Pokazywanie postów oznaczonych etykietą musical. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą musical. Pokaż wszystkie posty

18 grudnia 2010

Zaplątani (2010 - kino)

5 [dodaj komentarz]

       Flynn, uroczy awanturnik ścigany przez rozbójników, znajduje schronienie w opuszczonej wieży. Spotyka tam piękną i pełną temperamentu Roszpunkę, dziewczynę, której złote włosy mają magiczną moc. Żyjąca na odludziu księżniczka marzy, by poznać świat i przeżyć coś ekscytującego. Czarujący łotrzyk Flynn staje się jej przepustką do wolności.



       Zapomnijcie o Pixarze - w Zaplątanych nikt nie naucza, nie poucza, i nie zmusza na każdym kroku do głębszych refleksji nad życiem. Zapomnijcie o DreamWorks - w Zaplątanych nie ma humoru na siłę, nie ma przesadnych nawiązań dla klasyków kina wymagających od widza znajomości nie wiadomo jakich filmów. Zaplątani to zwyczajnie… 100% Disney’a. Prosta, wzruszająca, romantyczna, ale przede wszystkim zabawna (a raczej odjazdowa) przygoda.
       Co prawda pierwsze 5 minut musiałem przebrnąć trochę na siłę i nawet przez krótką chwilę zastanawiałem się czy aby na pewno dotrwam do końca. Chodzi, o to, że przygoda zaczyna się jak sentymentalno-miłosny musical. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie melodyjnie wyśpiewywanie banałów o tęsknocie i miłości w stylu mdłej Beaty Kozidrak (dziwne skojarzenie, prawda?) oraz pląsanie bohaterów po ekranie. Disney swego czasu był liderem w tego typu musicalach (w zasadzie jest nadal), ale przez chwilę czułem się za stary na tego typu bajeczki. Jednak później, proszę ja Was, później popłynąłem całkowicie.
       Zaplatani, jak nietrudno się domyśleć, to opowieść o miłości, marzeniach oraz odwiecznej walki dobra ze złem. Siłą tej animacji jest przede wszystkim doskonały humor. Mamy tu zbuntowaną Roszpunkę, księżniczkę o gołębim sercu, która ma poważne zakusy na mistrza ciętej riposty (nie mylić z pyskowaniem, nie u Disney’a) oraz Flynna - człowieka w głębi duszy dobrego, ale na zewnątrz złodziejaszka i wygadanego babiarza od siedmiu boleści. Trudno tej pary nie polubić - Flynn rozbraja nieudolnymi umiejętnościami czarowania płci pięknej, Roszpunka z kolei niewiele z zalotów kuma, przez co ich dialogi potrafią rozbawić do łez. Oprócz głównych bohaterów jest jeszcze mały kameleon Pascal oraz biały koń Maximus, postacie które na szczęście porozumiewają się tylko i wyłącznie gestami i mimiką. Koń jest w tym przypadku absolutnym mistrzem - takie skrzyżowanie terminatora i zebry z Madagaskaru, którego perfekcyjnie wykalkulowane wyczyny rozłożą każdego. Trudno powiedzieć, która para jest bardziej śmieszna, bo tak naprawdę w Zaplątanych nie ma lepszych i gorszych - nikt nie powie, że postacie drugoplanowe znowu uratowały film. Najważniejsze, że Zaplątani to animacja całkowicie wolna od ciężkiego, dwuznacznego humoru. Fakt, w dialogach pojawiają się słowa z języka potocznego, jednak nie ma tu ani jednego żartu bardziej dla dorosłego, albo bardziej dla dziecka. Przyjęło się, że animacja powinna być uniwersalna, dla każdego, i animacja Disney’a taka właśnie jest, choć jest to zupełnie inny uniwersalizm od tego jaki znamy z konkurencyjnych filmów.
       Poza tym w Zaplątanych jest mnóstwo widowiskowej akcji. Pościgi, walki, ucieczki - cały czas coś dzieje. Wszystko w bajkowej, czyli przesadnie kolorowej (jak to u Disney’a) oprawie graficznej. Animacja oczywiście perfekcyjna i trochę żałuje, że film obejrzałem w 2D bo było kilka momentów, które w 3D mogły robić wrażenie (np. klimatyczny tzn. romantyczny moment z lampionami). Również muzyka świetnie komponuje się z obrazem, szczególnie wstawki śpiewane. Muszę przyznać, że nie przepadam za musicalami, ale piosenki w Zaplątanych zupełnie nie przeszkadzają. Melodie i refreny łatwo wpadają w ucho, słowa są proste, a wykonanie naprawdę na wysokim poziomie. Tu warto wspomnieć o dubbingu - zaskakująco bardzo dobry (jeden z lepszych jakie słyszałem)



