Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty

29 grudnia 2010

Saga Zmierzch: Zaćmienie (2010 - kino)

5 [dodaj komentarz]

      Trzeci odcinek z serii “Wampiry i przyjaciele” obejrzałem w kinie. Już nie pamiętam jak dałem się na to namówić (minęło z pół roku), ale do dzisiaj pamiętam, że, o dziwo, podobało mi się. W sumie to dobrze, w końcu da się to oglądać, ale tak z drugiej strony trochę szkoda, bo nie za bardzo jest się z czego ponabijać :).
      O co tym razem chodzi? Cóż, z grubsza o to samo co w poprzednich częściach. Bella dalej kocha się w Edwardzie, Jacob dalej kocha się w Belli i jakoś ten trójkącik się kręci. Ona chce zostać wampirem, Edward jakoś niekoniecznie na ten pomysł się pisze, co Jacob wykorzystuje i oferuje jej miłość, swoją gołą klatę oraz pozostanie człowiekiem. Bella sama już nie wie co ma robić i zupełnie jak w ping pongu uderza raz do jednego, raz do drugiego. W między czasie rudowłosa wampirzyca z pierwszej części zbiera ekipę, aby powrócić i ukatrupić Bellę.



      Zaćmienie jest chyba najbardziej dziurawym fabularnie odcinkiem. Nie żeby Zmierzch i Księżyc w nowiu były jakoś specjalnie sensowne, ale w tym przypadku nielogiczności jest trochę więcej niż u poprzedników. Znaczący mankament to to jednak nie jest, bowiem paradoksalnie tą część ogląda się o wiele lepiej. Głównie dlatego, że mdłe migdalenie, ciągłe patrzenie sobie w oczy, pląsanie po łąkach i inne tego typu bzdety zostały dość mocno okrojone z “czasu antenowego” (w końcu!). Jedynka i dwójka miały to do siebie, że przez 2/3 filmu jedyną akcją były umizgi naiwnej, niepełnoletniej nastki z ponad 100 letnim wampirem (może i z wyglądu młody, ale przecie niejedno w swoim długim życiu zrobił czy też zaliczył - ten typ tak ma) w ciemnym lesie, a dopiero na samym końcu coś się działo. Zaćmienie na szczęście zrywa z tą formułą, w końcu ktoś pomyślał, że to ma być film, a nie poradnik “jak poderwać 15latkę na minę zbitego psa?”. Poza tym, tak na zdrowy rozum - ile można tłuc to, pożal się boże, romansidło? W Zaćmieniu od początku wiadomo, że poza wątkiem miłosnym, nudnawej Belli grozi niebezpieczeństwo i ktoś będzie musiał murem za nią stanąć. Zatem spora część filmu to przygotowania do wielkiej walki w której nie kto inny, jak Edward i Jacob będą musieli się pojednać (w imię miłości do tej samej kobiety - jak to brzmi).
      Przerywników na całuski, przytulanki i trudne do pojęcia rozterki głównych bohaterów jest raczej niewiele, chociaż jak już są to oczywiście z grubej rury. Nie zabraknie zatem momentów w których Edek długo i namiętnie całuje Bellę, by potem zwycięskim wzrokiem “ja tu rządzę” popatrzeć sobie na Jacoba (ten z kolei długo nie pozostaje dłużny i kilka sekund później bierze w ramiona Belle - do gołej klaty of course- tylko po to, aby dać do zrozumienia “1-1 koleś”). I tak co jakiś czas nieludzie bawią się w “kto jest bardziej super, kto bardziej zasługuje na najnudniejszą laskę ostatnich lat” sypiąc różnymi anegdotkami odnośnie życia, przemijania, przyszłości itp..
      Muszę przyznać, że ta część jest, albo lepiej powiedzieć, udaje, że jest bardziej na poważnie (armia wampirów, mobilizacja do obrony, zagrożenie totalną masakrą i takie tam) chociaż więcej tu humoru niż w jedynce i dwójce. Jacob w tym przypadku potrafi od czasu do czasu rzucić dobrym tekstem i rozładować sztuczne napięcie. W ogóle jego postać jest chyba najsympatyczniejsza - nie jest taki sztywny i dystyngowany jak Edek z tą całą swoja wampirzą ferajną. Chyba najlepszym momentem jest scena w namiocie rozstawionym wysoko w górach, kiedy to Jacob chce położyć się przy Bell, aby ją ogrzać. Edward oczywiście się na to nie zgadza, na co Jacob wypala “spójrzmy prawdzie w oczy, jestem bardziej gorętszy od ciebie”. Po ciężkostrawnym poczuciu humoru (lub jego kompletnym braku) w poprzednich częściach taka riposta wydaje się być mistrzostwem świata. Kiedy Edek odpuszcza i półnagi Jacob obejmuje z czułością Bell, a następnie patrząc prosto w oczy Edziowi mówi “ogrzałabyś się szybciej, gdybyś wyskoczyła z ubrania” myślałem, że z miejsca zapiszę się do fanklubu Jacoba :) W końcu w tym nudnym romansidle pojawił się umiar w zamęczaniu widza przesadnie sztucznymi emocjami dzięki czemu da się ten film obejrzeć do końca bez zgrzytania zębami.
      Muzyka, zdjęcia - wg mnie ta część prezentuje się znacznie lepiej od Księżyca w nowiu i prawie na tym samym poziomie co Zmierzch. Zaś pod względem efektów specjalnych i montażu Zaćmienie zdecydowanie wygrywa. Końcówka filmu może nie powala, ale walka wampiry vs. wampiry i komputerowe wilkołaki została nakręcona naprawdę kozacko. Widowisko, skromne ale jednak, było. Nawet pojedynek rudzielca z drętwym Edwardem, szczególnie finał, daje lekkiego kopa.



      Mam wrażenie, że fani tej sagi nie zaliczą Zaćmienia do najlepszego odcinka, natomiast Ci co uwielbiają tę serię w nieco inny sposób, w końcu obejrzą przygody Belli bez tego jakże uroczego wrażenia “zaraz się pochlastam“. Oceniam aż na 6- (wewnętrznie czuje, jakby to była 9 :) Można zobaczyć.

::::::::::::::::: 6-/10 :::::::::::::::::

5 lipca 2010

Saga Zmierzch: Księżyc w nowiu (2009 - dvd)

10 [dodaj komentarz]

     Przyznaje, po obejrzeniu Zmierzchu nabawiłem się przewlekłego urazu do wampirów oraz ostrego „syndromu Avatara”. Działa to mniej więcej tak: „powiedz mi jak bardzo podobał Ci się Zmierzch, a ja powiem Ci jak wielkim kretynem jesteś”. Wiem, żałosny hipokryta ze mnie, ale nie oszukujmy się, każdy z nas ma taki swój ulubiony tytuł, z którego lubi kpić, drwić i stroić podśmiechujki (a Zmierzch nadaje się do tego jak żaden inny film). Po Księżycu w nowiu nie spodziewałem się niczego lepszego i, prawdę mówiąc, niczego lepszego nie otrzymałem (będą małe spoilery).



