Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akcja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akcja. Pokaż wszystkie posty

7 października 2012

Niezniszczalni 2 (2012)

0 [dodaj komentarz]

       Pomysł na geriatryczne kino akcji wypalił. Co prawda publika nie wyszła na ulicę z transparentami "CHCEMY WIĘCEJ", ale wyniki finansowe pierwszej części Niezniszczalnych swoje zrobiły. Osobiście nie byłem zachwycony pierwszą częścią (czytaj tutaj), ale z drugiej strony nie była na tyle zła, abym miał podarować sobie kontynuacje. Skoro już jest, to przecież trzeba zobaczyć. W końcu killowania złych w imię dobra pod szyldem "klasyka rządzi" nigdy za wiele.


     Fabularnie, jak na kino akcji przystało i co nie powinno nikogo dziwić, dno i wodorosty. Tym razem mamy do czynienia z motywem zemsty, bowiem do geriatrycznej ekipy Niezniszczalnych dołącza młody żołnierz, który po kilku scenach pokazujących nić przyjacielskiego porozumienia z Sylwkiem Stallone ginie z ręki (a nawet z nogi) dziada Van Damme. Sylwek ze łzami w oczach (dosłownie, Sylwek roni łzy!) wygłasza sentencję „wytropić, znaleźć, zabić” no i się zaczyna. PIF PAF, kaBOOM, adziiaaaaaa i ekipa Niezniszczalnych robi sobie krwisty dywan do finałowego pojedynku Stallone vs. Van Damme. I ot wszystko, nie ma się nad czym rozwodzić. Nie ma zwrotów akcji, stopień przewidywalności jest równy 100%, krótko mówiąc wszystko jest na swoim z góry ustalonym miejscu. Ale… ale i tak tą część ogląda się znacznie lepiej od poprzedniej.
     Historia rozwija się dynamicznie, bez dłużyzn (co było mankamentem jedynki), sztucznego pokazywania „patrzcie jak się zestarzeliśmy, ale to śmieszne, ha ha” (co również było mankamentem jedynki), z lekkim poczuciem humoru wrzuconym w odpowiednie momenty w całym filmie, a nie tylko na początku (co było mankamentem jedynki). Scenariusz prosty jak budowa cepa, ale ostatecznie jest mniej chaotyczny, lepiej przemyślany pod kątem prowadzenia od punktu A do punktu B w kontekście kultowych bohaterów kina akcji. Opisując pierwszą część czepiałem się, że Stallone pokazał wszystkich bohaterów w pierwszych 20minutach i nic nie zostawił na później. Widocznie musiał czytać tego bloga (Sylwek, pozdrawiam! :) ) bo w kontynuacji gra gitara – bohaterowie pokazują się stopniowo, jest na co czekać. Również reżyseria jest ciut lepsza, bo tej części nie wyreżyserował Sylwek tylko Simon West, gość od Con Air – lot skazańców (właściwie jedyny film, który do tej pory naprawdę mu się udał). Jak Sylwek zrezygnuje jeszcze z zabawy ze scenariuszem to trzecia część Niezniszczalnych może okazać się hitem :).
     Obsada jest solą tego filmu, której obowiązkowo trzeba poświęcić przynajmniej jeden akapit. Oczywiście główną gwiazdą jest Sylwek Stallone – dalej przypomina buldoga przetrąconego przez tira, ale trzeba przyznać, że w dwójeczce jego charakteryzacja jest zdecydowanie lepsza (np. zniknął jego przyczepiany zarost ala Michael Jackson). Sylwek fajnie to sobie przemyślał – ma film, w którym nie gwiazdorzy, jest niby w cieniu całej otoczki kultowych filmów akcji i ich bohaterów, ale i tak wszyscy podświadomie wiedzą, że to on tu jest super hero i żadne „hasta la vista babe” czy kop z półobrotu nikomu nie pomoże. On tu karty rozdaje i decyduje kto jest star, super star, a kto mega star.  Kolejny bohater - Chuck Norris! (Sylwek naprawdę musiał czytać moją recenzję poprzedniej części :) ) Niestety czasu antenowego nie dano mu za wiele, ale epizodyczne wejście ma wystarczające mocne – banan na twarzy murowany. Nawiasem mówiąc, wiecie, że Chuck Norris nie żyje od 10 lat, ale śmierć boi się powiedzieć mu to w twarz? :) Jest oczywiście Arnie Szwarcuś, który jest jednym z zabawniejszych bohaterów (celne riposty i teksty). Jean-Claude Van Damme, za którym nigdy nie przepadałem, dostał rolę tego złego i… dobrze. Po pierwsze, sprawdza się w tej roli, po drugie nie jest aż taką gwiazdą kina akcji, aby było dla niego miejsce w kolejnych częściach Niezniszczalnych. A pojedynek Van Damme vs. Stallone naprawdę daje radę. Jest oczywiście Dolph Lundgren, ale w kontynuacji jest już lekko niezrównoważonym dziadem o morderczym spojrzeniu i gołębim serduszku :). Ze współczesnych gwiazd jest Jet Li i Jason Statham, którzy napierniczają się z prędkością światła i… za to ich lubimy. Szkoda tylko, że Jet Li jest w filmie tylko po to, aby zaraz zniknąć i już się nie pojawić.

 

     Ogólnie… dobry film. Sporo znanych gęb, sporo lekkostrawnego humoru, nie mniej nawiązań do kultowych filmów lat 80/90 i masa widowiskowej akcji na całkiem niezłym poziomie – Niezniszczalnych 2 zwyczajnie fajnie się ogląda. Przeszkadzały mi tylko efekty komputerowe na poziomie gry Tetris, ale cholera wie czy to taka lipa czy nawiązanie do „tamtych” czasów, w których efekty komputerowe mocno kulały i wyglądały tak jak wyglądały. Niemniej, nie żałuje wypadu kina, odczuwam znacznie mniejszy niedosyt niż po części pierwszej, ale dalej brakuje mi tu speca od reżyserki i scenariusza z tamtych lat. Sylwek! Wiem, że będziesz to czytać, w końcu z moimi radami Twoje filmy są lepsze :D - weź to pod uwagę przy trzeciej części :P

 ::::::::::::::::: 7/10 ::::::::::::::::: 

25 sierpnia 2012

Safe House (2012)

0 [dodaj komentarz]
      Ostatnio nie mam szczęścia do filmów, a już na pewno do uwielbianego przeze mnie kina akcji. Nie wiem, czy to trend się zmienił i takich tradycyjnych filmów w stylu „zabili go i uciekł” jest co raz mniej czy ja już zaczynam widzieć światełko w tunelu, w każdym razie co się zabiorę za oglądanie jakiejś rozpierduchy to umieram z nudów. Na szczęście trafiłem na film Safe House i muszę przyznać, że ów produkcja była na tyle dobra, że zaraz po seansie pomyślałem: „czy mój blog jeszcze istnieje?” :)
      Safe House – tajna kryjówka, a właściwie sieć tajnych kryjówek CIA porozrzucanych po całym świecie. Z zewnątrz zwykłe domy, mieszkania, piwnice, wewnątrz nowoczesna technologia czekająca na gości 24/h. Każda kryjówka ma swojego opiekuna, a Matt Weston (Ryan Reynolds) pilnuje swojej od ponad roku. Niespodziewanie w łapy CIA wpada Tobin Frost (Denzel Washington) – były oficer operacyjny, obecnie największy wróg CIA, który zostaje umieszczony w kryjówce prowadzonej przez niedoświadczonego Matta. Pif Paf i stara wyga oraz żółtodziób muszą walczyć o przetrwanie.



     Safe House ma słaby scenariusz. Oklepany, wtórny, właściwie fabularnie to takie ‘all in one’ wszystkiego co już gdzieś kiedyś było. Efekt? Ledwo znikają napisy początkowe, a człowiek już wie jaki będzie finał.. Ale zdaje się, że reżyser Daniel Espinosa (nie znam gościa) zdawał sobie z tego sprawę i zrobił wszystko, aby sztampa była wciągająca, efektowna i do tego nie głupia. 
     Safe House to dynamiczne kino akcji od początku do samego końca. Fantastycznie zmontowane, z mnóstwem widowiskowych pościgów, strzelanin, bijatyk (czego dusza zapragnie). Jeżeli chodzi o te ostatnie – są to jedne z najlepiej nakręconych pojedynków jakie widziałem (szczególnie finałowa). Nawet mordobicie w trylogii Bourne'a, czy w nowym Bondzie nie ma takiej mocy, jaką ma ‘jeb’ w Safe House. Omalże można odczuć łamanie kości na własnej skórze :) Bardzo podobał mi się efekt bullet time, którego jest tyle co kot napłakał, ale te ledwie 2-3 momenty, kiedy akcja robi nagle slooooow to genialne zbudowanie napięcia samym obrazem i dźwiękiem, przy czym bez typowego hollywoodzkiego szpanerstwa efektami. Wszystkie sceny akcji zostały świetnie przemyślane. Nie są ani za długie, ani za krótkie, nie jest ich za dużo, ani za mało, do tego są bardziej realistyczne, niż przesadzone. Nie bez znaczenia jest również fakt ulokowania miejsca akcji – Kapsztad skutecznie dodaje egzotyki, którą chce się oglądać.  Naprawdę, dawno nie widziałem filmu tak rozsądnie dynamicznego, którego ogląda się na jednym tchu bez ani jednej chwili nudy. No i muzyka – również złego słowa powiedzieć nie można, idealnie uzupełnia to co dzieje się na ekranie (aczkolwiek najlepsza sekwencja w filmie to ta, w której nie ma podkładu muzycznego)
      Kolejnym mega atutem filmu jest obsada. Przede wszystkim bardzo udany duet Washington – Reynolds. Pomimo tego, że ich postacie są uproszczone do maksimum i pewnie kij od szczotki jest bardziej złożony psychologicznie niż bohaterowie Safe House, to jednak pomiędzy Mattem a Tobinem jest konkretne napięcie. Washington jest klasą samą w sobie, ale trzeba też powiedzieć, że od jakiegoś czasu gra już z charakterystyczną dla siebie manierą (zwłaszcza, że to jego nie pierwsza rola tego typu) i trochę obniża to jego noty. Reynolds, którego kojarzę raczej jako filmowego lovelasa pokazał swoje drugie oblicze i jako początkujący twardziel naprawdę daje radę. Ogólnie świetna obsada (również udany drugi plan, choć czasu antenowego nie miał za wiele) + genialna akcja skutecznie odwraca uwagę od słabego scenariusza. Ba, nawet zwroty akcji potrafią faktycznie zaskoczyć, a nawet można się tu doszukać „głębszych” treści o korupcji na najwyższych szczeblach i cenie za niewygodne dla rządu informacje.


      Jednym odczuwalnym, ale przyswajalnym, mankamentem jest zakończenie. Gdyby finał choć trochę odbiegał od schematów, gdyby było minimum zaskoczenia to mielibyśmy do czynienia z filmem rewelacyjnym. A tak jest to produkcja „zaledwie” bardzo dobra (choć pewnie nie dla każdego) i nie boję się tego powiedzieć: tak powinien wyglądać film akcji!

