końcu Frank Miller, którego nigdy nie oskarżono o realizm, przemielił fakty przez swoją bujną wyobraźnie).
+ Who were The Spartans?: The Warriors of 300
5 minutowy materiał poświęcony prawdziwej kulturze Spartan. Kim byli Spartanie i jak ich postrzegano.
+ Frank Miller tapes
15 minutowy materiał wychwalający pod niebiosa Franka Millera. Wydawcy komiksów, przyjaciele, reżyser filmu podkreślają, że Miller nie pisze dla czytelników, nie pisze dla kasy (w ogóle to nie wiadomo po co te komiksy trafiają do sprzedaży :)). Pod sam koniec wywiadu Miller pyta Snydera „jak zamierzasz nakręcić Strażników”? Snyder dość długo zastanawiał się nad odpowiedzią, już myślałem, że powie „nie wiem”, ale odpowiedział „bardzo ostrożnie” – odpowiedź godna nakręconego już filmu.
+ Making of 300
Tylko 6 minutowy, ale naprawdę ciekawy materiał o kulisach realizacji filmu. Sporo migawek z planu, czyli z malutkiego studia, w którym powstało 99% filmu :)
+ Making 300 in images
6 minutowy teledysk z planu, który ma tak szybki montaż, że nie idzie się niczemu przyjrzeć. Tragedia.
+ Deleted scenes with introduction by director Zack Snyder
Snyder omawia 3 sceny, które nie pojawiły się w finalnej wersji.
1. Ephialtes próbuje popełnić samobójstwo i rzuca się ze skały.
2. Bogowie jednak go oszczędzili, więc wścieka się na wszystkich i na wszystko.
3. Scena z ogromnym przeciwnikiem na grzbiecie, którego siedział łucznik (krwiste odcięcie nogi).
+ Webisodes
To jest to co maniacy DVD lubią najbardziej. Obszerny materiał zdradzający najistotniejsze szczegóły realizacji filmu. Jest wszystko, czego ciekawska dusza zapragnie (dużo materiału z planu). Dokument został podzielony na kilkanaście 4 minutowych filmów:
- Production design – wywiad z gościem odpowiedzialnym za scenografię
- Wardrobe - wywiad z gościem odpowiedzialnym za kostiumy
- Stunt work – wywiad z gościem odpowiedzialnym za choreografię walk
- Lena Headey - wywiad z filmową królową Gorgo
- Adapting the graphic novel – o tym jak komiks był scenariuszem komiksu filmowego
- Gerard Butler - wywiad z filmowym Królem Leonidasem
- Rodrigo Santoro - wywiad z filmowym Królem Kserksesem
- Trainnig the actors - program treningowy, który z każdego lalusia zrobi prawdziwego Spartanina :)
- Culture of the Sparta city/state – historycy i ekipa filmowa o kulturze Sparty
- A glimpse from the set: making 300 the movie - wywiad ze Snyderem, który opowiada o tym, jaką miał koncepcję na filmowych 300
- Scene studies from 300 - krótki materiał o zdjęciach
- Fantastic charakcters of 300 - wywiad z artystami, którzy byli odpowiedzialny za charakteryzacje potworków

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+