     W mojej ocenie muzyka i zdjęcia to jedyne co „zagrało” w Zmierzchu. Te dwa elementy w dużej mierze wyręczały aktorów albo wręcz ratowały ich nieudolne próby wykrzesania z siebie jakichkolwiek emocji. W Księżycu w nowiu jest podobnie, choć główne skrzypce gra przede wszystkim muzyka Alexandre Desplata oraz nieźle dobrane kompozycje różnych kapel (MUSE ponownie daje czadu). Szkoda tylko, że tak dobry soundtrack marnuje się w filmie, w którym wszystko inne jest złe lub w najlepszym wypadku kiepskie. Najbardziej zawiodłem się na klimatycznych zdjęciach/montażu, które w Zmierzchu bardzo mi się podobały. W filmie Chrisa, podobnie jak w jedynce, obraz został utrzymany w wyblakłych kolorach, ale brakuje „magicznych” ujęć, dryfującej kamery, oraz tajemniczych miejsc. Jest dobrze, ale nie tak ładnie i klimatycznie jak w Zmierzchu.
     Reszta mnie nie zawiodła, bo nie spodziewałem się niczego dobrego. O fabule można w skrócie powiedzieć tylko tyle: Edward rzuca Bell (dla jej dobra) przez co ta wpada w śmiesznie głęboką depreche – nie może spać, a jak już uśnie to wrzeszczy niczym mała dziewczynka z Egzorcysty. To jednak nie wszystko, bo pojawia się motyw z wizjami Edwarda – wystarczy, że Bell zrobi coś totalnie głupiego, niebezpiecznego i już na jawie widzi swojego ukochanego. Wiadomo, Bell sprytna dziewczyna, więc przez 2/3 filmu podejmuje skrajnie głupie decyzje (wliczając w to próbę samobójstwa) byle tylko zobaczyć swój obiekt westchnień. Jest jeszcze kluczowa dla tej części postać Jacoba, który wiedząc, że Edzio dał nogę, zaczyna startować do Bell. Daje to efekt najgłupszego romansu jaki w tym roku widziałem (bije nawet ten z jedynki). Ona jeździ do niego, aby najpierw pochwalić go za nieziemsko umięśnioną klatę, potem za niezwykła siłę, aż w końcu nie wytrzymuje i wyznaje mu prosto w oczy (dosłownie) „jesteś piękny”. Jacob, podobnie jak Edek, ma tajemnicę, którą chce i nie chce zdradzić Bell. Tak więc ona jeździ do niego, aby bezczelnie wzdychać na jego widok, on nachodzi ją w nocy (oczywiście z gołą klatą), aby do znudzenia powtarzać scenkę:
- gdybyś wiedziała co ukrywam..
- powiedz mi
- nie
- powiedz, proszę
- nie
- jesteśmy przyjaciółmi, możesz mi powiedzieć
- nie, nie mogę
- ale może będę mogła ci pomoc?
- NIE! Głucha jesteś, czy głupia? (to znajoma dobrze się bawiła :) )
- nie mogę
- och Jacob, to wszystko jest takie dziwne.
     Ale Jacoba już nie ma, bo niczym małpa wyskoczył spłakany przez okno i pobiegł w ciemny las.. (tylko po to aby w następnym nocnym ujęciu powrócić jak bumerang i metodą zdartej płyty wnerwiać widza). Tak więc schemat Księżyca jest podobny do Zmierzchu – przez 2/3 filmu mamy do czynienia ze skrajnie płytkimi dyrdymałami, które naprawdę trudno oglądać (aż chce się krzyczeć: ile można?!) po czym następuje akcja! Akcja, o której można powiedzieć tylko tyle, że trzyma poziom części pierwszej – jest po to, aby coś w tym filmie się działo, choć trudno doszukiwać się tutaj jakiegokolwiek sensu i napięcia (Michael Sheen to jednak miła niespodzianka). Co ważne, podobnie jak w Zmierzchu tak i w Księżycu jest moment, w którym można sobie solidnie parsknąć śmiechem (może nie tak bardzo, ale jednak). W jedynce było to syczenie podczas gry w Baseball, w Księżycu jest to idiotyczna scena Bell i Edwarda, którzy w slow motion, jak dwa jelonki, biegną przez las… Bez konkretnych spoilerów bardziej szczegółowo opisać się tego nie da.



     Księżyc w nowiu obejrzałem dwa razy (nie dlatego, że jestem masochistą, po prostu tak wyszło). Za pierwszym razem oglądałem go tak jak każdy inny film i wymęczyłem się strasznie. Za drugim razem było towarzystwo i bawiłem się doskonale. Głównie dlatego, ze na bieżąco parodiowaliśmy bohaterów filmu (ach te zmęczone i płaczliwe oblicza aktorów) i ryczeliśmy ze śmiechu słuchając przejmujących i trzymających w napięciu dialogów (ktoś z ekipy wyraźnie dorabia na planie Mody na sukces). Tak czy inaczej nie zmienia to jednego – Księżyc w nowiu jest beznadziejny. Wg mnie ten film, ta saga, ta książka to jeden wielki pop kulturowy badziew, którego powinni zabronić. Wyolbrzymia kretyńskie wartości, poraża głupotą i w konsekwencji robi wodę z mózgu tym, którzy są najbardziej na nią podatni (czyli 15 letni target). Oczywiście, można do tego filmu podchodzić jak do czystej rozrywki, ale wg mnie jest to poziom rynsztokowy. Szczerze nie polecam. A jeżeli jesteś osobą bardzo EMOcjonalną, wrażliwą, nieśmiałą, zamkniętą w sobie, ponurą, cichą, do tego masz złamane serce i czujesz, że to film dla Ciebie – daruj sobie i nie ogłupiaj się bardziej.
Niech no tylko znajdę kiedyś u swojego dziecka Zmierzch to książkę spalę, film zniszczę, a dzieciaka z miejsca wyślę na psychoterapie. Harry Potter przy tym to arcydzieło (książka i filmy).

::::::::::::::::: 3/10 :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu DVD
CENA: 69.90 (za wydanie specjalne 2-dyskowe)
format obrazu: 16:9
dźwięk: 5.1 (DTS), lektor 5.1 + napisy PL
Wydanie specjalne zawiera całkiem sympatyczne kartonowe pudełko, płytkę z filmem i płytkę z dodatkami (ok. 200min). Ponad to w pudełku jest jeszcze dwustronny plakat i pocztówki z filmu.
Wszystkie dodatki na płytach z polskimi napisami.
- Team Edward vs. Team Jacob
Trochę jajcarski, trochę żenujący materiał o tym who is the best. Napakowany Jacob, czy Edward Blada Twarz. Wypowiada się ekipa, ale przede wszystkim rozhisteryzowane i piskliwe nastolatki. No, który lepszy? :)
- Wataha wilków
Całkiem ciekawy materiał o aktorach, którzy na ekranie pojawiają się przez jakieś 5 min. Sporo materiału z planu i ciekawostek odnośnie granych postaci (szczególnie dla tych co nie znają książki)
- Transformacja Jacoba
Czyli o tym, jak przytył 13kg i stał się supermanem. Aktor opowiada o ciężkich treningach, a także o wyzwaniach aktorskich. Musze przyznać, że w wywiadach gość robi pozytywne wrażenie więc gdybym miał wybierać to Team Jacob :D
- Edward jedzie do Włoch
Materiał pokazujący prace nad końcówką filmu. Praca ze statystami (wrzaskliwi fani sagi) oraz rajd Bell wśród tłumu z 10 różnych perspektyw  Biedaczka, 10 metrów i pada – fajki dają o sobie znać :)
Edward Fast Forward
Jacob Fast Forward
Brak słow. Pierwszy materiał to zlepek wszystkich scen z Edwardem (cały film pocięty), drugi wiadomo… masakra.
- Usunięte sceny
Z dobre 15 minut wycinków. Reżyser w krótkim wprowadzeniu tłumaczy, że musiał te sceny usunąć bo nie miały sensu (nie dlatego, że film za długi). No i ma racje, są bez sensu.
- Wywiad z Volturi
Najciekawszy dodatek ze wszystkich. Wywiad z lekko świrniętym Michaelem Sheen oraz Dakotą Fanning, a także z resztą aktorów, których podczas filmu trudno dostrzec. Poza tym trochę materiału z planu (widać jak kręcili sceny walki)
- Fani, fani i jeszcze więcej fanów
Z początku deczko irytujący film pokazujący wszelakiej maści nastolatki, które najwyraźniej nabawiły się ostrego ADHD. Później jest już bardziej na poważnie – wypowiadają się normalni ludzie, a końcówka filmu przedstawia nastolatka, który wygrał konkurs i zagrał w filmie (zakładał szatę na Michaela Sheena – widać go przez jakieś 7 sekund :).
- Muzyka w rytm filmu
Z jednej strony bardzo ciekawy dodatek – różne mało znane kapele opowiadają o tym jak udało im się zaistnieć na soundtracku. Z drugiej strony razi kompletne pominięcie Desplata (a po filmie z dodatków Benjamina Buttona chciałem go ponownie posłuchać – gość świetnie mówi o muzyce).
- Storyboardy: klatca po klatce
Dla amatorów sztuki filmowj.
- Teledyski

5 września 2009

Zmierzch (2008 - dvd)

8 [dodaj komentarz]

     Ten film jest straszny.. Zabrałem się za oglądanie z dużym dystansem (w końcu to film o wampirach), a mimo to Zmierzch okazał się dwugodzinną męczarnią. Nie mam pojęcia, co w tej produkcji jest takiego super hiper przełomowego a tym bardziej nie rozumiem zachwytów pt. „nowa jakość, przełom”. Jeśli tak jest w rzeczywistości i kina mają zalewać podobne filmy to ja się chyba przerzucę na blog o szydełkowaniu.. Co ciekawe, nim film się w ogóle rozpoczął, już mi się odechciało go oglądać bo zobaczyłem, że na seans zapraszają mnie takie twory jak: BRAVO, ESKA, O2...