::::::::::::::::: 8-/10 :::::::::::::::::

3 marca 2012

A więc wojna (2012 - kino)

8 [dodaj komentarz]
     Pierwszy w tym roku come back! :P
     A więc wojna czyli o dwóch takich co za jedną blondyną się uganiało. Przed seansem widziałem zwiastun ów filmu i prawdę mówiąc nieszczególnie przekonał mnie na wypad do kina. Ot kolejna hollywoodzka komedia akcji, ale jak dla mnie bardziej na wieczór przed TV niż w kinie. Do tego jeszcze ten nieszczęsny jegomość na stołku reżysera o śmiechu wartym pseudo McG – nieeee, poczekam, w końcu jakaś TV puści to w cyklu „Mega Hit” to wtedy sobie obejrzę. Ale jak się dostaje darmowe wejściówki do kina to się nie wybrzydza :)



     A więc wojna podręcznikowo wpisuje się w styl bezsensownych hollywoodzkich komedii na bogato. Jak ktoś nie lubi tego typu filmów to niech od razu sobie daruje. Szkoda nerwów i zaniżania ogólnej oceny filmu, który w swojej wadze piórkowej wypada całkiem nieźle. Tak, A więc wojna to film… fajny. Luzacki, kolorowy, z początku nudnawy, całkowicie głupi jak but z lewej nogi, ale mimo wszystko zabawny. Gdy dwóch tajnych agentów bierze się za podryw wykorzystując przy tym wszystkie najciekawsze zabawki CIA to nie ma opcji, musi być ciekawie. Humor, co jest w sumie dość zaskakujące, to największy atut tej produkcji. Co prawda A więc wojna serwuje go bardziej na zasadzie „miej człowieku banana na twarzy”, ale ma też swoje momenty, w których można roześmiać się pełną gębą.
     W rolach głównych wystąpili Tom Hardy i Chris Pine. Przyznam, że z początku nie za bardzo mi do siebie pasowali. Do tego niestety trochę drętwo ‘aktorzą’, ale ostatecznie stworzyli bardzo fajny duet. Gorzej wypada Reese Witherspoon, która powiela samą siebie z jej masy poprzednich komedii. Ponownie gra sympatyczną, zakręconą, głupiutką blondyneczkę i ot wszystko, albo się ją lubi albo nie. Trochę jednak szkoda, że dwóch kozaków, którzy w wolnej chwili zabijają terrorystów, ugania się właśnie za głupiutką blondyneczką, zamiast babeczką z jajami wartą zatrzęsienia ziemi.
     Nawiasem mówiąc akcji tu tyle co nic. I bardzo dobrze. Najwięcej czasu antenowego poświęcono męskiej przepychance dzięki czemu jest się z czego pośmiać, a akcja nie jest tylko zapychaczem i sztucznym wydłużeniem seansu. Poza tym sekwencje rozpierduchy zostały wybitnie beznadziejnie nakręcone. Nie wiem czy to taki trend, czy adhd montażysty, ale nagłe i bezustanne trząchanie kamerą połączone cięciami z częstotliwością minimum 100 razy na sekundę nie jest niczym przyjemnym dla oka. Sytuacje ratuje odrobinę dynamiczny, gitarowy soundtrack oraz to, że ów sekwencje są krótkie.



     Czy warto obejrzeć najnowsza produkcję McG? Myślę, że tak. Czy warto w kinie? Można spokojnie zaczekać. Fajny, przyjemny film, zdecydowanie nie dla wyjadaczy ambitnego kina.

::::::::::::::::: 6+/10 :::::::::::::::::

21 sierpnia 2011

Geneza planety małp (2011 - kino)

2 [dodaj komentarz]

     Planeta małp – francuska powieść fantastyczno-naukowa autorstwa Pierre'a Boulle'a z 1963 roku, na podstawie której powstała seria amerykańskich filmów science-fiction, a także jednosezonowy serial telewizyjny. Ów produkcji powstało w sumie ponad dziesięć, z przypadku widziałem jedną (Planeta Małp od Burtona – ledwo dotrwałem do końca) co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że świat gadających małp to zupełnie nie moja bajka (małpa to małpa). Najnowszego filmu, Genezy planety małp w reżyserii Ruperta Wyatta też nie chciało mi się oglądać, ale chwalebny projekt Środy z Orange ma niestety tą wadę, że nie działa z filmami 3D co obecnie eliminuje jakieś 85% (chore) interesującego mnie repertuaru kinowego. A Geneza planety małp będąca bądź co bądź blockbusterem, okazała się płaska jak decha więc idealną opcją do wykorzystania kodu.
     Głównym bohaterem filmu jest oczywiście małpa o imieniu Cezar. Losy ów jegomościa obserwujemy od narodzin, przez dojrzewanie i ewoluowanie jego inteligencji (pod wpływem leku wyprodukowanego przez ludzi), po dorosłe życie będące jednocześnie dramatem stworzenia żyjącego w niewoli. Jak nietrudno się domyśleć, rozejdzie się o to do czego każdy ma prawo – wolność.



     Duże, pozytywne zaskoczenie. Geneza planety małp to od początku do końca bardzo dobre, trzymające w napięciu kino wakacyjne. Jest tu wszystko czego dusza zapragnie – świetna muzyka, doskonałe efekty specjalne, ciekawi bohaterowie, dialogi trzymające poziom oraz prosta acz nader wciągająca fabuła. Twórcy nie ustrzegli się pewnych denerwujących schematów (chciwość korporacji, pomyleniec w zoo), ale z drugiej strony trzymają widza w napięciu od początku do końca umiejętnie unikając niepotrzebnych zwolnień oraz, co się chwali, głupich rozwiązań. Fakt, chciałoby się, aby pewne wątki były głębsze w treść, aby skrótów myślowych było ciut mniej, ale mimo wszystko wydaje mi się, że jak na wakacyjnego blockbustera i tak wyszło lepiej niż dobrze. Akcja zmierza do określonego celu, motywacja i działania poszczególnych bohaterów mieszczą się w graniach zdrowego rozsądku i tak najzwyczajniej w świecie Genezę pod względem fabularnym chce się oglądać do samego końca.
     Same małpy jako tako uważam za mało ciekawy obiekt do podziwiania… W końcu małpa… to małpa :) Jednak te w filmie wyglądają… bajecznie realistycznie. Ich ruchy, gestykulacja, mimika twarzy, a przede wszystkim oczy to małe mistrzostwo świata dla którego warto ten film obejrzeć. Wypada jednak zaznaczyć, że realizm, czyli bardzo dobre efekty specjalne, to jedno, uwierzenie w to co się widzi i przejmowanie się takim cyfrowym małpiszonem (przypominam: małpa to małpa) to drugie. A w tej materii Genezę planety małp widzę już jako małe arcydzieło, które trzeba zobaczyć. Z drugiej strony ciekawe, że pod względem wizualnym film nie stara się być bardziej wielki niż w rzeczywistości jest. Tzn. wszystko jest dopracowane w najmniejszych detalach, ale nie ma tu przesadnego widowiska czy też tradycyjnego „jeb” w finale. Rzekłabym nawet, że to taka zajebiście dopracowana, ale kameralna mega produkcja. Brak 3D uważam za gigantyczny plus bo a) mam dość 3D, b) jakoś nie wyobrażam sobie tego filmu w cyfrowej jakości (to tak jakby te małpy wrzucić do Mody na sukces – jakoś tego nie widzę).



     Reasumując, nie byłem przekonany, zresztą dalej uważam, że pomysł na film o małpach jest deczko poroniony – małpa to małpa :). A jednak okazało się, że w dobie Avatarów, Transformersów, Potterów i innych cudów, bunt małp spokojnie dają radę. Przemyślany, wciągający, dobrze nakręcony film czyli duże, pozytywne zaskoczenie. Warto zobaczyć.

::::::::::::::::: 8/10 :::::::::::::::::

19 czerwca 2011

Sucker Punch (2011 - kino)

1 [dodaj komentarz]

     Zack Snyder konsekwentnie uderzał i uderza w esencję tego co w sali kinowej brzmi i wygląda najlepiej - audio-wizualny rozpierdziel. Zagorzali fanatycy kina ambitnego - Bergmana, Kubricka, Polańskiego i innych wielkich nie mają tu czego szukać. No chyba że traktują Snydera jako podstawka do bycia full profesionall - przyrównać popcorniarza do ww. reżyserów i powiedzieć, że Snyder to kompletne dno. Niemniej, pomimo mojej wielkiej sympatii do tegoż reżysera i jego slow motion style pozbawionego jakichkolwiek głębszych treści, muszę powiedzieć, że Sucker Punch to niewiarygodna słabizna. Snyder miał dać czadu… No i dał, jak krowa na beton.



     W kwestii najbardziej charakterystycznej, czyli efekciarstwa, Snyder dał radę. Warto jednak zaznaczyć, że dać radę oznacza, że jest ok, a takie ok po tym co Snyder pokazał w poprzednich filmach już takie ok dla mnie nie jest. Ogólnie rzecz ujmując Sucker Punch to film po brzegi wypełniony walkami, wybuchami, strzelaninami, pościgami i wszystkim innym co na blue screenach wygląda najlepiej (a za co Snyder jest uwielbiany - przynajmniej przez tych, którzy idą do kina się “rozerwać“). Choreografia walk wypada momentami świetnie, montaż nie jest oczojebny, a akcję uzupełnia maaaaasa charakterystycznych zwolnień oraz przesadnych detalizacji różnych przedmiotów/sekwencji. W sumie można spokojnie powiedzieć, że w porównaniu do poprzednich filmów Snydera, w Sucker Punch akcji jest dwa, a może nawet trzy razy więcej. Problem w tym, że wygląda to wszystko ładnie, ale ani to grzeje, ani ziębi. Po pierwsze, wszystko już gdzieś było, po drugie, nawet w głupim, wysokobudżetowym mordobiciu trzeba uważać aby nie przegiąć z infantylizmem. Momentami miałem wrażenie, że ktoś tu garściami czerpie z kreskówek typu Dragonball co kompletnie nie wpisuje się w moje osobliwe wyobrażenie kina akcji. Za dużo tu nadnaturalnych zdolności, przewidywalności i walk na zasadzie “jeden na wszystkich”, które były dobre za czasów Chucka Norrisa.
     Historia u Snydera zawsze jest na drugim planie, ale gdy za scenariusz odpowiada sam Snyder okazuje się, że ów historii nie potrzebuje wcale. Gdyby tak wyciąć śladowe ilości dialogów i wszystko inne co odpowiada za jakiś tam związek przyczynowo skutkowy to mielibyśmy do czynienia z nudnym jak flaki teledyskiem. A tak, dzięki wizjonerstwu Snydera jest i nudno i głupio. W telegraficznym skrócie historia ma się następująco: tleniona blondyna Babydoll zostaje umieszczona przez ojczyma w zakładzie psychiatrycznym i za pięć dni ma przejść zabieg lobotomii. Babydoll wariatką niby nie jest, ale od problemów ucieka w zdrowo porypany świat wyobraźni, w którym nie braknie smoków, nazistów, robotów, olbrzymów, a ona sama w spódniczce mini (coś na wzór mangi) biega z M14 i killuje wszystko co się rusza rozwiązując tym samym problemy w realu (zmyślne, prawda?). Dałoby się to łyknąć gdyby nie nieśmiertelność głównej bohaterki i pomysł na idiotyczne poszukiwanie 5 przedmiotów pozwalających na ucieczkę z zakładu psychiatrycznego. W grach komputerowych jasne zasady to rzecz normalna, a nawet bardzo pożądana, dlatego są tzw. tutoriale pokazujące co, kogo i w jaki sposób. Dzięki temu można szybko ogarnąć zasady rozgrywki i potem giercować przez pół nocy. W Sucker Punch sytuacja ma się niestety podobnie - po pierwszym przeniesieniu do świata wyobraźni wszystko staje się jasne, ale tu widz nie ma żadnego wpływu na dalszą akcje. Musi siedzieć i bezmyślnie lampić się na fajerwerki ze świadomością tego, że tak już będzie do końca filmu (5 przedmiotów, 5 światów, 5 walk) i niczego nowego nie zobaczy. Lipa, Snyder od razu rzuca na stół wszystkie karty, potem konsekwentnie tłucze idiotyczne poszukiwania (co jest tak interesujące jak zeszłoroczny śnieg), nie martwiąc się przy tym o fatalne dialogi i kompletny brak bohaterów - liczy się tylko 1,5 godzinna teledyskowa rozjebka, której zwyczajnie nie chce się oglądać do końca (bo i po co, i tak wszystko jest jasne). Trzeba przyznać, że w kinie akcji to jakiś ewenement - cały czas coś dudni, wybucha, akcja zapiernicza jak głupia, a z nudów można sobie flaki powypruwać.
     Słów kilka elemencie drażniącym, ale i zarazem bardzo udanym, czyli o muzyce. Do tej pory często odsłuchuje poszczególne kawałki (szczególnie Sweet Dreams) i muszę przyznać, że to jeden z ciekawszych i dynamiczniejszych soundtracków, jakie dane było mi posłuchać. Problem w tym, że ów muzyka w moim odczuciu kompletnie nie pasuje do filmu. Nigdy nie lubiłem w muzyce filmowej utworów śpiewanych bo wg mnie jest to zwyczajnie ‘mało filmowe’ i zabija klimat. Oczywiście, w przeróżnych komediach, animacjach zdaje to egzamin, pod warunkiem, że jest to jeden/dwa utwory obrazujące jakiś ciekawy motyw (taki przerywnik na złapanie oddechu). W Sucker Punch filmowy klimat zabijają zbyt charakterystyczne wokale, które nijak nie komponują się z akcją. Wszystko sprawia wrażenie “na siłę zajebistego”, tak jakby sponsorem podkładu muzycznego było MTV promujące nowe gwiazdy muzyki POP. Co ciekawe, w momencie najbardziej odjechanej sekwencji, w której to babeczki po kolei eliminują zastępy robotów, a wszystko sprawia wrażenie “pociągnięcia jednym ujęciem” w tle słychać ryczące chóry, które do dynamicznej rozpierduchy pasują jak pięść do oka (chyba właśnie w tym momencie powinna dudnić jakaś szpanerska melodyjka - tak jak przy walce Neo z oddziałami specjalnymi w pierwszej części Matrixia)



     Cóż, wg mnie Snyder zaliczył mega wtopę i nie sądzę, aby wersja reżyserka miała tu cokolwiek zmienić (ponoć ma rzucić nowe światło na całą fabułę i w ogóle pozamiatać - jasne..). Sucker Punch to film rzeczywiście dynamiczny, widowiskowy, ale nie bez powodu teledyski na MTV trwają 4 minuty, a nie 1,5 godziny. Wniosek dla mnie jest oczywisty - ze Snydera taki scenarzysta jak z braci Mroczków aktorzy. Mam nadzieję, że jego następne filmy nie będą jego autorskimi pomysłami a jeno adaptacjami - książek, gier, czegokolwiek co nie będzie podpisane jego nazwiskiem. I świat znowu będzie piękny.