       Reasumując, Disney przypomniał się w znakomitym stylu. Wyszedłem kina w tak dobrym nastroju, że nawet mróz i zawieje śnieżne nie robiły na mnie wrażenia. Ba, nawet jęczące i pałętające się między rzędami dzieci jakoś nie przeszkadzały mi w oglądaniu filmu (zwykle doprowadzają mnie do pasji). Może dlatego, że sam poczułem się jak dzieciak sprzed lat, który po tygodniowym wyczekiwaniu na niedzielną wieczorynkę w końcu mógł obejrzeć cokolwiek co zaczynało się od migoczących gwiazd nad zamkiem. Zaplątani przywołują wspomnienia (chyba każdy w niedzielę o godz 19 oglądał bajki) bo to prawdziwa klasyka Disney’a w nowoczesnym, ale nie przeładowanym fajerwerkami opakowaniu. Szczerze polecam, świetna animacja.

::::::::::::::::: 8+/10 :::::::::::::::::

16 stycznia 2009

Mamma Mia! (2008 - dvd)

7 [dodaj komentarz]

     Dwa szwedzkie małżeństwa, które poruszyły cały świat: Agnetha Fältskog, Björn Ulvaeus i Benny Andersson, Anni-Frid Lyngstad czyli w skrócie ABBA. Zespół powstał w 1972r i przez prawie dekadę nie schodził z czołówki światowych notowań przebojów. Nawet w tej chwili, pomimo tego, że grupa rozpadła się w 1982r (nawiasem mówiąc małżeństwa też się posypały) trudno znaleźć osobę, która nie słyszała bądź w ogóle nie zna ABBY. Ich przeboje są ponadczasowe – proste teksty, wpadające w ucho refreny i melodie, które chcąc nie chcąc poruszają nasze ciała :). Współcześni artyści czerpią garściami z dorobku ABBY a niektórzy wręcz tworzą zespoły, coverove jak np. A-Teens czy nawet polski zespół ABBA Family na który natknąłem się przez przypadek w necie (w skład wchodzą oczywiście dwa małżeństwa.. :))
     W zeszłym roku w kinach zagościła ekranizacja znanego i docenionego musicalu „Mamma Mia!” opartego właśnie na twórczości zespołu „ABBA”. I szczerze mówiąc pomimo tego, że znam i lubię ABBĘ, jak tylko zobaczyłem zwiastun a potem tytuł filmu, powiedziałem sobie: „nie, nigdy w życiu”. Potem film wszedł na ekrany i posypała się lawina ochów i achów jaka to Mamma Mia nieziemska i wspaniała. Coś zaczęło we mnie pękać, ale ja twardy człowiek i bardzo dluuuuugo zabierałem się za ten film.. W końcu jednak nadszedł ten dzień.
     Film opowiada historię młodziutkiej Sophie (Amanda Seyfried), która niebawem ma wyjść za mąż. To ma być wymarzony ślub i Sophie bardzo chciałaby, aby na uroczystości pojawił się jej ojciec. Problem w tym, że nigdy go nie poznała i nie wie kim jest. Pewnego dnia w jej ręce wpada pamiętnik matki, Donny (Meryl Streep), z którego dowiaduje się, że ma trzech potencjalnych ojców. W tajemnicy przed matką zaprasza mężczyzn licząc na to, że uda jej się odnaleźć tego właściwego. Oczywiście wkrótce cała sprawa wychodzi na jaw..