     Nawet w filmach Uwe Bolla nie było tak drewnianego aktorstwa jak w Zmierzchu. Aż pozwolę sobie słów kilka na ten temat maznąć, bo Zmierzch jest pod tym względem naprawdę wyjątkowy. Robert Pattinson, aktualny bożyszcze nastolatek (ktoś mi powie dlaczego?), w roli Edward’a Cullen’a jest jednym z najbardziej sztucznych i zarazem najgorzej dobranych aktorów ostatnich lat (jeśli nie w ogóle). Jego gra ograniczona była chyba tylko do wybałuszonych oczu, które w zależności od okoliczności były albo przymrożone albo „maślane” (jak u zbitego psa). Jak ktoś powie, "to wampir, on taki miał być" to go nafaszeruje czosnkiem i kołkiem zacznę mu ta rewelacje z głowy wybijać :P Pattinson w tym swoim szarym płaszczyku jest nie do wytrzymania. W ogóle nie uwierzyłem w jego postać, która okazała się pusta, bezbarwna, mdła, nijaka i co tam jeszcze… W założeniu jego bohater jest nierealny, nierzeczywisty, wyciągnięty z bajki i Pattinson nie zrobił absolutnie nic aby widz mógł mieć to wrażenie, że takie istoty mogą naprawdę istnieć. Z drugiej strony "łał, ale ten wampir to był fajny" albo „łał, ale był tajemniczy” to też jakaś abstrakcja bo ani fajny ani tajemniczy nie był.. (nawiasem mówiąc, mienił się w słońcu? Na to mogła wpaść tylko kobieta…)
     Kristen Stewart w roli Isabella Swan (Bell) wypada neutralnie. Nie razi tak bardzo, choć jej głos w postaci lektora to spore irytujące nieporozumienie. Czy wymowne ujęcie pokazujące pustą ławkę Edwarda naprawdę wymaga jej durnego komentarza „Edwarda nie było dzisiaj w szkole”? Takie traktowanie widza jak debila, bo o nóż jego uwagę przykuje pogoda za oknem a nie pusta ławka.. W jej naciągane uczucie do jegomościa powyżej również nie uwierzyłem. W ogóle najgorsze jest to, że miedzy głównymi bohaterami nie ma krzty chemii. Nic, wszystkie sceny, które teoretycznie miały być napakowane emocjami są zwyczajnie nijakie, dialogi są drętwe, a ich "czar" polega na sprawnym montażu ładnych ujęć i klimatycznej muzyki. W całym filmie jedynie scena w której Bell odchodzi z domu i nieprzyjemnie żegna się z ojcem ma w sobie to cos, co lekko ściska gardło (swoja drogą postać ojca Bell podobała mi się najbardziej).
     Rodzina Edwarda niczym rodzinka z serialu Beverly Hills również nie przypadła mi do gustu. Szybkie włączenie Bell do krwawego grona i ich późniejsza mobilizacja w jej obronie też wydała mi się strasznie naciągana. Najlepsza była scena, w której na ekranie pojawiają się 3 złe wampiry i jeden z nich rozpoznaje w Bell człowieka i chce wyssać z niej krew. W jej obronie staje cała rodzina Edwarda przyjmując pozę na Surfera (mega śmieszny Edward) i wszyscy zaczynają na siebie syczeć. Myślałem, ze padnę ze śmiechu.
     Wszystko, co w tym filmie jest lipne, czyli cały wydumany romans Bell i Edwarda stanowi ok. 75% filmu. Nudą wieje na kilometr, a wątek złych wampirów wydaje się być doczepionym na siłę (no bo przecież coś w tym filmie musi się dziać). W błędzie jednak jest ten, kto liczy na jakieś dobre, emocjonujące zakończenie. Efekty specjalne czyli sceny walki itp. również nie zachwycają i szkoda w ogóle o nich gadać.
Nie wszystko jednak jest tak marne jak się wydaje. Cały film jest utrzymany w zielonkawo-niebieskiem wyblakłym tonie, dzięki czemu jest sennie, mrocznie, ale i magicznie. Tutaj zasługa również miejsc, jakie przyjdzie podczas filmu zobaczyć, czyli bujne, pełne tajemniczych cieni lasy, łąki itp. Chociaż, przez chwilę miałem wrażenie, że wszystkie ujęcia z bujną zielenią łąk były kręcone w studiu… (jak się później okazało nie były, ale trawa była sztuczna :) ). Zachwyciły mnie ujęcia, bo były takie jak lubię, czyli długie, wolne, płynne a zarazem niepozbawione dynamiki. Również muzyka przypadła mi do gustu (chociaż jestem w szoku, że panowie z MUSE zgodzili się oddać jeden ze swoich hitów… taka fajna kapela do takiej szmiry..), oba soundtracki to kawał dobrej muzyki, którą spokojnie można posłuchać bez oglądania filmu (a na dobrym sprzęcie audio muzyka ilustracyjna brzmi nieziemsko)



     Ja rozumiem, że nastolatkom ten film może się podobać bo łatwo im identyfikować się z głównymi bohaterami. Taki mix Jeziora marzeń i Buffy: Postrach wampirów… Ona: delikatna, nieśmiała, po rozwodzie rodziców, taki trochę outsider rzucony w nową rzeczywistość. On: prawie że wyalienowany, tajemniczy, groźny, nieosiągalny, nie do zdobycia i przy okazji krwawa bestia. Nagle spotykają się i na oczach całej szkoły kwitnie wielka, niemożliwa miłość. Można? Można.. Ona trochę drży w obliczu jego nadludzkich mocy, ale widzi w nim przede wszystkim romantycznego chłopca. On natomiast zrobi dla niej wszystko, walczy nawet sam ze sobą aby jej nie pożreć :P Wszystko jest takie nierzeczywiste, delikatne, ulotne doprawione klimatyczną muzyką i zdjęciami. Nie pozostaje nic innego jak tylko tonąć i tonąć w tej romantycznej EMO wizji… Dlatego też film ten powinien mieć osobną kategorię wiekową: do lat 12 (tak jak Dragonball).
Ja się już na takie filmy nie nadaję i nie polecam nikomu.. Rozczarowanie ogromne, bo film słaby, mocno przewidywalny i ogólnie (poza zdjęciami i muzyką) do bani. Najgorsze jednak jest to, że mojej drugiej połówce podobał się i wszystko wskazuje na to, że na Księżyc w nowiu będę musiał iść do kina. Masakra..