::::::::::::::::: 3+/10 :::::::::::::::::

5 lutego 2011

Maczeta (2010 - kino)

3 [dodaj komentarz]

     Maczeta niespecjalnie wpisuje się w obecny szał blogerów w recenzowaniu Czarnego Łabędzia i Jak zostać królem. Wszyscy na poważnie, refleksyjnie, pochłonięci oscarowymi nominacjami, ja oczywiście o cyckach i flakach :P
     Do rzeczy. Kiedy Internet obiegła informacja, że pełnometrażowa Maczeta powstanie i wyreżyseruje ją Robert Rodriguez ja czekałem na choćby plotkę, która dałaby nadzieje na udział w projekcie Quentina Tarantino. Niestety, nic takiego nie nastąpiło. Rodrigueza lubię, szczególnie za Desperado, Sin City i Planet Terror, ale ogólnie uważam go za średniego reżysera. Potrafi wykręcić dobre momenty, gorzej jednak z wykręceniem dobrego filmu, czego chyba najlepszym przykładem jest właśnie Maczeta.



     Exploitation movie - niskobudżetowe, tandetne, kiczowate filmy poruszające tematy uznawane za głupie, prymitywne, wulgarne i niemoralne czyli seks, zboczenia, przemoc, krew, okrucieństwo, potwory, mutanty. Pomijając mutanty i potwory można spokojnie rzec: witaj w świecie Maczety. Zaczyna się ostro - krew bryzga w przesadnych ilościach, kończyny w spazmatycznych drgawkach odskakują od ludzi niczym konfetti, bluzgi lecą aż miło, a wszystko wieńczą jędrne cycki i tyłek napalonej młódki. Jest super :) Tak właśnie wyobrażałem sobie ten film, mało gadania, dużo bezmyślnego i przerysowanego rąbania w stylu Planet Terror. Ale… co dalej? Dalej jest już tak sobie.
     Fabuła? Zemsta Maczety. Szczegóły? Krwawa zemsta Maczety. Nie sądzę aby w tym przypadku komukolwiek brakowało do szczęścia związku przyczynowo skutkowego. Byłbym wręcz zaskoczony, gdyby w tym filmie cokolwiek miało, że się tak wyrażę, “ręce i nogi” :) Niemniej po pierwszych minutach akcja, tempo, cały urok filmu siada bowiem wszystko sprowadza się do mało subtelnego doklejania kolejnych ujęć do tych wykorzystanych w fikcyjnym (kiedyś) trailerze. Wygląda to mniej więcej tak: gadają, gadają (nie dotyczy głównego bohatera), scenka z trailera, gadają, gadają, caaaałlyyy czas gadają, o scenka z trailera (może trochę wyolbrzymiam, ale przy kiepściutkich dialogach, milczącym głównym bohaterze i niewielkiej ilości akcji trudno o inne wrażenie). Zaskakujące jest fakt, że tego typu film okazuje się być delikatnie (ale jednak) przegadanym. Nuda, proszę Państwa. Dłużyzny, niewielka ilość humoru (chociaż kilka momentów daje kopa) dużo bezbarwnych postaci (!), mało sieczki (!!), brak dobrego zakończenia (!!!), no helloł? Wg mnie Rodriguezowi nie udało się ukryć tego, że najpierw powstał trailer, a dopiero potem pełnometrażowy film. Było to, co prawda do przewidzenia, ale nie do wybaczenia jest śladowa ilość humoru i brak postaci do “polubienia”. Szczególnie w takim filmie i przy takim reżyserze, który ma odpowiedni experience - choćby Planet Terror, które było filmem równie głupim i kiczowatym, ale oglądało się go dobrze, bo wszystkiego było pod dostatkiem (szczególnie humoru, dobrych dialogów no i flaków). Niestety, Maczeta sprawia wrażenie produkcji na siłę, bez pomysłu, chociaż jak wieść gminna niesie scenariusz był gotowy już w 1993r.
     Najgorsze w tym filmie jest chyba to, że Maczetę jako bohatera trudno w ogóle polubić. Stary dziad, obleśny buc, zachowaniem przypominający emerytowanego dresiarza, który jedyne co potrafi powiedzieć to bezmyślne “No“ (w domyśle: przypierdolić Ci?). Spodziewałem się jakiś ostrych, ciętych tekstów, humoru, przerysowanego mada faka, a ten leniwie spaceruje sobie po ekranie i geriatryczne wymachuje maczetą tudzież innymi fantami. Z Danny’ego Trejo aktor żaden, i o ile w epizodycznych rolach morderców, gwałcicieli, psychopatów wypada super (głównie przez “oryginalny” wizerunek), o tyle w pełnometrażowym filmie, w którym wypadałoby zagrać cokolwiek/minimum, wypada marnie. Jeszcze gorzej jest z Albą, na którą trudno patrzeć (chociaż do tej pory patrzyłem na nią 'ochoczo') i byłbym szczerze zdziwiony brakiem złotej maliny za jej kunszt aktorski (a jest nominowana). To już takie beztalencie jak Lindsay Lohan wypada o niebo lepiej chociaż tu duża zasługa w samym pomyśle Rodrigueza: rozebrać i uśpić :) W każdym razie Maczeta zawodzi jeżeli chodzi o głównego bohatera, zawodzi również jako narzędzie do siekania. Może ja jakiś dziwny jestem, bo w filmie teoretycznie nie brakuje soczystych momentów, ale jak dla mnie rzeźni, czyli flaków było zdecydowanie za mało. Najbardziej pod tym względem rozczarowało mnie zakończenie - zupełnie bez polotu, bez żadnej wgniatającej w fotel bomby (przynajmniej ze 3 głowy powinny polecieć), po prostu nudne.



     Wszystkie mankamenty Maczety można podciągnąć pod filmwebowe stwierdzenie “tak miało być! Nie rozumiesz idei filmu, nie znasz się!”. Ja się znać nie muszę, mnie się po prostu ma podobać, a maczeta ma swoje dobre momenty, ale jako całość wypada tak sobie. Peace!

::::::::::::::::: 5/10 :::::::::::::::::

6 stycznia 2011

Niepowstrzymany (2010 - kino)

3 [dodaj komentarz]

     Film oparty na wydarzeniach, które miały miejsce w 2001 roku w USA. Przez głupotę jednego z pracowników kolei w trasę wyjeżdża pociąg bez maszynisty, który rozpędza się do ponad 100km/h i mknie samotnie przez całą Pensylwanie. Zdalne zatrzymanie pociągu nie wchodzi w grę, bo wspomniany wyżej pracownik wykazał się nadzwyczajnym brakiem rozumu i nie podłączył hamulców. Katastrofa wisi w powietrzu - jak zatrzymać rozpędzony pociąg transportujący groźne chemikalia, który taranuje wszystko co stanie mu na drodze? (uwaga, będą małe spoilery)



     W filmografii Tony’ego Scotta trudno doszukać się filmu innego niż sensacyjny czy akcji. Trzeba przyznać, że w tej materii powodziło mu się całkiem nieźle - wystarczy wspomnieć takie tytuły jak kultowy Top Gun, Ostatni Skaut, Karmazynowy przypływ, Wróg publiczny czy Człowiek w ogniu. Wg mnie to właśnie na tym ostatnim filmie z ww. skończył się Tony Scott którego lubiłem. Wszystko co potem, czyli Domimo, DejaVu, a w szczególności Metro Strachu było naiwnymi, nie trzymającymi w napięciu średniakami. Po tylu rozczarowaniach nie spodziewałem się po Niepowstrzymanym niczego dobrego, ale gro pozytywnych opinii (że świetne kino akcji, że trzyma w napięciu od początku do końca, że miał być gniot a wyszło ok.) przekonało mnie, że może tym razem Scottowi wyszło.
     Niestety, moim zdaniem, wyszło jak zwykle. Akcja została zamarkowana szalonym, agresywnym, teledyskowym montażem, który momentami potrafi przyprawić o zawrót głowy. Żeby nie było, zdjęcia są w porządku, najazdy kamerą, ujęcia z lotu ptaka, efekty, charakterystyczna kolorystka Tony’ego Scotta itp. - wszystko wygląda naprawdę ok. Ale jeżeli, przykładowo, bohaterowie prowadzą już jakiś durny dialog to do białej gorączki może doprowadzić ciągłe wrzucanie między zdania (albo nawet między słowa) flash migawek jadącego pociągu. Praktycznie co chwile pojawiają się jakieś nowe, wypasione, mega dynamiczne wstawki, które są dodatkowo doprawione drażniącym udźwiękowieniem. Nie mówię o muzyce, bo ta jest całkiem niezła, ale o ryczących samplach dźwiękowych imitujących buczenie, skrzypienie, świsty, które docelowo sugerują zbliżanie się czegoś ogromnego. Za dużo tego! A wierzcie mi, przez większą część filmu NIC się nie dzieje. Są zaledwie dwa, no może dwa i pół :) momenty, w których autentycznie akcja rusza z kopyta. Reszta to teledysk, od którego można dostać oczopląsu.
     Czy film trzyma w napięciu? Momentami tak, ale z reguły sprowadza się to do ryzykownych wybryków głównych bohaterów, którzy próbując zatrzymać pociąg balansują na granicy zdrowego rozsądku. Niestety ogólnie film nie grzeje, nie ziębi z dwóch, prostych powodów - przewidywalności oraz przede wszystkim bijącej z ekranu głupoty. Ktoś powie “ale to kino akcji, o co Ci chodzi” i może ma rację, ale wg mnie film oparty na autentycznej historii, nie będący w typie “zabili go i uciekł” mógłby być trochę bardziej.. normalny? No bo tak na zdrowy rozum, jak zatrzymać pociąg bez maszynisty? Najprościej byłoby dostarczyć maszynistę. np. podlecieć helikopterem i spuścić go na linie lub podjechać drugą lokomotywą (najlepiej od przodu), tak aby człowiek mógł sobie przejść (nawet nie musiałby skakać) do rozpędzonej bestii. Z tego co wiem, w wersji “naprawdę” było tak, że podjechała druga lokomotywa, która po prostu wyhamowała pociąg bez maszynisty (chyba najbezpieczniejszy, ale za to najmniej widowiskowy sposób). W Niepowstrzymanym mamy wszystkiego po trochu i to, nie wiedzieć czemu, jednocześnie. Wszystko ma miejsce mniej więcej w 40 minucie filmu, w której to rozpoczyna się pierwsza próba zatrzymania pociągu. Podlatuje Helikopter z człowiekiem na linie, który szybko, w bliżej nieokreślonych okolicznościach, podczas “desantu” zostaje ranny i traci przytomność. W między czasie druga lokomotywa próbuje wyhamować tą bez maszynisty. Przemilczając już sposób wyhamowywania dodatkowa lokomotywa również w dziwnych okolicznościach wykoleja się, po czym robi widowiskowe boom. Tak więc prowadzone jednocześnie dwie akcje ratownicze kończą się kompletnym fiaskiem - trudno, stało się. Ale chyba normalnym byłoby podjęcie ponownej próby zatrzymania pociągu? W końcu idzie o ludzkie życie i skażenie środowiska, a pociąg przez kilkadziesiąt km jedzie niemalże po linii prostej. Ale nie, po co. Służby ratownicze wychodzą z założenia, że są tak nieudolne, że już nic więcej robić nie będą. I poza obstawianiem szlabanów, nic nie robią. Do akcji wkracza Denzel Washington i Chris Pine (bohaterowie z przypadku), którzy przez jakąś godzinę gonią swoją lokomotywą uciekający im pociąg rozmawiając o jakiś duperelach. Nawiasem mówiąc aktorzy nie mieli tu nic do zagrania więc można tylko zachodzić w głowę, co w takim filmie robi Denzel Washington. Finał tej gonitwy wymownie przemilczę, bo to jeszcze gorsza końcówka od tej jaką Scott zafundował w Metrze Strachu.