     Trzy roześmiane, opalone nastolatki skaczą, piszczą, tańczą, śpiewają, po wzgórzach biegają i ciągle radośnie gestykulują (co najmniej tak jakby w końcu obliczyły ile to jest 2+2). Wokół zielone góry, w oddali błękitne morze a w tle piękne słońce. Wietrzyk lekko muska trawkę, ptaszki leniwie fruwają a wszyscy są tacy piękni, szczęśliwi i bez żadnych trosk. Krótko mówiąc, pierwsze 10min filmu to obraz tak mdły i przejaskrawiony, że trudno spokojnie siedzieć i go oglądać. Od razu na człowieka spada tona cukru pudru w polewie truskawkowej z różowym puddingiem. Przyznam, że gdybym był jedynym widzem to z miejsca wyłączyłbym film a z płytki dvd zrobiłbym niewracający bumerang. Niestety, musiałem oglądać do końca, bo wyjść nie wypadało. Na szczęście dalsza część filmu jest o niebo lepsza. Chociaż podejrzewam, że jest o niebo lepsza tylko dlatego, że człowiek po tych 10 minutach po prostu w jakiś sposób przestawia się na różowy świat wg „Mamma Mia!” i zachwyca się lub (tak jak ja) toleruje go. Sama konwencja filmu nie zmienia się ani odrobinę, cały czas jest radośnie, wspaniale, pięknie i magicznie (bleaahh :P).
     Fabuła filmu jest prosta jak budowa cepa i nie ma sensu się nad nią rozwodzić natomiast trzeba zaznaczyć, że paradoksalnie scenariusz nie jest taki zły. W końcu został napisany pod istniejącą już twórczość (w tym przypadku ABBY) a nie odwrotnie. I trzeba przyznać, że upchać w 2 godzinnym filmie 27 piosenek nie jest rzeczą najprostszą. Tzn. upchać zawsze można, ale upchać tak, aby miało to jakikolwiek sens to już coś. Swoją drogą całe szczęście, że jest ich aż tyle, bo wypełniają ok. 85% filmu. Dzięki temu można posłuchać dobrej, znanej muzyki w nowych, ciekawych aranżacjach, co jest największym atutem całej produkcji. Tutaj warto wspomnieć o aktorach, którzy utwory ABBY śpiewają przy pomocy własnych ust u strun głosowych. Szczerze mówiąc, nie mam zielonego pojęcia, czym się kierować w ocenie śpiewu, więc przyjmuje prostą zasadę: podoba mi się lub nie. I tak, przede wszystkim zaskakuje Pierce Brosnan który wg mnie telnetu wokalnego nie ma a do filmu pasuje jak pięść do oka. Mimo wszystko jego postać jest najbardziej charakterystyczna ze wszystkich – nieźle gra, a że śpiewać nie potrafi to wychodzi mu to całkiem oryginalnie i z jajem (naprawdę można się pośmiać). Paskudna Meryl Streep gra szaloną, radosną mamuśkę i trzeba przyznać, że miło na nią popatrzeć aczkolwiek nie wiem czy jest się nad czym zachwycać. Owszem, głos ma i utwory w jej wykonaniu są dopieszczone w każdym detalu, ale jakoś nie poraziła mnie. Zresztą, odniosłem wrażenie, że niektóre utwory zostały mocno przesłodzone albo nafaszerowane emocjami np. scena właśnie z Meryl Streep i Brosnanem na wzgórzu zaraz przed ślubem. Nie wiem, albo ona za bardzo się wczuwała albo on stał jak kołek i nie wiedział, co ma ze sobą zrobić i strasznie nienaturalnie to wypadło. Jednak w ogólnym rozrachunku obsada filmu nie zawodzi, każdy aktor ma swoje 5min na grę aktorską i 5min na śpiewanie.

     Reasumując, nie nadaje się na takie filmy. Wg mnie „Mamma Mia!” to przykład idealnego kobiecego odmóżdżacza. Film wyreżyserowany przez kobietę, wg scenariusza kobiety, więc siłą rzeczy (co zresztą podkreślają sami twórcy filmu) jest to film dla kobiet. I niech tak będzie, ja mam swojego odmóżdżacza czyli durne kino akcji pt. „zabili go i uciekł” (i zapewne zaraz pozwolę sobie coś obejrzeć coby wrócić do normalności :) ). „Mamma Mia!” przygniotła mnie swoim pięknym, przekoloryzowanym światem a jedyne, co jest warte uwagi to piosenki ABBY, które można słuchać na okrągło i nigdy się nie znudzą. Soundtrack to siła tego filmu – można nucić, tańczyć, gibać się, ale czy potrzeba do tego kręcić film? Może wystarczyło wydać nowy album ze znanymi nazwiskami i nakręcić jeden konkretny teledysk do promocji..? Tak czy inaczej, tylko ze względu na soundtrack oceniam film na OK. czyli 5/10 bo film po prostu mnie rozczarował (czyli powinno być 4/10). Swoją drogą, ciekawe czy taki film miałby w ogóle jakąkolwiek szanse na sukces gdyby powstał w oparciu o twórczość innego zespołu.. Nie sądzę.
Moulin Rouge! – to jest dopiero musical.

::::::::::::::::: MOJA OCENA: 5/10 - OK :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu DVD (bardzo dobre)
CENA: od 49zł
+ film z lektorem, z napisami lub z lektorem i napisami podczas piosenek (szkoda, że lektor nie śpiewa, ocena byłaby wyższa :P)
+ sceny usunięte (w tym jedna piosenka), wpadki na planie (niewiele, ale zawsze coś)
+ wywiady z aktorami, z reżyserką i panią od scenariusza
+ na planie filmu, realizacja, jak powstawały różne sceny, budowa scenografii
- beznadziejny teledysk Gimme, Gimme, Gimme
- fatalny zwiastun równie fatalnego filmu Wild Child


#7 Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.