::::::::::::::::: 3+/10 :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu dvd
CENA: 69.90 (za wydanie specjalne 2-dyskowe)
format obrazu: 16:9
dźwięk: 5.1 (DTS), lektor 5.1 + napisy PL
Wydanie specjalne zawiera całkiem sympatyczne kartonowe pudełko, płytkę z filmem i płytkę z dodatkami (ok. 150min). Ponad to w pudełku jest jeszcze dwustronny plakat i pocztówki z filmu.
Wszystkie dodatki na płytach z polskimi napisami.
+ teledyski
Zobaczymy bardzo fajny utwór grupy Paramore pt. Decode (z ujęciami z filmu), a także mocno mdły utwór Linki Park pt. Leave Out All The Rest (fragment koncertu). Jest również utwór grupy MUSE pt. Supermassive Black Hole z koncertu na stadionie Wemblay. Mam ten koncert osobno na DVD i każdy kto lubi muzę dająca solidnego kopa powinien w ów koncert szybciutko się zaopatrzyć. Poza tym jest to najlepiej udźwiękowiony (czyt: zajebista jakość) koncert jaki do tej pory wg mnie został wydany na DVD. A przy okazji macie jednego linka do wymiatającego utowru (MUSICIE ZOBACZYĆ I POSŁUCHAĆ! od początku do końca :)
http://www.youtube.com/watch?v=DVLAcabl2E0
+ pełne wersje scen
Kilka rozszerzonych scen które w finalnej wersji zostały okrojone. Szczerze mówiąc, nic ciekawego, dodatek lekko naciągany aby pokazać, że gdzieś tam jedno niewiele znaczące zdanie zostało usunięte…
+ usunięte sceny
Tak jak powyżej, nic ciekawego.
+ Początek przygody. Podróż z książki na ekran
Obssszeernyyyyyyyyyyyy i ciekawy dodatek poświęcony od a do z produkcji Zmierzchu. Wywiad z autorką Zmierzchu Stephenie Meyer a także z reżyserką Catherine Hardwicke i resztą ekipy. Migawki z castingów, zdjęć próbnych, z planu i wiele, wiele więcej itp. W tym dodatku da się zauważyć, że Catherine Hardwicke to mocno wczuwająca się ale i deczko nawiedzona osoba…
+ fenomen Tomic-Con
"Comic-Con", czyli święto fanów komiksu, podczas którego również Hollywood promuje swoje najnowsze produkcje. Ten dodatek doskonale pokazuje dla kogo jest ten film bowiem na zebranej konferencji są same rozwrzeszczane nastolatki. Prowadzący ani aktorzy nie mogą sklecić dwóch zdań, bo wystarczy, że się tylko odezwą a cała cala piskliwie ryczy zagłuszając aktorów. Masakra.. Porównajcie sobie ten dodatek z dodatkiem Grindhouse – tam też jest wrzucona konferencja z Comic-Con na której są prawdziwi fani i jest kultura. A przy Zmierzchu to zwyczajna dzieciarnia…
+ kampania kinowa
Czyli wszystkie materiały promocyjne jakie były pokazywane w kinach. Trochę nudne…
+ rozmowa ze Stephenie Meyer
Całkiem ciekawy wywiad z którego dowiadujemy się, jakie perypetie towarzyszyły autorce podczas pisania książki.
+ muzyka – serce Zmierzchu
Bardzo fajny dodatek o muzycznych motywach głównych i miłosnych. Warto zobaczyć. + rola Belli
Wywiad z Kristen Stewart. Ona sama wraz z ekipą udowadniają, jak jej postać jest złożona i trudna do zagrania.
+ rola Edwarda
To samo co powyżej, z tą różnicą, że wszyscy rozpływają się nad niewiarygodną urodą Roberta Pattinsona.„Ten facet to najpiękniejszy mężczyzna na świecie, a w środku ma piękną duszę” rzekła reżyserka…
+ pocałunek Wampira
Dziwny dodatek – kilka ujęć różnych ugryzień Wampira. Bez sensu…
+ teledysk „Kołysanka dla Belli” (remix)
Mógł być z tego fajny remix gdyby nie podłożone głosy z filmu…
+koncert Edwarda
Robert Pattinson gra na fortepianie.


Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

1 maja 2009

Vicky Cristina Barcelona (2008 - kino)

10 [dodaj komentarz]

     Czytając różne recenzje i opinie wychodzi na to, że Woody Allen jest żyjącą legendą, a każdy kinomaniak doskonale wyznaje się na jego twórczości i stylu. Też bym chciał taką wiedza błysnąć, ale o Allen'ie i jego produkcjach wiele powiedzieć niestety nie mogę. Owszem, widziałem kilka filmów, ale to było taaaaak daaawwnooo temu, że niewiele pamiętam. Chociaż jeden tytuł utkwił mi w pamięci, "Tajemnica morderstwa na Manhattanie" (stary jak świat) jednak o czym to było, nie mam pojęcia.. Można więc powiedzieć, ze Vicky Cristina Barcelona to moje pierwsze świadome spotkanie z Woody'm Allen'em.
     Film opowiada o dwóch przyjaciółkach, Vicky (Rebecca Hall) i Cristinie (Scarlett Johansson). Obie panie przyjeżdżają na wakacje do słonecznej Barcelony, w której pewnego wieczoru poznają Juana Antonio (Javier Bardem). On jeden, one dwie i Oscarowa bomba czyli jego eks, Maria Elena (Penelope Cruz). Vicky i Cristina dają się wciągnąć w romantyczną przygodę nie przypuszczając, że czeka je prawdziwa miłosna szkoła życia. I w sumie, tak na sucho, to tyle, jeśli chodzi o fabułę :)

Kliknij w "PLAY" a potem w "HQ" aby oglądać w lepszej jakości


     W pierwszej połowie filmu Woody Allen krotko przedstawia swoich bohaterów. Vicky to inteligentna, rozważna i delikatna kobieta. Wszystko ma rozplanowane, wokół niej panuje ład i porządek. Cristina natomiast jest spontaniczna, otwarta na świat i ludzi. Wolna od zobowiązań i planowania, gotowa na wyzwania dnia codziennego i podejmowanie decyzji pod wpływem impulsu. Obie panie nawet swoim wyglądem wyrażają skrajnie różne osobowości. Vicky jest skrytą, „nierzucającą się w oczy” brunetką a Cristina blondynką z erotycznym stylem bycia (siłą rzeczy mocno rzucającą się w oczy :)). Na ich drodze staje przystojny, czarujący i kipiący seksem Hiszpan Juan. Jest bezpośredni, ale szczery w swoich zamiarach co dla Vicky jest nie do przyjęcia a dla Cristiny wręcz przeciwnie. Od tego momentu Allen łączy swoich bohaterów w różne związki grając tym samym emocjami i uczuciami będącymi esencją całego filmu.
     VCB w dość sympatycznie luźny sposób dywaguje i rozkłada na czynniki pierwsze kwestie tego, czym tak naprawdę jest miłość. Czy jej źródło jest w rozumie i rozsądku czy może w sercu i spontaniczności? Ile tak naprawdę jesteśmy w stanie zrobić dla miłości? A może miłość jest czymś więcej aniżeli związkiem dwojga ludzi? Czy można „kochać” i „być zakochanym” jednocześnie? Jaki związek daje prawdziwe szczęście? Takie pytania na luzie (powtarzam „na luzie” bo to nie jest dramat poddający pod wątpliwość sens miłości) namnożyły mi się podczas oglądania filmu w którym w pewnym momencie Cristina jest w 7 niebie (a przynajmniej tak jej się wydaje) a świat Vicky zostaje wywrócony do góry nogami. Ciekawy był fragment (i całkiem uroczy) kiedy Cristina mówi do Juana, że będzie musiał ją najpierw uwieść aby zaciągnąć do łóżka. Gdy na drodze stają kwestie zdrowotne i Cristina na chwilę wypada z gry Juan uderza do sceptycznej Vicky. Plus do minusa. Efektu można się domyśleć..
     VCB może nie powala fabularnie, ale błyszczy pod względem aktorstwa. Scarlett Johansson w roli nasyconej erotyzmem blondynki wypada doskonale i bardzo przekonująco. Podobała mi się scena, w której przychodzi lekko wstawiona do pokoju Juana. Jest drocznie, romantycznie, seksownie a wszystko to zamknięte w jednym długim ujęciu (wiec aktorzy naprawdę muszą dać z siebie sporo, bo montaż nie ukryje niedociągnięć). Rebecca Hall w roli rozważnej (później lekko zgubionej) Vicky też daje rade, chociaż w pewnym momencie miałem wrażenie, że odrobinę za mocno wyeksponowała tą taką hmm… konserwatywność w kwestiach moralno-miłosnych. Jednak, co może wydać się dość dziwne, najbardziej podobał mi się Javier Bardem :) Ot po prostu.. Do momentu, w którym na ekranie pojawia się mój ulubiony hiszpański temperament, czyli Penélope Cruz (w całym filmie jest jej zdecydowanie za mało). Niestety Javier wraz ze Scarlett i Rebeccą, choć trzymają poziom, pozostają w cieniu Penelope (i nawet jeśli Cruz byłaby nominowana do Złotej Maliny – tak jak np. w VanillaSky – i tak byłaby lepsza :P)
     W drugim planie przewija się tytułowa Barcelona która została ukazana jako miejsce romantyczne, trochę bajkowe i… lekko leniwe. Mnie osobiście zdjęcia aż tak nie powaliły, jednak nie zmienia to faktu, że idealnie podkreślają miłosny wydźwięk filmu. A ten dodatkowo podsyca całkiem sympatyczna i wpadająca w ucho muzyka (aczkolwiek w pierwszej połowie filmu wg mnie główny motyw przewodni brzdąkał odrobinę za często).
     Na początku wspomniałem, że Woody Allen na całym świecie jest uważany za legendę, geniusza kinematografii, więc tym bardziej zaskoczyło mnie to, jak to jest możliwe, że tak wybitny reżyser decyduje się na tak fatalnego narratora..? Jego głos przypominał mi jakiegoś informatyka tłumaczącego jak włączyć komputer… Po prostu masakrycznie chrzanił tak uroczy klimat filmu. Samo porównanie z oczywistym odpalaniem kompa to nie przypadek, bowiem narrator tłumaczył i podawał wszystko na tacy. Od tego jakie w danej chwili bohaterowie odczuwają emocje po tłumaczenie właśnie rzeczy najoczywistszych (typu: białe jest białe a czarne jest czarne.. (?!)) Film ma bardzo dobre dialogi, świetne zdjęcia, trwa zaledwie 95minut – dlaczego tych wszystkich myśli, podpowiedzi nie można było ukryć między wierszami albo gdzieś w obrazach? Taki zabieg wg mnie w naprawdę sporej mierze pozbawia widza swojej interpretacji i domysłów.. Na szczęście to chyba największa i jedyna wada całej produkcji.. Chociaż mógłbym jeszcze wspomnieć o trochę nijakim zakończeniu. Trochę dywagacji, trochę analizy, trochę gdybania i nagle narrator kończy film.. „I co, już? Koniec?” – tak właśnie pomyślałem po ostatniej sekwencji. W sumie nie wiem, czego się spodziewałem, ale odczułem lekki niedosyt.