     Średni to film. Ma swoje momenty, ale jako całość nie zachwyca. Drażni agresywny montaż, którym próbuje się nadać napięcie i dynamikę - nie kupuje tego. Fabuła jest tutaj szczątkowa (rozpędzony pociąg), a wszystkie poboczne wątki sprawiają wrażenie wciśniętych na siłę (rozstałeś się z żoną? Zaryzykuj życie, wróci do ciebie w podskokach. Chcą cie wywalić z pracy? Zaryzykuj życie, dadzą ci podwyżkę). Oczywiście, Niepowstrzymany z założenia jest filmem płytkim, więc nie moralizuje, nie poucza, nie zmusza do przemyśleń, ale wg mnie nawet jak na czystą rozrywkę za dużo tu walącej po oczach głupoty. Myślę, że obejrzeć (góra raz) można - dla zdjęć i niezłych efektów, chociaż montaż potrafi zmęczyć, dla dobrej muzyki oraz dla prędkości, którą w kilku momentach można poczuć.

::::::::::::::::: 5/10 :::::::::::::::::

26 grudnia 2010

Tron: Dziedzictwo (2010 - kino) Pokaz przedpremierowy

3 [dodaj komentarz]

      Sean Flynn ma 27 lat i jest synem Kevina Flynna (Jeff Bridges). Poszukując przyczyny nagłego zniknięcia swojego ojca, zostaje wciągnięty do cyfrowego świata, w którym jego ojciec żył przez ostatnie 25 lat. Wraz z lojalną powierniczką Kevina, Quorą (Olivia Wilde), ojciec i syn wyruszają na wyprawę przez zaawansowany i nadzwyczaj niebezpieczny cybernetyczny wszechświat.



      Nie dalej jak wczoraj obejrzałem sobie Tron z 1982r i trochę się wymęczyłem (nie wspominając już o przysypianiu). Niestety trudno powiedzieć, że czas, w tym przypadku ponad 20 lat, nie zrobił na tej produkcji żadnego wrażenia. Zdaje sobie sprawę, że te kilkadziesiąt lat temu film na pewno powodował opad szczęki, ale kultowym dziełem jednak bym go nie nazwał. Ot ciekawostka SF, która kolorowymi efektami specjalnymi potrafi zamęczyć oczy (przynajmniej moje). Sama historia też mnie jakoś specjalnie nie porwała, chociaż trzeba przyznać, że pomysł na żywe programy w cyberprzestrzeni był całkiem oryginalny. Tak czy inaczej, sięgnąłem po oryginał aby przekonać się “z czym to się je” i czego mogę spodziewać się po kontynuacji. Bo prawdę mówiąc zwiastuny, jakkolwiek będące estetyczno-dizajnerskim wypasem, jakoś niespecjalnie obudziły we mnie przekonanie “must see”. Po obejrzeniu oryginału niewiele się zmieniło, tak więc do kina wybrałem się zupełnie na luzie, aby sobie… popatrzeć.
      Niewątpliwie największą zaletą filmu jest klimat na który składa się kilka elementów.
      Po pierwsze muzyka Daft Punk - po prostu świetna. Chociaż momentami część instrumentalna dość mocno przypominała mi Hansa Zimmera (szczególnie z Incpecji i Mrocznego Rycerza), a części elektronicznej czasami brakowało odpowiedniego kopa (tak aby wgniatało w fotel) to uważam, że obok wspomnianej Incpecji jest to najciekawszy i najbardziej klimatyczny soundtrack jaki w tym roku słyszałem. Dźwięki samej czołówki wywołują dreszcze, ale i w trakcie filmu niektóre dźingle (przypominające muzykę z gier na Atari, Commodore i później Amigi) są tak bezbłędnie wkomponowane, że dostarczają masy audiofilskiej satysfakcji. Muszę przyznać, że nagłośnienie w IMAXie w którym miałem przyjemność oglądać film, przy elektronicznym transie po prostu powala - dźwięk krystalicznie czysty, dobiegający zewsząd, przenikający widza - re_we_la_cja. Poza tym ogólne udźwiękowienie filmu, czyli tak naprawdę czegoś co trudno zdefiniować dźwiękiem (w końcu to sieć komputerowa), stoi na bardzo wysokim poziomie.
      Po drugie - kolorystyka, efekty specjalne i montaż. Skromne kilka minut filmu ma miejsce w świecie realnym ukazanym w 2D (z czego twórcy tłumaczą się na samiutkim początku filmu), reszta dzieje się w biało-niebiesko-czerwonym cyfrowym świecie 3D. Samo 3D nie powala, co może trochę dziwić - przy takim filmie, w którym akcja ma miejsce w cyberprzestrzeni można było pokusić się o coś bardziej… szpanerskiego? Nic z ekranu nie wyłazi, ale i tej ‘wklęsłej' przestrzenności jakoś tak niewiele. Być może wynika to z tego, że film prezentuje się dokładnie tak jak na zwiastunach - nie jest przeładowany kolorystycznie, nie ma zapierających dech w piersiach widoków (no, może ze dwa były), jest praktycznie pozbawiony masy detali, które były np. w Avatarze. W Tronie wszystko przypomina smugi albo szkło - praktycznie wszystkie elementy świata są albo przeźroczyste, albo neonowe w niebieskich lub czerwonych tonacjach. Jednak mimo kiepskiego efektu 3D świat Tronu ma swój urok, a w połączeniu z elektroniczną muzyką… frapuje. Jednak tego, że obraz był za ciemny już nie przepuszczę. Nie rozumiem, jak film przeznaczony pod 3D może być nie przystosowany do tej technologii? Przecież to nie jest pierwsza tego typu produkcja, od dawna wiadomo, że okulary przyciemniają. Przyznacie, można się porządnie wnerwić, zwłaszcza jak człowiek zdejmie okulary i zobaczy jakich znaczących kontrastów nabiera obraz… Wracając do akcji - tej jest całkiem sporo i trzeba przyznać, że robi bardzo pozytywne wrażenie. Dobry montaż, świetne efekty, no i rewelacyjna muzyka - i like it. Szczególnie pierwsze 30 min czyli walki na dyski i wyścigi motorów to sekwencje, które cieszą oczy. Jedyne co mi się średnio podobało to odmłodzony o 30 lat Jeff Bridges (za to bardzo podobały mi się charakteryzację kobiet :) ). Wyglądał jakby wyciągnęli go z filmu Beowulf Roberta Zemeckisa. O ile w animacji podobieństwo do człowieka robiło duże wrażenie (wow, prawie jak człowiek), o tyle w filmie, bądź co bądź, fabularnym taki cyfrowo wymejkapowany delikwent zwyczajnie wyje (ech, no prawie jak człowiek, ale do ideału daleka jeszcze droga). Tak więc w kwestii komputerowego odmładzania Ciekawy przypadek Benjamina Buttona dalej nie ma sobie równych chociaż wypada odnotować, że w filmie Finchera sekwencji z odmłodzonym Bradem Pittem było znacznie mniej.
      Można spokojnie powiedzieć, że audio-wizualna strona filmu jest praktycznie bezbłędna, bardzo klimatyczna i, jakby nie patrzeć, jedyna w swoim rodzaju. Co z resztą? Najłagodniej mówiąc, średnio. Scenariusz filmu infantylny (co było do przewidzenia), dialogi są ubogie (co też można było przewidzieć), postacie płaskie i bezbarwne (co też w sumie było do przewidzenia), ale najgorsze jest to, że podczas seansu… wieje nudą. Fabuła nie wciąga, nie angażuje, brakuje jej lekkości, dynamizmu, dobrej narracji, humoru, po prostu… jest nudna. Wyłączając teledyskowe sekwencje, których na szczęście jest dużo, nic się w tym filmie nie dzieje. Ani relacje ojciec-syn, ani relacje komputer-człowiek, ani ratowanie świata - nic nie zdaje tutaj egzaminu. Nie żebym spodziewał się jakiejś głębi psychologicznej, ale chociaż jakiejś namiastki przygody, odkrywania czegoś nowego. A tu nawet nie ma kogo polubić…



      Cóż, Tron: Dziedzictwo nie powalił mnie, ale i nie rozczarował. Przyzwoita rozrywka, która momentami ociera się o audio-wizualny majstersztyk. Obejrzeć na pewno nie zaszkodzi, a jeżeli brać pod uwagę klimatyczną muzykę i efekty to jest to seans wręcz obowiązkowy. Mam jednak nadzieję, że nikt nie wpadnie na pomysł wyprodukowania kontynuacji.

::::::::::::::::: 6+/10 :::::::::::::::::

23 listopada 2010

Green Zone (2010 - Blu-Ray)

1 [dodaj komentarz]

     Chyba wszyscy pamiętają najazd Stanów Zjednoczonych na Irak i późniejsze przekonywania “oni mają broń masowego rażenia, my ją znajdziemy i odbierzemy”. Prawie codziennie telewizja serwowała relacje z działań amerykańskich żołnierzy. W całej tej krwawej szopce było wszystko (od dramatu, przez bohaterstwo po zwykłą propagandę), nie było tylko rzeczonej broni. Greengrass w swoim filmie nawiązuje do tych wydarzeń i stara się pokazać walkę żołnierzy w obliczu politycznych celów, które, jak nietrudno się domyśleć, nie zawsze są ukierunkowane na prawdę. Akcja ma miejsce w Bagdadzie w 2003 roku, oddział inspektorów wojskowych pod dowództwem starszego chorążego Roy’a Millera (Matt Damon) przeczesuje tereny Bagdadu w poszukiwaniu broni. Przemieszczając się z jednego zabezpieczonego minami miejsca – pułapki na drugie, żołnierze w trakcie poszukiwania śmiertelnych odczynników chemicznych natykają się na zawiłe próby zatajenia prawdy, które zmieniają cel ich misji.



     Jest dobrze, ale mogło być znacznie lepiej. Green Zone to całkiem niezła próba ukazania kulis współczesnego konfliktu wojennego, ale nie na tyle aby skłaniać do jakiejkolwiek dyskusji. To chyba największy fabularny mankament - film nie zdradza niczego nowego, nie jest w żaden sposób kontrowersyjny/szokujący, po prostu luźno nawiązuje do wydarzeń sprzed lat. Zarówno cała otoczka polityczna, jak i śledztwo Millera nie budzi większych emocji bo nie dość, że fabuła sprawia wrażenie “to już gdzieś było” to jeszcze zbyt duże uproszczenie całej intrygi nie pozwala uwierzyć w wersje Greengrassa. Przyznam, że spodziewałem się trochę więcej realizmu, w końcu temat już z założenia kontrowersyjny i ciągle na czasie. Tymczasem film Greengrassa okazał się produkcją zaledwie ciekawą i do tego dość mocno cierpiącą na przewidywalność. Nie wiem dlaczego, ale spodziewałem się czegoś choć trochę przypominającego Hurt Locker. Greengrass poszedł jednak w zupełnie inną stronę (co w sumie było do przewidzenia) przez co Green Zone to w 95% zwykłe kino akcji z elementami thrillera. Można powiedzieć, że tak jak w Hurt Locker było kilka naciąganych momentów, tak w filmie Greengrassa jest kilka momentów na poważnie.
     Za to na pewno ów produkcja nie cierpi na brak akcji. Jest jej pod dostatkiem, jest świetnie zmontowana i ogólnie daje sporo radochy. Fani stylu Bourne'a, czyli lekkiego trzęsienia ziemi kemerą będą zadowoleni. Aczkolwiek, jeżeli już jestem przy tym co w filmie widać, mam małe “ale” odnośnie wiarygodności. Przede wszystkim od początku seansu miałem wrażenie, że ten filmowy Irak niewiele ma wspólnego z tym realnym. W Hurt Locker (nie wiem dlaczego tak się uczepiłem tego filmu :) ) Irak był drugoplanowym bohaterem, przytłaczał swoją architekturą, mentalnością mieszkańców, kulturą. W Green Zone wszystko co można podciągnąć pod scenografie krajobrazową sprawia wrażenie udawanego. Zresztą, po obejrzeniu dodatków, wyszło szydło z worka - w filmie nie ma ani jednego ujęcia, nawet około irackiego, bo film został nakręcony w Hiszpanii i Maroku (a najcharakterystyczniejsze miejsca to zwyczajny komputer). Inną kwestią jest Matt Damon. Lubię go, ale obsadzenie go w tej roli chyba nie było najlepszym pomysłem. Facet stara się ile może, ale po pierwsze, trudno uniknąć porównań do Bourne'a, a po drugie, jest zbyt charakterystyczny. O wiele lepiej sprawdziłby się manewr wykorzystany w Hurt Locker - gwiazdy na drugi plan. Poza tym to ciągłe “bravo, na pozycji”, “bravo, kieruję się na pozycje”, “bravo, ruszamy”, szkoda tylko, że nie wiadomo kto dowodzi, skąd w ogóle wiadomo kto i gdzie ma się pojawić. 



     Green Zone plasuje się gdzieś pomiędzy Hurt Locker i Helikopterem w ogniu. Z jednej strony nie angażuje widza w fabułę tak jak ten pierwszy, nie rzuca na kolana widowiskiem tak jak ten drugi, ale z drugiej strony jest to film na tyle ciekawy, i na tyle dobrze nakręcony, że można go spokojnie obejrzeć. Ale nie na Bluray (o czym poniżej)

::::::::::::::::: 6/10 :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu Blu-Ray
CENA: 119,90zł
format obrazu: 2.40:1, 1080p
dźwięk: DTS-HD 5.1 + DTS 5.1 z lektorem
Wszystkie dodatki z polskimi napisami

Decydując się na własną kolekcję filmów, trzeba uważać co się kupuje i za ile. Szczególnie teraz, gdy nowości na bluray kosztują ok. 120zł, a potem w reedycjach są po niespełna 50zł (ostatnio kupiłem bluray Nieustraszonych Braci Grimm za, uwaga, 29zł). Najlepszą więc metodą jest… przeczekać pierwszy bum cenowy. Potem warto zapoznać się z opiniami o danym wydaniu, bo czasami na rynku pojawiają się rodzynki bez tłumaczenia, dodatków, w marnej jakości. Staram się trzymać tej zasady i wyczekiwać promocji, ale czasami wiem lepiej i kupuje trochę w ciemno, trochę z przekonaniem “takie filmy lubię, będzie dobrze” przez co niepotrzebnie tracę kasę. 119zł, tyle dałem za BluRay Green Zone i jestem wściekły. Nie sadziłem, że film w HD może być gorszej jakości od DVD (takie mam wrażenie). Dźwięk jest ok. (tylko ok.!), za to jakość obrazu fatalna. Przede wszystkim w ogóle nie ma tej ostrości, którą widać na pierwszy rzut oka przy filmach w tej technologii. Green Zone zalicza się do filmów widowiskowych, do filmów stworzonych pod HD, tymczasem obraz bardzo często śnieży, szczególnie w ujęciach nocnych w których ziarno jest tak duże, że na ekranie niewiele widać. Paul Greengrass, reżyser filmu, ma na swoim koncie sporo filmów dokumentalnych oraz tych stylizowanych na dokumenty i być może marną jakością chciał podciągnąć realizm. Niestety, wg mnie odniosło to zupełnie odwrotny skutek - obraz drażni nienaturalnym brakiem wyrazistości. Już pomijam fakt, że wszystkie dodatki są w perfekcyjnej jakości.. Zwróciłbym film jeszcze tego samego dnia, ale niestety jeszcze przy kasie ynteligentnie wychrzaniłem paragon. Masakra..

+ Sceny usunięte z komentarzem twórców
Nie są to jakieś tam migawki, tylko kilka naprawdę długich i ciekawych sekwencji (włącznie z tymi bardziej widowiskowymi).
+ Matt Damon: Gotowy do akcji HD
Czyli słów kilka o tym, jaki to zaszczyt był dla prawdziwych żołnierzy grać u boku Matta Damona, a jakim wyzwaniem dla Matta było rozkazywanie weteranom wojny. Mocno patetyczny materiał, z którego wynika, że Damon to naprawdę spoko gość. Dla zajawek z planu i zdjęć Maroka warto zobaczyć.
+ Wewnątrz Zielonej Strefy HD
Tym razem kilka słów o tym, jaki to zaszczyt grać w filmie Greengrassa. Masa ciekawego materiału z planu, a także, niestety sporo słodzenia reżyserowi.
+ Prawdziwy Miller HD
O fabularnym tle opowieści. Sporo wywiadów z żołnierzami, ale przede wszystkim z prawdziwym Millerem, który dowodził oddziałem podczas poszukiwań broni masowego rażeni, a w filmie pełnił rolę konsultanta.
+ Rekonstrukcja Bagdadu HD
Najkrótszy, ale za to najlepszy ze wszystkich dodatek o Maroku. Sporo zdjęć z planu pokazujących przygotowywanie scenografii, a także kilka ujęć z kręcenie najbardziej widowiskowych scen.

22 października 2010

Resident Evil: Afterlife (2010 - kino)

2 [dodaj komentarz]

     W Resident Evil: Afterlife jest jeden kozacki moment, w którym Alice (Milla Jovovich) całkiem ciekawie eliminuje krwiożerczych zombiaków. Nie chodzi o to, że odstrzeliwuje jednego po drugim, ale o bezbłędne wykorzystanie efektu 3d. Wygląda to mniej więcej tak: Alice stoi frontem do widza, w obu dłoniach dzierży strzelby (w grach najczęściej nazywane shotgunem). W pewnym momencie robi się mocne slow motion i Alice rusza w stronę widza wyciągając przed siebie giwery. Pada strzał, jeden, potem drugi, obie kule mkną prosto w oczy widza i już człowiek myśli, że zarobi kulkę gdy w ostatnim momencie wyskakuje dwóch zombiaków. Obie kule, oczywiście dalej w slow motion, rozbryzgują głowy delikwentów zalewając widza flakami. Fajnie! :P



     To jednak zaledwie 1-2 minutowa sekwencja z całego filmu, która rzeczywiście daje rozrywkową satysfakcje. Reszta to już szczeniacki konkret gniot. Oczywiście, wobec takiego tytułu jak Resident Evil, który powinien zakończyć się na znośnej jedynce, trudno oczekiwać czegoś więcej niż efekty specjalne. Fabularnie, co raczej dziwić nikogo nie powinno, Resident jest makabryczny. Widziałem poprzednie części, ale 4 to już chyba mistrzostwo głupoty. Trudno doszukać się tutaj związku przyczynowo skutkowego, a postępowanie głównych bohaterów potrafi zwyczajnie załamać. Jeden z wieeeeluuu przykładów: 3 postacie wędrują sobie ciemnym korytarzem. Dostrzegają drzwi, na których jest wymalowane logo Umbrella Corporation. Od razu się zatrzymują, precyzyjnie wymierzają pukawkami w logo na drzwiach i… stoją. Cisza. Nagle pada zaskakujący tekst: „To pułapka!”. W tym momencie (tego nikt się nie spodziewa)… drzwi same się otwierają. Strach się bać, ale nic się nie dzieje. Nasi bohaterowie, po kilku wzajemnych spojrzeniach „spod oka” wchodzą do ciemnego pomieszczenia. Jak tylko przekraczają próg, drzwi z głuchym trzaskiem zamykają się, a zaskoczeni i przestraszeni bohaterowie krzyczą „Jasna cholera, to pułapka!”.
     Efekty specjalne. Wszystkie zapowiedzi dawały jasno do zrozumienia, że przy produkcji Residenta wykorzystano tą samą technologie 3D co w Avatarze. Oczywiście film Andersona pod względem technicznym nie umywa się do filmu Camerona. Bo czym się zachwycać, skoro nie ma tu niczego ciekawego poza tym jednym momentem opisanym na początku. Fakt, wyłażącego z ekranu 3D jest sporo, ale mnie rzucanie okularkami w widza (czy też innymi przedmiotami) zwyczajnie nie bawi. Efekty komputerowe momentami są fatalne i aż żal na nie patrzeć (zresztą wszystko widać na zwiastunie). W drugiej części Blade’a był motyw z wyłażącym czymś z ust wampirów i tam to wyglądało naprawdę nieźle (zresztą nawet teraz robi wrażenie), natomiast w Residencie pląsające robactwo wyłażące z ust zombiaków to chyba jakiś żart. Animacja dobra do gier, ale nie do filmów kinowych. Rozwalająca jest scena, w której Alice rzuca się na linie z wysokiego budynku. Widać, że ktoś skierował na nią wiatrak (coby włosy na wietrze powiewały), natomiast tło dorobione jest komputerowo. A żeby widz nie miał wątpliwości, że mu się nie przewidziało to jeszcze twórcy ładują w tym masakrycznym momencie slow motion. Właśnie, z reguły slow motion cieszy oczy przeróżnymi detalami albo ciekawymi ujęciami i zawsze żałuje, że twórcy skąpią tego efektu na rzecz szybkiego, chaotycznego montażu. W Residencie wszystkie sceny akcji są w zwolnionym tempie, ale w dużej mierze nie pokazują niczego ciekawego (np. zmarszczone gęby głównych bohaterów na tle spadających kropel wody). Prawdę mówiąc bez tych wszystkich zwolnień film trwałby jakieś 45 minut.



     Z czwartej części Residenta taki sam horror jak ze Zmierzchu. Ba, w Residencie też jest masa scen wyglądających po prostu idiotycznie - panienki biegają z błyszczącymi giwerami, które ledwo są w stanie utrzymać, stroją karykaturalnie groźne miny (z paskudną Jovovich na czele) itp. itd. Relację z filmu zdałem znajomemu, który zapytał wprost: „Stary, po co poszedłeś na to do kina? Przecież każdy zdrowo myślący człowiek powyżej 13 lat wie co to za badziew”. Faktycznie, po poprzednich częściach wiedziałem, że czwórka będzie najgorsza i nawet avatarowskie 3D tu nie pomoże. Cóż, czasami trzeba zobaczyć jakiegoś gniota z krwi i kości :)

::::::::::::::::: 3-/10 :::::::::::::::::

P.S. Przed filmem puszczono zwiastun Paranormal Activity 2. Mało nie zszedłem na zawał.. :)

26 września 2010

Salt (2010 - kino)

2 [dodaj komentarz]

     Czytam opinie na filmweb i prawdę mówiąc, pojęcia nie mam dlaczego ludzie tak bardzo czepiają się… wszystkiego. Zwyczajnie nie kapuje, jak można pójść do kina na normalny action movie made by Hollywood i oczekiwać od niego głębi psychologicznej, wielowątkowości oraz realizmu. Salt idealnie wpisuje się w we współczesną konwencję kina akcji. To wręcz podręcznikowy przykład blocbustera, od którego wstyd wymagać więcej niż efektownej rozpierduchy.