     Jakiś czas temu zapytałem znajomą czy już widziała najnowszy film Allena i w odpowiedzi, ot tak, dostałem jednozdaniową recenzję: „dobrze zagrana, ładnie nakręcona – taka telenowela z wyższej półki, którą fajnie się ogląda”. I myślę, że sporo w tym racji. Luźny, bardzo sympatyczny i optymistycznie nastawiający – warto zobaczyć i wyjść z kina uśmiechniętym. Jeśli chodzi o samego Allena - musze przyznać, że jego styl zaintrygował mnie i z chęcią obejrzę jego inne filmy (chociaż mam nadzieję, że ten narrator to był tylko jednorazowy wybryk)

::::::::::::::::: MOJA OCENA: 7/10 :::::::::::::::::




Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

16 stycznia 2009

Mamma Mia! (2008 - dvd)

7 [dodaj komentarz]

     Dwa szwedzkie małżeństwa, które poruszyły cały świat: Agnetha Fältskog, Björn Ulvaeus i Benny Andersson, Anni-Frid Lyngstad czyli w skrócie ABBA. Zespół powstał w 1972r i przez prawie dekadę nie schodził z czołówki światowych notowań przebojów. Nawet w tej chwili, pomimo tego, że grupa rozpadła się w 1982r (nawiasem mówiąc małżeństwa też się posypały) trudno znaleźć osobę, która nie słyszała bądź w ogóle nie zna ABBY. Ich przeboje są ponadczasowe – proste teksty, wpadające w ucho refreny i melodie, które chcąc nie chcąc poruszają nasze ciała :). Współcześni artyści czerpią garściami z dorobku ABBY a niektórzy wręcz tworzą zespoły, coverove jak np. A-Teens czy nawet polski zespół ABBA Family na który natknąłem się przez przypadek w necie (w skład wchodzą oczywiście dwa małżeństwa.. :))
     W zeszłym roku w kinach zagościła ekranizacja znanego i docenionego musicalu „Mamma Mia!” opartego właśnie na twórczości zespołu „ABBA”. I szczerze mówiąc pomimo tego, że znam i lubię ABBĘ, jak tylko zobaczyłem zwiastun a potem tytuł filmu, powiedziałem sobie: „nie, nigdy w życiu”. Potem film wszedł na ekrany i posypała się lawina ochów i achów jaka to Mamma Mia nieziemska i wspaniała. Coś zaczęło we mnie pękać, ale ja twardy człowiek i bardzo dluuuuugo zabierałem się za ten film.. W końcu jednak nadszedł ten dzień.
     Film opowiada historię młodziutkiej Sophie (Amanda Seyfried), która niebawem ma wyjść za mąż. To ma być wymarzony ślub i Sophie bardzo chciałaby, aby na uroczystości pojawił się jej ojciec. Problem w tym, że nigdy go nie poznała i nie wie kim jest. Pewnego dnia w jej ręce wpada pamiętnik matki, Donny (Meryl Streep), z którego dowiaduje się, że ma trzech potencjalnych ojców. W tajemnicy przed matką zaprasza mężczyzn licząc na to, że uda jej się odnaleźć tego właściwego. Oczywiście wkrótce cała sprawa wychodzi na jaw..

     Trzy roześmiane, opalone nastolatki skaczą, piszczą, tańczą, śpiewają, po wzgórzach biegają i ciągle radośnie gestykulują (co najmniej tak jakby w końcu obliczyły ile to jest 2+2). Wokół zielone góry, w oddali błękitne morze a w tle piękne słońce. Wietrzyk lekko muska trawkę, ptaszki leniwie fruwają a wszyscy są tacy piękni, szczęśliwi i bez żadnych trosk. Krótko mówiąc, pierwsze 10min filmu to obraz tak mdły i przejaskrawiony, że trudno spokojnie siedzieć i go oglądać. Od razu na człowieka spada tona cukru pudru w polewie truskawkowej z różowym puddingiem. Przyznam, że gdybym był jedynym widzem to z miejsca wyłączyłbym film a z płytki dvd zrobiłbym niewracający bumerang. Niestety, musiałem oglądać do końca, bo wyjść nie wypadało. Na szczęście dalsza część filmu jest o niebo lepsza. Chociaż podejrzewam, że jest o niebo lepsza tylko dlatego, że człowiek po tych 10 minutach po prostu w jakiś sposób przestawia się na różowy świat wg „Mamma Mia!” i zachwyca się lub (tak jak ja) toleruje go. Sama konwencja filmu nie zmienia się ani odrobinę, cały czas jest radośnie, wspaniale, pięknie i magicznie (bleaahh :P).
     Fabuła filmu jest prosta jak budowa cepa i nie ma sensu się nad nią rozwodzić natomiast trzeba zaznaczyć, że paradoksalnie scenariusz nie jest taki zły. W końcu został napisany pod istniejącą już twórczość (w tym przypadku ABBY) a nie odwrotnie. I trzeba przyznać, że upchać w 2 godzinnym filmie 27 piosenek nie jest rzeczą najprostszą. Tzn. upchać zawsze można, ale upchać tak, aby miało to jakikolwiek sens to już coś. Swoją drogą całe szczęście, że jest ich aż tyle, bo wypełniają ok. 85% filmu. Dzięki temu można posłuchać dobrej, znanej muzyki w nowych, ciekawych aranżacjach, co jest największym atutem całej produkcji. Tutaj warto wspomnieć o aktorach, którzy utwory ABBY śpiewają przy pomocy własnych ust u strun głosowych. Szczerze mówiąc, nie mam zielonego pojęcia, czym się kierować w ocenie śpiewu, więc przyjmuje prostą zasadę: podoba mi się lub nie. I tak, przede wszystkim zaskakuje Pierce Brosnan który wg mnie telnetu wokalnego nie ma a do filmu pasuje jak pięść do oka. Mimo wszystko jego postać jest najbardziej charakterystyczna ze wszystkich – nieźle gra, a że śpiewać nie potrafi to wychodzi mu to całkiem oryginalnie i z jajem (naprawdę można się pośmiać). Paskudna Meryl Streep gra szaloną, radosną mamuśkę i trzeba przyznać, że miło na nią popatrzeć aczkolwiek nie wiem czy jest się nad czym zachwycać. Owszem, głos ma i utwory w jej wykonaniu są dopieszczone w każdym detalu, ale jakoś nie poraziła mnie. Zresztą, odniosłem wrażenie, że niektóre utwory zostały mocno przesłodzone albo nafaszerowane emocjami np. scena właśnie z Meryl Streep i Brosnanem na wzgórzu zaraz przed ślubem. Nie wiem, albo ona za bardzo się wczuwała albo on stał jak kołek i nie wiedział, co ma ze sobą zrobić i strasznie nienaturalnie to wypadło. Jednak w ogólnym rozrachunku obsada filmu nie zawodzi, każdy aktor ma swoje 5min na grę aktorską i 5min na śpiewanie.

     Reasumując, nie nadaje się na takie filmy. Wg mnie „Mamma Mia!” to przykład idealnego kobiecego odmóżdżacza. Film wyreżyserowany przez kobietę, wg scenariusza kobiety, więc siłą rzeczy (co zresztą podkreślają sami twórcy filmu) jest to film dla kobiet. I niech tak będzie, ja mam swojego odmóżdżacza czyli durne kino akcji pt. „zabili go i uciekł” (i zapewne zaraz pozwolę sobie coś obejrzeć coby wrócić do normalności :) ). „Mamma Mia!” przygniotła mnie swoim pięknym, przekoloryzowanym światem a jedyne, co jest warte uwagi to piosenki ABBY, które można słuchać na okrągło i nigdy się nie znudzą. Soundtrack to siła tego filmu – można nucić, tańczyć, gibać się, ale czy potrzeba do tego kręcić film? Może wystarczyło wydać nowy album ze znanymi nazwiskami i nakręcić jeden konkretny teledysk do promocji..? Tak czy inaczej, tylko ze względu na soundtrack oceniam film na OK. czyli 5/10 bo film po prostu mnie rozczarował (czyli powinno być 4/10). Swoją drogą, ciekawe czy taki film miałby w ogóle jakąkolwiek szanse na sukces gdyby powstał w oparciu o twórczość innego zespołu.. Nie sądzę.
Moulin Rouge! – to jest dopiero musical.

::::::::::::::::: MOJA OCENA: 5/10 - OK :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu DVD (bardzo dobre)
CENA: od 49zł
+ film z lektorem, z napisami lub z lektorem i napisami podczas piosenek (szkoda, że lektor nie śpiewa, ocena byłaby wyższa :P)
+ sceny usunięte (w tym jedna piosenka), wpadki na planie (niewiele, ale zawsze coś)
+ wywiady z aktorami, z reżyserką i panią od scenariusza
+ na planie filmu, realizacja, jak powstawały różne sceny, budowa scenografii
- beznadziejny teledysk Gimme, Gimme, Gimme
- fatalny zwiastun równie fatalnego filmu Wild Child


#7 Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

10 stycznia 2009

Okrucieństwo nie do przyjęcia (2003 - dvd)

8 [dodaj komentarz]
<
     Zwykle podczas oglądania komedii romantycznych zachowuję się tak jak większość kobiet podczas oglądania filmów wojennych. Wiercę się, bawię komórką, śmieje się w nieodpowiednim momencie albo ziewam tak długo aż mi łzy z oczu lecą.. Gdy w moich rekach pojawiła się płytka DVD z filmem "Okrucieństwo nie do przyjęcia" i usłyszałem hasło "oglądamy!" nie mogłem się powstrzymać i wywijając oczami ciężko sobie westchnąłem. Jak się później okazało, nie było tak źle a nawet zaskakująco dobrze.
     Miles Massem (George Clooney) to specjalista od rozwodów. Skuteczny, pewny, wzbudzający szacunek w swoim środowisku. Jego nazwisko to gwarancja wygranej sprawy niezależnie od tego czy klient jest winien rozpadowi związku czy nie. Marylin Rexroth (Catherine Zeta-Jones), seksowna i uwodzicielska brunetka również zawodowo zajmuje się rozwodami. Wykorzystując swoją urodę i naiwność płci męskiej rozkochuje delikwenta, a potem doprowadza do rozwodu zgarniając przy tym majątek kochanka. Jej obecna ofiara, leciwy, ale bogaty inwestor w nieruchomościach zostaje przyłapany na zdradzie z inną kobietą (oczywiście całkiem „przypadkiem”). To stwarza idealne warunki do rozwodu i łatwego przejęcia dobytku męża. Kaseta video jako dowód, trochę łez na rozprawie sądowej i sprawa wygrana. Jednak na jej drodze staje adwokat męża, czyli Miles Massem we własnej osobie. Marylin z konfrontacji z niezawodnym adwokatem wychodzi bez złamanego grosza. Wściekła postanawia, że nie odpuści Miles’owi..

     Nie jestem znawcą twórczości braci Coen, ale szczerze mówiąc byłem zaskoczony, gdy ujrzałem ich nazwiska w napisach początkowych. Jak się później okazało, „Okrucieństwo…” swoim stylem jest całkiem podobne do ostatniego filmu Coenów „Tajne przez poufne” (wiem, powinno być na odwrót, ale w takiej kolejności oglądałem filmy).
     Fabuła prosta, ale inteligentna, ubrana w zakręcone wątki i niespodziewane zwroty akcji. I tu warto zaznaczyć, że w filmie brak przerysowanych scen romantycznych, brak jakiegokolwiek wyciskacza łez w postaci podniosłej muzyki i niewiarygodnie magicznych ujęć, brak wyznań miłości jak również brak typowego happy endu.. No dobra, z tym happy Endem to trochę przesadziłem, bo jest i szczerze mówiąc jest to wg mnie najsłabsze ogniwo całego filmu. Ale tak czy inaczej, wyjadacze typowo hollywoodzkich produkcji romantycznych mogą czuć się zawiedzeni natomiast fani dobrego kina dialogu powinni być usatysfakcjonowani. „Okrucieństwo..” jest bowiem filmem, którego siłą napędową są groteskowe teksty i tzw „odzywki”. W sumie nie sposób czegokolwiek zacytować, bowiem tekst wyrwany z kontekstu nie ma takiej „siły rażenia”. Chociaż jest jedna scena, która utkwiła mi w pamięci. Jeden z bohaterów drugo-planowych poniósł całkiem niecodzienną śmierć (swoją drogą scena tej śmierci to po prostu mistrzostwo – człowiek ginie a ja śmieje się w najlepsze) no i główni bohaterowie kombinują jak to zatuszować. W końcu jeden z nich wymyśla teorię i mówi „to proste, obudził się w nim kompleks własnego stylu życia i się zabił”.. Mało się nie popłakałem jak to usłyszałem.
     Doskonałe dialogi to również doskonali bohaterowie pierwszo i drugo-planowi. Niekwestionowaną gwiazdą „Okrucieństwa” jest George Clooney, który bezbłędnie wciela się w rolę Miles’a. Po raz kolejny udowadnia, że jest wszechstronnym i świetnym aktorem dorównującym całemu szumowi medialnemu, który cały czas wokół niego się kręci. Catherine Zeta-Jones w roli inteligentnej i przebiegłej sex bomby sprawdza się i nie ma na co narzekać jak również nie ma się czym zachwycać. Chociaż, jeśli chodzi o jej urodę, która jest wg mnie delikatnie laleczkowata to mimo wszystko muszę przyznać, że jest na czym oko zawiesić a w czerwieni to już „palce lizać” :P. W rolach drugo-planowych zobaczymy takie gwiazdy jak Billy Bob Thornton jako bogaty „nafciarz” czy Geoffrey Rush w roli faceta którego kobieta zdradziła a któremu Miles udowodnił, że to jego wina :P Poza tym na ekranie zobaczymy jeszcze detektywa „udupiarza” Gus’a Petch’a (Cedric the Entertainer) który swoją teorią „łapania za dupę” po prostu zwala z nóg.