     Salt w reżyserii Phillipa Noyce’a to film od początku do końca konsekwentnie naciągany do granic możliwości. Wielu, nie wiedzieć czemu, spodziewało się realistycznego filmu szpiegowskiego zgłębiającego kulisy zimnej wojny. Salt rzecz jasna takim filmem nie jest, choć to właśnie o szpiegostwo główna bohaterka zostaje posądzona, a zimna wojna przewija się gdzieś w 20 planie. I to w gruncie rzeczy tyle jeżeli chodzi o elementy szpiegowskie, reszta to już akcja, akcja i jeszcze raz efekty specjalne. Evelyn Salt, czyli deczko wychudzona Angelina Jolie nie patyczkuje się i już po kilku minutach zaczyna realizować konwencję filmu: „ja jestem szpiegiem? Ja?! No to ja wam pokaże” i przez następne 1,5 godziny wykazuje się pomysłowością zawstydzającą samego McGyvera (np. buduje wyrzutnie rakiet ze stolika) oraz przesadzoną zwinnością i omalże boską siłą (tylu pakerów rozwaliła i się przy tym nie połamała to jakiś cud). Trzeba przyznać, że Jolie napiernicza się z godną podziwu teatralnością i zaangażowaniem, i pomimo tego, że wszystko jest naciągane, nierealistyczne to jednak.. jakoś to wygląda i, co chyba najważniejsze, dobrze się to ogląda.
     Waleczna Jolie to jedno, jej motywy to drugie. Musze przyznać, że twórcom udało się skonstruować scenariusz wymykający się oczywistemu schematowi udowadniania niewinności. Fakt, przez pierwsze kilkanaście minut trudno oprzeć się wrażeniu innemu niż: to już wszystko było, i to z kilkadziesiąt razy. Oni ją oskarżyli, ona wszystkich pozabija, przy okazji uratuje świat, a na koniec oświeci wszystkich swoją niewinnością. Jednak przychodzi taki moment, w którym wszystko trochę się komplikuje i jedyne co przychodzi do głowy to „hmm… WTF?”. Takich momentów jest ciut więcej co, bardzo przyjemnie urozmaica rozrywkę i zwyczajnie wciąga. Poza tym, co jakiś czas pojawiają się mini retrospekcję z prywatnego życia Salt, dzięki czemu jej wizerunek zimnego babochłopa jest wystarczająco złagodzony i ucywilizowany. Da się ją lubić.
     Film Noyce’a jest fantastycznie zmontowany i doskonale udźwiękowiony. Montaż jest szybki, dynamiczny, ale w granicach zdrowego rozsądku. Dynamiczna muzyka Jamesa Newtona Howarda (jeden z moich ulubionych kompozytorów), podobnie jak w filmach Nolana, nieustannie grzmi w tle doskonale podkręcając akcję. JNH jak zwykle udowadnia, że można robić muzykę oryginalną za każdym razem. Efektom specjalnym niczego nie można zarzucić, bowiem tych komputerowych nie widać w ogóle, a te realne cieszą oczy widowiskiem.
     Dla wielu widzów Angelina Jolie jest wystarczającym wabikiem na wypad do kina. Dla widzów z nad Wisły, a przynajmniej dla sporej części, to nie Angelina, a Daniel Olbrychski (jako Vassily Orlov) jest tym magnesem (nawiasem mówiąc być może stąd ta fala krytyki, w końcu Salt niespecjalnie wpisuje się w repertuar Olbrychskiego). Chyba jak każdy obawiałem się zmarginalizowanej roli, a po trailerze w którym wydabingowali naszego aktora nie miałem złudzeń – jedna scena, max dwa zdania i dowidzenia. Nic z tych rzeczy. Olbrychski mówi swoim głosem, dialogi ma rozbudowane i, co też ważne, gra bezpośrednio z Angeliną (wystąpił z nią, a nie w filmie razem z nią). Występ jak najbardziej udany i choćby dla tych kilku minut z polskim akcentem warto Salt zobaczyć (nawiasem mówiąc w roli rosyjskiego prezydenta Matveyeva też wystąpił polak – Olek Krupa).



     Przyznaje, stężenie głupot jest tu dosyć spore, ale całkiem ciekawa intryga oraz ciągła, widowiskowa akcja w zupełności to rekompensują. Jeżeli miałbym się wyraźnie czegoś czepiać to zdecydowanie zakończenia, które trąci zupełnym brakiem logiki i jest mocno niejednoznaczne. Ogólnie jednak nie żałuje. Salt nie powala, ale to dobry film do popcornu. Mnóstwo bijatyk, pościgów i Angeliny Jolie :)

::::::::::::::::: 7/10 :::::::::::::::::

13 września 2010

Niezniszczalni (2010 - kino)

2 [dodaj komentarz]

     Predator, Rambo, Człowiek demolka, Sędzia dred, Terminator, Zabójcza broń, Szklana pułapka, Uciekinier, Pamięć Absolutna – to zaledwie kilka tytułów, którymi za młodu jarałem się tak jak teraz nastolatki na widok Edwarda :).Do dzisiaj pamiętam jak w domu pojawił się 4-ro głowicowy VHS Panasonica. Rodzicie szybko zorientowali się w swojej wychowawczej wpadce (HA HA, są winni :P), bo nic nie było w stanie powstrzymać mnie przed nagrywaniem filmów. Łapali się zatem za głowę nie pojmując, jak można oglądać w kółko to samo, aż do zajechania kasety :) (prawdę mówiąc zostało mi to do dzisiaj, z tą różnicą że dvd/blu jest ciut trwalsze..). Nadal mam ogromny sentyment do tego typu produkcji, a na epitety typu: kiczowate, głupie, naciągane itp. jestem zwyczajnie głuchy. Zresztą „z łezką w oku” nie raz odnosiłem się do kina akcji z przełomu lat 80/90 zawsze zaznaczając, że takich filmów już się nie kręci. Tym bardziej byłem zaskoczony, gdy dowiedziałem się, że Stallone zbiera ekipę sprzed lat, aby nakręcić film w starym, dobrym stylu! Czyżby niemożliwe stało się możliwe? Chyba nikt nie będzie zdziwiony, jak powiem, że „Niezniszczalni” był jednym z najbardziej oczekiwanych przeze mnie filmów tego roku.



     Kilka dni po premierze wybrałem się do kina i pierwsze, co mnie zaskoczyło to fakt wyświetlania filmu w największej sali. Duga sprawa to ilość widzów, których było naprawdę sporo – nie licząc pierwszych 3,4 rzędów sala była pełna w 95%! Przyznam, że oczekując na „Niezniszczalnych” byłem pewien, że film nie odniesie specjalnego sukcesu. Chyba wyszedłem z założenia, że takich jak ja, co to rozpamiętują się w epoce VHS nie jest aż tak dużo. Poza tym czego taki przeciętny i nieprzeciętny widz może spodziewać się po filmie, którego plakat prezentuje iście ‘doborową’ obsadę oraz… liczby. Stallone do tej pory na ekranie zabił 340 ludzi, Lungren 632 sztuki, Statham jak na razie biednie, bo tylko 140. W sumie obsada „Niezniszczalnych” wykosiła ponad półtora tysiąca czarnych charakterów – całkiem nieźle, nie? Teraz Stallone żegna się z kinem akcji dając sobie (i kumplom) 1,5 godziny killowania armii kubańczyków. Przyznam, że byłem ciekawy, kto to będzie oglądać. Nikt bowiem z mojego otoczenia nie wyraził chęci pójścia do kina. Nawet moja druga połówka pogardziła seansem w kinie, chociaż doskonale wiedziała, że mi na tym filmie zależy (będzie Ci to zapamiętane - ja wszystkie części Zmierzchu obejrzałem bez zająknięcia! :P).
     Z całą moją tolerancją na kino akcji (te obecne i te sprzed lat) niestety nie zachwyciłem się „Niezniszczalnymi”. Przyznaję, Stallone miał genialny w swojej prostocie pomysł na geriatryczne kino akcji, ale niestety nie miał pomysłu na sam film. Prawdę mówiąc pierwsze 15-20 minut kumuluje wszystkie atuty całego, ponad godzinnego filmu. Stallone serwuje akcję, trochę humoru, ale przede wszystkim od razu przedstawia całą obsadę, co z jednej strony jest ok (bo sporo znanych gęb), ale z drugiej strony nie zostawia nic na później. A przydałoby się, aby gdzieś w połowie filmu nagle zza krzaków wyskoczył dajmy na to Chuck Norris i z półobrotu wykosił tuzin Kubańczyków. Sylwuś wolał jednak od razu wszystkich wyłożyć na tacy, a przez resztę seansu zabawiać widza trzymającym w napięciu kinem akcji. Problem w tym, że reszta filmu jest mało zachwycająca. Zawodzą przede wszystkim postacie i marne dialogi. Nie spodziewałem się błyskotliwości Tarantino, ale kino akcji sprzed lat ma to do siebie, że główne postacie są zazwyczaj lekko szurnięte, wyszczekane, w typie pozytywnie złego maczo, którego nie da się nie lubić. Wystarczy wspomnieć takich twardzieli jak John McClane ze Szklanej Pułapki, John Spartan z Człowieka Demolki, Martin Riggs z Zabójczej Broni czy Harry Tasker z Prawdziwych Kłamstw. Panowie z „Niezniszczalnych” kilka razy nabijają się z wizerunku superhero, ale raczej w mało śmieszny sposób. Niestety trudno ich polubić, trudno ich też nie lubić, w gruncie rzeczy nieważne czy delikwent zarobi kulkę czy nie. Oni po prostu są… A jak nie ma komu kibicować, nie ma się z czego pośmiać to człowiek od razu zaczyna zwracać uwagę na elementy, na które w założeniu powinien przymknąć oko. Wiadomo, fabuła w kinie akcji ma drugorzędne znaczenie, ale w „Niezniszczalnych” nie ma w ogóle. Jest kilku superhero, jest armia kubańczyków i ot tyle, wiadomo kto kogo, choć nie wiadomo dlaczego. Co tu dużo gadać, jest nudno i chyba najgorsze w tym wszystkim jest to, że człowiek nie wyczekuje końcówki. Kiedyś oglądało sie takie filmy dla prostych, ale fajnych historii, dla bohaterów będących przerysowanym wizerunkiem prawdziwego faceta z jajami, ale przede wszystkim dla końcówek. Te bowiem zawsze były bombą. Co prawda bardziej widowiskową niż fabularną, ale z reguły chciało się zobaczyć, jak ten zły dostaje po dupie od tego dobrego, który na koniec rzuca jakimś mocnym lub rozbrajającym tekstem. Wystarczy znowu wspomnieć filmy, które wymieniłem na początku.



     W „Niezniszczalnych” jest sporo akcji bez komputerowej obróbki (aczkolwiek mogło być trochę bardziej widowiskowo), a krew i flaki momentami bryzgają jak u Roberta Rodrigueza. Niestety największym mankamentem tej rozpierduchy jest Stallone na stołku reżysera i scenarzysty (to, że wygląda jak napakowana karykatura Michaela Jacksona to już inna sprawa). Wg mnie za produkcję powinien się wziąć człowiek, który w tamtych czasach kręcił podobne filmy. W końcu to dobra reżyseria i scenariusz były fundamentem wizerunków twardzieli jakich pamiętamy do dzisiaj. Stallone z ów wizerunków i skojarzeń skorzystał, ale niestety zawalił całą resztę. Obejrzeć można, a nawet wypada, bo tylu niezniszczalnych w jednym filmie jeszcze nie było i zapewne nie będzie. Ale prawda jest taka, że film przeciętny, a „takich” filmów (łezka w oku :P) już się nie kręci.

::::::::::::::::: 6-/10 :::::::::::::::::

2 sierpnia 2010

Incepcja (2010 - kino)

16 [dodaj komentarz]

     Incepcja rozkręca się baardzooo szybko. Podobnie jak w Mrocznym Rycerzu akcja nie zwalnia ani na moment, efekty specjalne chwilami wbijają w fotel (zmiana grawitacji – jak oni to nakręcili?), a dynamiczna muzyka Hansa Zimmera (za utwór Time znowu go kocham, mistrzostwo świata) doskonale komponuje się z obrazem. Nolan stopniowo odkrywa prawie wszystkie elementy zaskakującej fabuły i aż trudno uwierzyć, że tak fantastycznie pokręcona i nieprzewidywalna intryga (która z każdą kolejną minutą kiełbasi się coraz bardziej), jest tak klarowna i przejrzysta.