     „Okrucieństwo nie do przyjęcia” jest filmem niezwykle lekkim, pogodnym, wesołym i, co najważniejsze, inteligentnym. Nie brakuje w nim ciekawej intrygi, doskonałych bohaterów/aktorów i dobrego, miejscami czarnego humoru. Polecam kupić/wypożyczyć i w sobotni wieczór na luzie obejrzeć.
Swoją drogą, muszę przyznać, że Bracia Coen odwalają naprawdę dobrą robotę i zaczynam rozumieć ludzi, którzy niecierpliwie wyczekują ich kolejnego filmu. Ja sam jestem ciekaw, czym mnie znów zaskoczą i mam nadzieję, że będzie to komedia. Póki, co poszperam w ich dotychczasowej filmografii, bo podejrzewam, że jest co nadrabiać.

::::::::::::::::: MOJA OCENA: 8-/10 - BARDZO DOBRY :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu DVD
Szczerze mówiąc niewiele mogę powiedzieć, bo tym razem film nie był mój a z dodatków obejrzeliśmy tylko sceny niewykorzystane (których nie było dużo). Na pewno wśród dodatków znajduje się materiał za kulisami ale nie mam pojęcia czy z polskimi napisami i czy ów materiał jest ciekawy. W każdym razie chwali się, że wydanie DVD nie jest „gołe” :)


#6 Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

15 listopada 2008

Wall.E (2008 - kino)

12 [dodaj komentarz]

     Roboty typu WALL.E (Wysypiskowy Automat Likwidująco Lewarujący. E.klasa) zostały wyprodukowane do jednego celu: posprzątać naszą niegdyś zieloną planetę. Ludzie natomiast, by nie przeszkadzać i nie pobrudzić się swoim własnym brudem wyruszają na 5-letni rejs po kosmosie. Po 700 latach na ziemi pozostaje ostatni egzemplarz sprzątającego Wall'ego a także chyba ostatni żywy organizm czyli.. karaluch. Ludzi ani widu ani słychu. Mały robocik, w wyniku anomalii w obwodach zostaje obdarzony niezwykłą osobowością. Staje się ciekawski, kolekcjonuje znalezione ciekawe przedmioty a także zaczyna odczuwać samotność (karaluch w tym przypadku się nie liczy :P). Pewnego dnia na ziemi pojawia się ona.. jajowata Ewa.


     Zdaje sobie sprawę, że film zbiera w zasadzie same pozytywne opinie. Tak więc na początku muszę zaznaczyć, że "Wall.E" jest reklamowany jak i również uważany za film dla każdego. Warto o tym pamiętać czytając resztę tekstu.. :)
     O nowej animacji Pixara nasłuchałem się całkiem sporo. "Przełom w animacji, kino nieme XXI wieku, wielki film, kultowy" itp. etc. itd. Zgodzę się, że jest to film lekki, przyjemny, ciepły, sympatyczny, miejscami śmieszny no i oczywiście wzruszający. Trzeba pamiętać, że to komedia romantyczna z naciskiem na „romantyczna” - więcej w tym filmie wyciskacza łez aniżeli śmiechu. Efekt ten osiągnięty został nie po przez słowa, bo te w filmie występują w ilościach śladowych, ale przede wszystkim po przez gesty głównych bohaterów. Zabieg całkiem ciekawy aczkolwiek nadawanie ludzkich cech maszynom, w tym przypadku metalowemu klockowi z głową o kształcie lornetki i jajowatemu czemuś średnio przypada mi do gustu. Nie da się ukryć, że oglądając poczynania głównych bohaterów nie sposób nie podziwiać twórców za perfekcyjną animacje gestów które oddają uczucia robotów. Aż chciałoby się wymienić swojego kota/psa na taką fajną, milusią metalową zabawkę, prawda? Już olać dorosłych ale nie wiem, czy chciałbym aby po filmie moje dziecko (którego nie mam :P) wyszło właśnie z takim przekonaniem..
     Film oczywiście nie odpowie na pytanie, jakim cudem metalowe maszyny odczuwają emocję. Jedynie w zwiastunie filmu i opisie dystrybutora jest zapisane, że Wallemu coś popierniczyło się w kabelkach. W samym filmie nie ma nic co mogłoby chociaż sugerować przyczynę takiego stanu. A Ewa jest przecież robotem nowoczesnym i o ile po wylądowaniu na ziemi jest w miarę maszyną o tyle później jest już kobietą w metalowym wdzianku. Swoją drogą inne roboty na Axiomie (statek ludzi) też nie spełniają tylko i wyłącznie roli robotów.. No ale dobra, pomimo tego, że akcja została osadzona w świecie ludzi.. a nie w świecie robotów, ustalmy, że to film bajka a te, jak wiadomo, rządzą się swoimi prawami.
     Przewodnia historia "Wallego" jest brutalnie banalna i schematyczna bowiem poza tym, że jest ubrana w doskonałą animacje nic nowego nie wnosi. Zakochany facet, odrzucająca go kobieta, facetowi coś się przydarza, kobieta odkrywa że jest zakochana i rolę się odwracają. Illleeeee razyyyy już to było? Motyw miłości i jej nieodzownej potrzeby bycia w życiu człowieka był przerabiany z milion razy. Następna sprawa - czym tak naprawdę różni się "Wall.E" od np. ostatniej animacji "Kung Fu Panda"? W obu przypadkach historia jest banalna i schematyczna. W obu przypadkach film opiera się na gestach i niezdarności głównych bohaterów. Fakt, w "Pandzie" występują dialogi ale nie oszukujmy się u Wall'ego w drugiej połowie filmu dialogi też się pojawiają i czar oryginalności filmu pryska. Jeden i ten sam worek.
     Animacja jak już wspomniałem jest rewelacyjna bo jakby nie patrzeć idealnie oddaje emocje które płyną z metalowego wnętrza robota. Jest to w zasadzie największy atut filmu. Mały robocik na Axiomie, ten który uporczywie czyścił ślady Wall’ego był chyba najsympatyczniejszym i najśmieszniejszym robotem w całym filmie. Zdecydowanie najciekawszym wątkiem był wątek ludzi. Grubi, zacofani, lenie - przerażająca aczkolwiek być może realna perspektywa bo jakby nie patrzeć trochę już tacy jesteśmy. Wyręczamy się technologiami tłumacząc sobie, że to po to aby zapewnić sobie komfort i spokój życia a nie dostrzegamy wszechobecnego piękna natury. I kto wie dokąd nas to zaprowadzi..



     Dobra - żeby nie przedłużać. Ogólnie jestem rozczarowany. „Wall.E” nie wnosi nic nowego do gatunku. Technicznie, tak jak inne animacje, niezwykle dopieszczony ale nic poza tym. Muzyka - bez rewelacji bo jest to zbitka mniej lub bardziej znanych utworów dobranych do danej sytuacji. Już to przerabialiśmy.. Jeżeli chodzi o oryginalność czyli o to nieme kino.. Spodziewałem się więcej.. Na ekranie widzimy najpierw jednego robota, potem drugiego a słów pada bardzo mało. I ok., tylko co z tego, skoro wszystko to zostało pokazane w zwiastunach i telewizyjnych klipach..? A reszta filmu to już taki standard animacji.. Szkoda, naprawdę szkoda. Film z początku robi niezłe wrażenie ale ogólnie, wg mnie jest to solidny przeciętniak.

::::::::::::::::: MOJA OCENA: 6/10 - OK :::::::::::::::::


W tym roku widziałem jeszcze jedną animację przy której „Wall.E” wg. mnie wypada dość marnie.. Ale o tym, europejskim.. filmie w następnym odcinku cinemax :)

Vanilla Sky (2001 - dvd)

8 [dodaj komentarz]

     "Vanilla Sky" jest filmem który utkwił mi w pamięci i za każdym razem kiedy go oglądam (a widziałem go już z milion razy) zawsze "przeżywam" wszystko na nowo..
     David Ames (Tom Cruise) - młody, przystojny, bogaty i ciągle w centrum uwagi. Zamiast zajmować się firmą którą odziedziczył po ojcu prowadzi hulaszczy tryb życia organizując imprezy na których bidak stara się opędzić od ponętnych kobiet. Jedną z nich jest Julliana (Cameron Diaz). David łaskawie zwrócił na nią uwagę ale niezobowiązująco bo jak sam twierdzi są przyjaciółmi i tylko czasami ze sobą sypiają.. Tak czy inaczej, David ma wszystko a na pewno więcej szczęścia niż rozumu.
Pewnego dnia poznaje Sofie (Penelope Cruz) w której z miejsca z wzajemnością się zakochuje. W jednym momencie David dojrzewa, staje się zaślepiony miłością i chyba po raz pierwszy odczuwa efekt motylków w bebechach :) Już jest kolorowo ale Julliana kierowana zazdrością powoduje wypadek samochodowy w którym sama ginie a Devid z okaleczoną twarzą i bezwładną częścią ciała cudem uchodzi z życiem. Po wypadku David nie może się pozbierać, popada w depresję a jego świat staje do góry nogami. Poprzednie życie staje się wspomnieniem a przyszłość koszmarem.. nad którym nie ma żadnej kontroli.


     Ten kto widział film wie, że powyższy opis to wierzchołek góry lodowej której nie sposób słowami opisać. Wstępne info o filmie, zwiastun, plakat, obsada - wszystko sugeruje, że jest to kolejna, kolorowa hollywoodzka produkcja o miłości. Nic bardziej mylnego. Pierwsza część filmu rzeczywiście nasycona jest tonami pozytywnych emocji natomiast druga część filmu to kompletny kosmos. Sielankowa opowieść zamienia się w coś co można by nazwać dramatycznym thrillerem o zaprzepaszczonej miłości.. David przeżywa prawdziwy koszmar ale nie tylko w sensie metaforycznym (utracił miłość i życie – jest oszpecony i niepełnosprawny) ale także w sensie dosłownym bowiem naszego bohatera dręczą sny. I ten właśnie wątek to niesamowita gra emocji w której granica pomiędzy snem a rzeczywistością staje się niewyraźna. Davidowi zaczyna się wszystko mieszać - przechodzi operacje by za chwilę znów być oszpeconym. Odzyskuje Sofie by za chwilę ją utracić. Aż w końcu zostaje oskarżony o morderstwo którego nie było.. Nic co wydawało się pewne nie jest już oczywiste. Widz uświadamia sobie, że film po prostu wywrócił się do górny nogami. Chaos zastępuje porządek a zaskoczenie i ciekawość odpowiedzi na pytanie „o co tu chodzi?” jest kolosalne. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że na powyższe pytanie odpowiedzią jest bardzo dobre zakończenie. Są opinie, że film świetny ale zakończenie fatalne jednak moim zdaniem jest takie jakie być powinno. Refleksyjne, melancholijne i wzruszające. Ważne jest jeszcze to, że zakończenie (i cały film) można interpretować i odebrać na wiele, wiele sposobów. Nie będę zdradzać swojej interpretacji, powiem tylko, że to jedyny film przy którym autentycznie dałem ponieść się emocjom. Jestem pewny, że gdybym obejrzał „Vanilla Sky” w kinie – ryczałbym jak bóbr :)
     W głównych rolach zobaczymy plejadę hollywoodzkich gwiazd. Tom Cruise nie raz grał amanta i w tej roli jest już sprawdzony. W drugiej części filmu także daje radę i szczerze mówiąc jako aktora zaczynam cenić go coraz bardziej. Cameron Diaz z kolei nie znoszę ale w roli zazdrosnego charakteru na poważnie (a nie w jakiejś kretyńskiej komedii) wypadła wyraziście i naprawdę dobrze. W filmie zobaczymy również Kurta Russella który jest klasą samą w sobie. Na koniec zostawiłem sobie Penélope Cruz bo akurat wobec jej osoby nie potrafię być obiektywny. Jest to jedyna aktorka która niezależnie od tego w jakim filmie gra dla mnie zawsze jest rewelacyjna. I nie inaczej jest w „Vanilla Sky” – wg mnie była doskonała bowiem jest kilka scen w których po prostu rozłożyła mnie na łopatki. Aczkolwiek trzeba zaznaczyć, że za role w „Vanilla Sky” Penelope była nominowana do… Złotej Maliny w kategorii.. „Najgorsza Aktorka”.. Ale nie wygrała! :P
     Co ważne film jest również dopracowany pod względem wizualnym. Niektóre ujęcia są bajkowe, podkoloryzowane (np. jak David wychodzi z domu Sofi) by za chwile zrobiło się szaro i ponuro (bo pojawia się Julliana :) ). Poza tym są chwile.. np. chwila w parku, kiedy liście opadają.. zaraz po wypadku. Albo wyludniony Time Square. Jest dużo obrazów które zapadają w pamięć.
     Soundtrack z tego filmu to już niemalże legenda. Zgadzam się z krążącymi opiniami, że to jeden z najlepszych soundtracków które w ogóle do tej pory się pojawiły. Poza tym, nie każdy wie ale była edycja specjalna soundtracka który zawierał 3CD czyli 33 utwory! A wśród nich: Paul McCartney, Peter Gabriel, R.E.M., Radiohead, U2, Underworld, Joan Osborne, The Chemical Brothers (ich utwór słychać w trailerze) i wiele, wieeeleee innych znanych zespołów. Mi np. mocno przypadł do gustu utwór Red House Painters - Have You Forgotten. Emocje, i jeszcze raz emocje! W głowie włącza się funkcja „inny świat” i nic innego się nie liczy… Końcówka filmu z melancholijnym, naładowanym wspomnieniami utworem Sigur ros – Englar to klasyczny wyciskacz łez..



MOJA OCENA: 9,5/10 - ABSOLUTNA REWELACJA

     Reasumując, zdaje sobie sprawę, że powyższa opinia jest delikatnie mówiąc wyegzaltowana bo „Vanilla Sky” nie jest arcydziełem chociaż takie właśnie słowo ciśnie mi się na język. Wg mojej filmowej miary jest to prawdziwy hit, film który można a nawet należy obejrzeć kilka razy. Nie jest to obraz dosłowny, nie jest przewidywalny, ale na pewno jest naładowany potężną dawką emocji. Kto filmu nie widział powinien jak najszybciej nabyć DVD i obejrzeć. Film jest niesamowity.

P.S. „Vanilla Sky” to remeke hiszpańskiego filmu „Abre Los Ojos” („Otwórz oczy”). Tak, tak – amerykańce nie wymyśliliby tak ciekawego scenariusza :P Oba filmy teoretycznie są takie same ale jednak inne. Porównywać ich nie ma sensu bo każdy film został nakręcony inaczej natomiast warto słów kilka powiedzieć o fabule. W wersji hiszpańskiej wątek miłosny jest drugim planem a na końcu filmu w zasadzie pojawia się tylko symbolicznie. Całość skupia się wokół osoby Davida i jego zachwianego postrzegania rzeczywistości. „Vanilla Sky” została trochę przekonfigurowana i jest to jednak opowieść o utraconej szansie na miłość życia. Tak czy inaczej oba filmy warto zobaczyć.Va