     Incepcja to kapitalne widowisko, przy czym zmuszające do wysiłku nawet najbardziej rozleniwione szare komórki. Tego filmu nie da się oglądać ot tak, będąc biernym, obojętnym, nastawionym tylko na bezmyślną rozpierduchę. Tu trzeba być uważnym, na bieżąco analizować wydarzenia, łączyć mniej lub bardziej oczywiste elementy układanki. Nolan zaskoczył mnie swoim oryginalnym (a jak rozbudowanym!) pomysłem snu w śnie (i nic więcej z fabuły nie zdradzę), zafascynował i w końcu wciągnął niczym odkurzacz. Jego film się chłonie, przeżywa, bo nie da się go ot tak rozgryźć, przewidzieć co za chwilę się wydarzy. W trakcie seansu cały czas miałem wrażenie, że jestem wciągany w świat, jakiego jeszcze nikt nie wykreował. W historię, której nikt nie opowiedział. Taka jest właśnie Incepcja - nietuzinkowa, świeża, oryginalna. To genialne widowisko z adekwatnie genialną fabułą i bohaterami, którzy nie są wypełniaczem na zasadzie „są, bo muszą” (co w blockbusterach jest normalne). Ich postępowanie w tej kompletnie nierealnej opowieści jest wiarygodne, a towarzyszące im emocje, rozterki autentycznie poruszają. Jak na napompowaną efektami produkcję SF, realizm emocjonalny jest uderzający. Tutaj szczególne brawa dla DiCaprio, który wykonał chyba najlepszą robotę w swojej karierze (m.in. moment, w którym rozmawia z żoną na gzymsie chwycił mnie centralnie za serce).
     Moim zdaniem Nolan nakręcił film będący kompletnie nową jakością kina popcornowego. Pomimo skomplikowania (co przecież nie jest domeną blockbusterów) Incepcja dalej pozostaje rozrywką przystępną dla praktycznie każdego widza. Jest tu wszystko, co najważniejsze: oryginalna i co ważne nieprzewidywalna fabuła, niespodziewane zwroty akcji, widowisko. Ogląda się to naprawdę bardzo dobrze, wróć, rewelacyjnie. A jednak czuje.. mały, acz denerwujący głód. Chodzi o zakończenie, czyli jakieś ostatnie 10-15 minut. Przez większą cześć filmu, pomimo jego złożoności i wielowymiarowości, panuje porządek. Nie ma żadnych nielogiczności, niedociągnięć, wszystko ma ręce i nogi (chociaż może wydawać się inaczej). Jednak pod koniec nagle pojawiają się niedopowiedzenia i urwane ujęcia (choćby moment wybudzenia Cobba i Saito). W „Wyspie tajemnic” Martina Scorsese film wieńczyło w miarę oczywiste zakończenie. Jednak im dłużej człowiek myślał nad poszczególnymi detalami całego filmu tym więcej wątpliwości się pojawiało. W Incepcji pod koniec wprowadzono jeden, dwa momenty, które wiemy, że mają miejsce, ale ich przebieg zostaje ukryty. Możemy się tylko domyślać co się stało i przez pryzmat tej niewiedzy interpretować sobie zakończenie. Każdy zadaje sobie pytanie czy to w końcu „był czy nie był” (wiadomo o co chodzi, moim zdaniem był), ale niestety ta niepewność nie wynika z całej 2 godzinnej fabuły, a z samej końcówki, która została zwyczajnie pocięta w najbardziej potrzebnych do zrozumienia momentach. Zabieg prosty, skuteczny, ale czy właściwy? Pytanie jakie śmignęło mi przez głowę to czy ten film rzeczywiście kończy się tak tajemniczo, czy zwyczajnie ma niedociągnięcia (brak pomysłu na fabularne wkręcenie widza?), które przy tak skomplikowanym skrypcie widz bierze za kolejne łamigłówki..? Zapewne kolejne podejście do Incepcji, już bardziej na chłodno, w jakimś stopniu rozwieje wątpliwości lub (czego się obawiam) może przynieść lekkie rozczarowanie (podobnie jak w Mrocznym Rycerzu, dalej będzie to film stanowiący doskonałą rozrywkę, ale zgrzyty w scenariuszu będą o wiele bardziej widoczne przez co pojawi się więcej pytań niż odpowiedzi).



     Wg mnie Incepcja nie jest arcydziełem, choć w pierwszej chwili po obejrzeniu filmu nic bardziej sensownego do głowy nie przychodzi. W końcu 2 godziny zaskakującego, innowacyjnego scenariusza i doskonałych efektów specjalnych robi swoje. To doskonała rozrywka, przy której ocena tradycyjnych blockbusterów spada minimum o 2 oczka. Nie ma się co czarować, poprzeczka dla kina popcornowego została wysoko zawieszona i podejrzewam, że długo, długo nikt jej nie przeskoczy. Końcówka filmu wg mnie lekko niedopracowana, ale to moje czysto subiektywne wrażenie, mogę się mylić (jestem w mniejszości, wszyscy się zachwycają). Poza tym to ostatnie ujęcie (wcale nie tak zaskakujące), które kończy film w tak idealnym momencie... Chyba każdy uśmiechnął się pod nosem :) Trzeba zobaczyć, polecam.

::::::::::::::::: 9/10 :::::::::::::::::

28 lipca 2010

Pandorum (2009 - dvd)

6 [dodaj komentarz]

     Dwóch astronautów budzi się z hibernacji na opuszczonym statku kosmicznym. Nie pamiętają, na czym polegała ich misja, nie wiedzą, co spowodowało nagłe przebudzenie, i, co gorsze, gdzie podziała się 60 tysięczna załoga. Prócz bicia własnych serc słyszą jedynie dudnienie dochodzące z głębi statku (o całkiem fajnej nazwie Elyssium).



     Myślę, że ten krótki zarys fabularny nie pozostawia złudzeń co do tego z jaką rozrywką mamy do czynienia. Podobne historie, czyli zwiedzanie tajemniczo wyludnionego statku kosmicznego (czy też stacji kosmicznej, planety) kryjącego w sobie różne niespodzianki typu „BU!”, przewijały się przez kina i tv niejednokrotnie. Pandorum to kolejny tego typu film i trzeba powiedzieć, że absolutnie nie powala, nie wnosi do gatunku niczego nowego, wręcz przeciwnie, jedzie po schematach jak mało który film, ale, o dziwo, ogląda się go naprawdę dobrze.
     Mamy zatem wielki statek z ciemnymi, metalowymi korytarzami ala Obcy, znajdą się również potworki przypominające te z Zejścia, oraz klimat podobny do znienawidzonego i uwielbianego Ukrytego wymiaru. Widać, że Pandorum nie jest wysokobudżetową produkcją, ale twórcy umiejętnie wykorzystali to co mieli, przez co nie ma tu momentów lepszych czy gorszych. Prawdziwa scenografia (której jest sporo) robi dobre wrażenie, kilka sekwencji komputerowych też jest niczego sobie, a muzyka przyzwoicie podkręca klimat grozy. Reszta również bez rewelacji, nie zabraknie bowiem szczypty idiotyzmów (np. wytłumaczenie obecności zombiaków) oraz schematów, których jest aż nadto (reżyser i jednocześnie scenarzysta miał sporo czasu aby nazbierać te najlepsze bowiem nad filmem pracował 7 lat). Główni bohaterowie muszą przywrócić zasilanie statku, a to wymaga wędrówki do reaktora, który znajduje się po drugiej stronie statku (oczywiście). Zatem jeden z nich przemierza ciemne korytarze odkrywając morderczych zombiaków (elementy grozy), wygimnastykowaną i seksowną laskę od której trudno oderwać wzrok (aż trudno uwierzyć, że to aktorka pochodzenia niemieckiego), panią inż. genetyki (elementy fabuły, wyjaśnia co się stało z załogą), oraz jegomościa uważającego się za rolnika, a fikającego jak Liu Kang z Mortal Kombat (elementy akcji). Przez nieco ponad godzinę dream team gania po statku walcząc, skradając się, uciekając i odkrywając nowe, ciekawe pomieszczenia serwując tym samym oklepaną, ale lekkostrawną przygodę. Poza tym trzeba przyznać, że intryga związana ze statkiem, misją, chorobą Pandorum (taka odmiana choroby lokomocyjnej) i dwoma głównymi bohaterami jest całkiem przyzwoicie zakręcona. Nie jest to może łamigłówka najwyższych lotów, ale zakończenie filmu, pomimo sporej przewidywalności, bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło.



     Do Pandorum pasują wszystkie określenia typu: fajny, spoko, w porządku, do obejrzenia itp. Wydanej w ciemno kasy na dvd nie żałuje i polecam przy okazji zobaczyć – nie wymagając nie wiadomo czego mix horroru, thrillera, akcji i przygody jakim jest Pandorum stanowi przyzwoitą rozrywkę na sobotni wieczór. Poza tym, od czasu udanego W stronę słońca Danny’ego Boyle’a chyba nie było niczego w klimatach SF (nie licząc blockbusterów typu Star Trek), a te elementy w Pandorum naprawdę dają radę.

::::::::::::::::: 6+/10 :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu DVD
CENA: od 39,90
Format obrazu: 16:9
dźwięk: 5.1 (DD) lektor + napisy PL
Wszystkie dodatki z polskimi napisami.
Wywiady
6 krótkich wywiadów z kolejnymi osobami: Dennis Quaid, Ben Foster, Cam Gigandet, Antje Trauem, Cung Le, Christian Alvert.
Z planu
Bardzo fajny, długi materiał z planu bez żadnego komentarza. Można z boku zobaczyć, jak ekipa kręciła poszczególne sceny. Poza tym często kamera ‘oprowadza’ po planie pokazując elementy scenografi (metalowe tunele i platformy robią wrażenie).

19 czerwca 2010

Drużyna A (2010 - kino)

6 [dodaj komentarz]

     Serial Drużyna A znam, a jakże (kto nie zna ten trąba, proste :) ), wspominam go z ogromnym sentymentem, ale nie jestem zatwardziałym fanem. Na szczęście, bo gdybym był to pewnie ze wściekłości chciałoby mi się wyć – film z serialem łączy tylko tytuł i jego charakterystyczna czcionka, nothing more.



     Na pewno nie jednego interesuje to, o czym ten film jest. Przyznam, że też chciałbym to wiedzieć. Jak na odgrzanego kotleta przystało, dowiemy się jak to się wszystko zaczęło, choć nie radzę nikomu doszukiwać się tutaj jakiejkolwiek logiki (nawet śladowej). Z grubsza można powiedzieć tylko tyle, że fantastyczna czwórka, czyli Hannibal, Baracus, Murdock, Buźka sieją spustoszenie tam gdzie się pojawiają, nie bacząc na związek przyczynowo skutkowy. Tyle o fabule.
     Drużyna A to przede wszystkim… drużyna. Największą porażką jest B.A. Baracus (Quinton Jackson), którego serialowy B.A. powaliłby samym spojrzeniem. Jackson wizerunkowo sugeruje jakieś umysłowe upośledzenie Baracusa, a do tego bryluje aktorstwem godnym 7% Megan Fox. Dałoby się to przeżyć, gdyby nie fatalny pomysł na samą postać – scenarzyści, doskonale wiedząc jakie skojarzenia budzi postać B.A. postanowili z niego zrobić rozkosznego misia i głupiutkiego jelenia jednocześnie. Kolejną pomyłką, już mniejszą, ale dalej pomyłką jest Liam Neeson w roli Hannibala. Nieszczególnie go lubię, bo w każdym filmie gra tak samo, z pompatyczną charyzmą przyprawiającą mnie o mdłości. Nie inaczej jest w Drużynie A. Może myślał, że wystarczy wsadzić w gębę cygaro i już będzie tym kultowym Hannibalem? To samo jest Bradleyem Cooperem w roli Buźki (wszyscy wiedzą, że to Buźka, a jednak wg. polskich napisów jest to Face – bo brzmi lepiej?). To nie jest Buźka, to Bradley Cooper (wiecie o co chodzi). Największą rewelacją jest Sharlto „Wikus” Copley w roli szalonego Murdocka. Nie jest to ten Murdock jakiego pamiętam, ale nowy zupełnie mi nie przeszkadza. Widać, że Copley doskonale bawił się na planie, może nawet wcale nie musiał grać. Te kilka momentów, czyli świetna parodia Bravehearta, podśpiewywanie „You spin me right round, baby right round” kręcąc się na wirniku helikoptera, czy tekst „Przepraszam, którędy na Berlin?” na pewno sobie zapamiętam. Prawdę mówiąc, Copley w dużej mierze ratuje cały film.
     Poza lekko chybioną obsadą zawodzi jeszcze… wszystko inne. Drużyna A to chyba najbardziej, za przeproszeniem, oczojebny film jaki w życiu widziałem. Takie Ultimatum Bourneya wygląda przy tym jak bullet time w Matrixie. Montaż, nagłe zbliżenia i drgania kamery są tak gwałtowne, że większość rozpierduchy przypomina machanie „po oczach” włączoną latarką. Ten film podobnie jak wszystkie gry komputerowe, powinien mieć ostrzeżenie przed epilepsją. A i przed głupotą by nie zaszkodziło, bo stężenie durnych rozwiązań i zwrotów akcji jest nieprawdopodobne. Żeby nie było, nie oczekiwałem od tego filmu nie wiadomo czego, ale Drużyna A ma w sobie coś, co nie pozwala przymykać oka na niektóre pomysły. Obejrzyjcie sobie zwiastun - myślicie, że akcja czołgiem to przegięcie? Nawet nie przypuszczacie, jaki finał ma latanie czołgiem. Już nie wspominając o śmiechu wartej końcówce. Co prawda jest w niej namiastka widowiska, ale wrażenie „ależ to głuuuupiieee” jest kilka razy silniejsze.



     Dajcie spokój, szkoda gadać. Głupie to, nudne i męczące strasznie. Myślałem, że moja tolerancja na bezmyślne kino akcji spokojnie wystarczy do tego, by dobrze się bawić, a tymczasem Drużyna A udowodniła mi, że jeszcze mam jakieś wymagania… (hehe). Jeżeli obejrzeć, to tylko ze względu na szalonego Sharlto Copley’a i Jessice Biel na którą mógłbym patrzeć dniami i nocami (ach, jak ona całuje w ostatnich minutach!:) ).

::::::::::::::::: 4--/10 :::::::::::::::::

23 maja 2010

Kick Ass (2010 - kino)

5 [dodaj komentarz]

     Większość widzów wyczekiwała premiery Kick Ass, ja nie. Do kina poszedłem głównie ze względu na gro zachwytów zwykłych wyjadaczy kinowych jak i „fachowej” krytyki filmowej. Spoilery w co drugiej recenzji robią swoje (uwaga, w mojej jest ich groma) więc można spokojnie rzec, że byłem przygotowany na to co oferuje film. Nie byłem. „Kick Ass” dał mi po dupie, ale jakoś nie czuje się z tym za dobrze :)
     Z czystego lenistwa treść filmu w zwiastunie poniżej… :)



     Niewątpliwie Kick Ass łamie masę schematów, przekracza pewne granice i potrafi zaszokować. Np. w takiej typowej sytuacji, w której „normalny superhero” spuściłby manto typom spod ciemnej gwiazdy, superhero z filmu Kick Ass dostaje taki łomot, że człowiek nerwowo trzyma się fotela jak w spadającym Tupolewie. Niby banał, niby można było się tego spodziewać, ale mimo wszystko odniosłem wrażenie, że ktoś tu świadomie szokuje dla samego szokowania i niczego więcej. Momentów, w których film z kolorowym klimatem ala Hannah Montana przechodzi nagle do krwistej i wulgarnej Kill Billowskiej jatki jest aż nadto, tylko… co z tego? Wystarczy 10, góra 15 minut, aby się „zaaklimatyzować”, i okazuje się, że na dłuższą metę brutalne zabiegi twórców nie robią większego wrażenia. Sytuacje ratują ciekawe postacie, ostre dialogi, ale z drugiej strony zatarcie granicy pomiędzy dwoma wątkami (porachunki Big Daddy'ego i Hit Girl oraz tytułowy Kick Ass) nie pozwala całkowicie popłynąć z historią, bo nie wiadomo, kto tu gra główne skrzypce. Widać, że twórcy wykazują się doskonałą znajomością schematów kina komiksowego, a co za tym idzie znają najbardziej oczywiste przyzwyczajenia popkulturowych widzów. A jednak zamiast zrobić widza w balona, autentycznie go zaskoczyć, a jednocześnie zafascynować czymś nowym, w dużej mierze stawiają na tanie (i szokujące) efekciarstwo, które nijak do mnie nie trafia. Tarantino, zabawiając się schematami doskonale wie, kiedy i z jaką siłą wbić widzowi szpile w tyłek, aby ten spadł z fotela, a następnie szybciutko na niego wrócił coby niczego nie przegapić. Ba, człowiek „siedzi jak na szpilkach” przez cały seans, natomiast w Kick Ass im dalej w las, tym mniej zabawnie, a film z każdą minutą dość mocno traci na dynamice. Do tego średnie zakończenie pozostawia spory niedosyt.
     Inną kwestią jest Hit Girl – na pewno najlepsza, najbarwniejsza i najciekawsza postać z całego filmu, ale… No tak na zdrowy rozum, ja wiem, że ten film jest taki jaki jest (komiksy i te sprawy), ale… 11 letnia, niewinna dziewczynka, fuckuje i napiernicza się jak Uma Thurman na sterydach, z uśmiechem na twarzy odcina kończyny, dziurawi ciała, a soczyście tryskająca krew bawi ją jak oglądanie High School Musicial przez dziewczynki w jej wieku… Tak wiem, to wszystko jest przerysowane, ale np. najmocniejszy moment, czyli końcówka, w której bad guy z dziką rozkoszą katuję ją prawie do nieprzytomności już taki przerysowany nie jest. Czy tylko ja siedziałem zmieszany? Super muzyka, elegancki montaż, pełna profeska ze strony młodej aktorki, ale to dalej jest dzieciak, ludzie… Hit Girl ma kilka świetnych wejść, ale ogólnie sporo momentów było dla mnie.. nie wiem, po prostu czasami odczuwałem dyskomfort patrząc na jej taniec śmierci i na to jak konkretnie dostaje po głowie… Jeżeli o to chodziło twórcom, abym siedział z niesmakiem i psychą wystawioną na próbę, to im się to udało. Jednak nie bawiłem się przy tym dobrze, bo nie takiej rozrywki się spodziewałem.
     Humoru w filmie jest sporo, ale prawdę powiedziawszy spodziewałem się trochę więcej. Nie mniej, zwolennicy ciętych ripost i dosadnych odzywek powinni być zadowoleni. Obsada naprawdę daje radę, szczególnie młodziutka Chloe Moretz w roli Hit Girl. Wszyscy zwracają uwagę na udany występ Nicolasa Cage’a, mnie jednak jakoś nie zachwycił. Największym atutem (i to zgadzam się z większością zachwytów) jest rewelacyjna muzyka i montaż. Pomimo ubogiej warstwy fajerkowej film zachwyca wizualnie, a muzyka po prostu powala. Mnie najbardziej do gustu przypadły nowe aranżacje utworów Johna Murphy’ego (m.in. z 28 tygodni później i W stronę słońca), ale i reszta podkładu (Ennio Morricone, Prodigy) też idealnie pasuje do obrazu (polecam 38-utworowy soundtrack - wypas!). Trzeba przyznać, że wiele scen nie byłoby tak dobrych gdyby nie teledyskowa forma. I to właśnie owa forma dość mocno podnosi ogólną ocenę – jest na co popatrzeć, a tym bardziej czego posłuchać.



     Kick Ass to 'z krwi i kości' dziecko XXI wieku. Obrazuje i jednocześnie wyśmiewa współczesność (zrób coś głupiego, a wielomilionowe odwiedziny na Youtube, MySpace zrobią swoje), ale przede wszystkim atakuje tym co charakteryzuje obecną popkulturę - wulgarnością i brutalnością. W obliczu ostrej, dosadnej formy dojrzewanie głównego bohatera do odpowiedzialności, zdanie sobie sprawy z tego co w życiu jest najważniejsze zwyczajnie blednie. Rozumiem, że film może się podobać jednak dla mnie pozostaje ciekawym eksperymentem, który nie do końca mnie do siebie przekonał. Może z sequelem będzie lepiej.

::::::::::::::::: 6/10 :::::::::::::::::

28 kwietnia 2010

Starcie Tytanów (2010 - kino)

8 [dodaj komentarz]

     Jeden fatalny film nie czyni z reżysera najgorszego w swoim fachu, ale Louis Leterrier, gość bądź, co bądź od znośnych dwóch "Transporterów" i dobrego "Człowiek Pies" naprawdę się postarał. Gdyby „Starcie tytanów” było odrobinę mniej widowiskowe (ale tylko odrobinę) to mielibyśmy do czynienia z wypisz wymaluj Bollowską „mega produkcją”. Tak jest, Leterrier dokonał niemożliwego, bowiem porwał się z motyką na słońce i rzucił rękawice samemu Uwe Bollowi. Trzeba przyznać, że takiego starcia "tytanów" chyba nikt się nie spodziewał, a już na pewno Boll, który o mało co, a przegrałby konfrontacje ze swoim hollywoodzkim odpowiednikiem i nie byłby już najgorszym z najgorszych.



     Oczywiste jest to, że filmy tego typu maja przede wszystkim huczeć i buczeć, a cała reszta ma drugorzędne znaczenie. „Starcie tytanów” pod tym i każdym innym względem wypada marnie, chociaż całkiem dobrze się zaczyna. Niezła muzyka, klimatyczny kobiecy głos narratora, fajna, ledwie 2 minutowa animacja i… to niestety tyle, jeżeli chodzi pozytywne aspekty filmu.
     „Dzieło” Leterriera obejrzałem w 3D i to nie dlatego, że chciałem tylko zwyczajnie nie miałem wyboru. Przy zakupie biletu (Cinema City Mokotów) poinformowano mnie, że film został nakręcony tylko i wyłącznie w technologii 3D i nie ma płaskiej wersji. Oczywiście jest to wierutną bzdurą, i to nawet nie ze względu na płaskie seanse w innych kinach, ale ze względu na sam film. Gołym okiem widać, że „Starcie tytanów” nie powstało pod 3D. Po pierwsze, w okularach „wykonanych z niezwykłą precyzją, jak na taki sprzęt” film jest za ciemny. Sceny, nazwijmy je „słoneczne” tylko irytują, bo jeszcze jakoś ujdzie je oglądać, ale te „nocne” wkurrr…zają i to konkretnie. Ile razy na chwilę zdejmowałem okulary, aby „rozjaśnić sobie sytuacje” to tylko ja wiem i inne łosie, które dały się naciąć na seans 3D. Po drugie, 3D tak naprawdę nie ma, albo jest w ilościach znikomych. Prawdę powiedziawszy, cały film obejrzałbym bez okularów, ponieważ po ich zdjęciu obraz… był wyraźny! Jedyne co było rozjechane, a co za tym idzie upierdliwe to… napisy. Po prostu kosmos, człowiek płaci drożej za bilet na seans w 3D, w którym najbardziej 3D są żółte napisy...
     Efekty specjalne nie robią większego wrażenia. Raz, że film jest za ciemny i niewiele widać, a dwa, efekty komputerowe widoczną są w większości scen (swoja drogą większość tego ‘co najlepsze’ zostało pokazane w tragicznym trailerze filmu). Poza tym cała akcja, jej 'choreografia', opracowanie - wszystko jest bez wyrazu, bez jakiejś takiej finezji pozwalającej wczuć się w klimat. Tu i ówdzie twórcy silą się na epicki rozmach (sceny w zwolnionym tempie, krótka rozpierducha Krakena), ale ogólnie cały film sprowadza się do okrzyków bojowych typu „aaadziaaaa” i bezmyślnego wymachiwanie mieczem. Nuda proszę Państwa, nuda. Za to ciut lepiej jest z muzyką, która momentami jest naprawdę niezła.
     „Starcie tytanów” męczy oczy, a tragiczny scenariusz kładzie film definitywnie. Doszukiwać się tu jakiejkolwiek logiki to jak szukanie igły w stogu siana, choć prawdę powiedziawszy zdziwiłbym się gdyby było inaczej. Najgorsze jest to, że „Starcie tytanów” jest filmem totalnie nijakim – ani to obraz luźny, ani rozrywkowy, podczas seansu trudno się odprężyć, a moment w którym skończył mi się prowiant, przez co nie mając nic innego do roboty musiałem skupić się na ekranie, uznaje za krytyczny :) Dialogi wręcz powalają swoim drętwym minimalizmem, a cała intryga udowadnia tylko, że można zrobić scenariusz głupszy od drugiej części Transformersów. Filmu nie ratuje nawet obsada, która jak na takiego gniota jest omalże imponująca i wprost proporcjonalnie beznadziejna. Co w takim filmie robi Liam Neeson, Ralph Fiennes (na szczęście mało rozpoznawalny) czy Sam Worthington nie mam pojęcia. Oczywiście najgorzej wypada drętwy Worthington, który do filmu pasuje jak Chuck Norris do "Mody na sukces". Już Kevin Sorbo (taki drugi David David Hasselhoff) z serialu "Herkules" (wyprodukowanego 10 lat temu..) wzbudzał więcej emocji (większość śmiechowych, ale jednak) niż cały film Leterriera.



     Nie spodziewałem się po tym filmie "bóg wie czego", ale takiej miernoty w ogóle nie brałem pod uwagę. Zażenowanie, rozczarowanie, dotkliwe poczucie wyrzuconej kasy w błoto - długo mógłbym wymienić cały wachlarz emocji jakie niewątpliwie wzbudził u mnie film Leterriera. Uwe Boll powinien być szczęśliwy - to starcie wygrał, dalej jest najgorszym z najgorszych, ale świadomość tego, że w końcu pojawił się człowiek, który może być gorszy od niego powinna dodać mu skrzydeł.

::::::::::::::::: 2+/10 :::::::::::::::::