Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komedia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komedia. Pokaż wszystkie posty

3 marca 2012

A więc wojna (2012 - kino)

8 [dodaj komentarz]
     Pierwszy w tym roku come back! :P
     A więc wojna czyli o dwóch takich co za jedną blondyną się uganiało. Przed seansem widziałem zwiastun ów filmu i prawdę mówiąc nieszczególnie przekonał mnie na wypad do kina. Ot kolejna hollywoodzka komedia akcji, ale jak dla mnie bardziej na wieczór przed TV niż w kinie. Do tego jeszcze ten nieszczęsny jegomość na stołku reżysera o śmiechu wartym pseudo McG – nieeee, poczekam, w końcu jakaś TV puści to w cyklu „Mega Hit” to wtedy sobie obejrzę. Ale jak się dostaje darmowe wejściówki do kina to się nie wybrzydza :)



     A więc wojna podręcznikowo wpisuje się w styl bezsensownych hollywoodzkich komedii na bogato. Jak ktoś nie lubi tego typu filmów to niech od razu sobie daruje. Szkoda nerwów i zaniżania ogólnej oceny filmu, który w swojej wadze piórkowej wypada całkiem nieźle. Tak, A więc wojna to film… fajny. Luzacki, kolorowy, z początku nudnawy, całkowicie głupi jak but z lewej nogi, ale mimo wszystko zabawny. Gdy dwóch tajnych agentów bierze się za podryw wykorzystując przy tym wszystkie najciekawsze zabawki CIA to nie ma opcji, musi być ciekawie. Humor, co jest w sumie dość zaskakujące, to największy atut tej produkcji. Co prawda A więc wojna serwuje go bardziej na zasadzie „miej człowieku banana na twarzy”, ale ma też swoje momenty, w których można roześmiać się pełną gębą.
     W rolach głównych wystąpili Tom Hardy i Chris Pine. Przyznam, że z początku nie za bardzo mi do siebie pasowali. Do tego niestety trochę drętwo ‘aktorzą’, ale ostatecznie stworzyli bardzo fajny duet. Gorzej wypada Reese Witherspoon, która powiela samą siebie z jej masy poprzednich komedii. Ponownie gra sympatyczną, zakręconą, głupiutką blondyneczkę i ot wszystko, albo się ją lubi albo nie. Trochę jednak szkoda, że dwóch kozaków, którzy w wolnej chwili zabijają terrorystów, ugania się właśnie za głupiutką blondyneczką, zamiast babeczką z jajami wartą zatrzęsienia ziemi.
     Nawiasem mówiąc akcji tu tyle co nic. I bardzo dobrze. Najwięcej czasu antenowego poświęcono męskiej przepychance dzięki czemu jest się z czego pośmiać, a akcja nie jest tylko zapychaczem i sztucznym wydłużeniem seansu. Poza tym sekwencje rozpierduchy zostały wybitnie beznadziejnie nakręcone. Nie wiem czy to taki trend, czy adhd montażysty, ale nagłe i bezustanne trząchanie kamerą połączone cięciami z częstotliwością minimum 100 razy na sekundę nie jest niczym przyjemnym dla oka. Sytuacje ratuje odrobinę dynamiczny, gitarowy soundtrack oraz to, że ów sekwencje są krótkie.



     Czy warto obejrzeć najnowsza produkcję McG? Myślę, że tak. Czy warto w kinie? Można spokojnie zaczekać. Fajny, przyjemny film, zdecydowanie nie dla wyjadaczy ambitnego kina.

::::::::::::::::: 6+/10 :::::::::::::::::

21 grudnia 2010

Zanim odejdą wody (2010 - kino)

0 [dodaj komentarz]

      Peter Highman (Robert Downey Jr.) po raz pierwszy ma zostać ojcem - jego żona ma urodzić dziecko już za pięć dni. Peter pragnie towarzyszyć jej podczas porodu, jednak jego plany ulegają diametralnej zmianie, kiedy przypadkiem spotyka początkującego aktora - Ethana Tremblay’ego (Zach Galifianakis). Seria niefortunnych zdarzeń sprawia, że obaj panowie wyruszają w podróż po Stanach do żony Highmana.



      Rzadko chadzam do kina na komedie. Od dawna wychodzę z założenia, że jak już iść do kina, to na coś co wykorzystuje gigantyczny ekran i te kilkanaście głośników wokół widza. Komedie mogę obejrzeć na luzie w domu, gdzie wielkość obrazu i dźwięk przestrzenny nie mają znaczenia. Tak też planowałem obejrzeć Zanim odejdą wody chociaż prawdę mówiąc, byłem dość sceptycznie nastawiony do tej produkcji. Nie przekonywało mnie ani nazwisko reżysera (pomimo udanego Kac Vegas, które, o dziwo, też obejrzałem w kinie), ani udział Roberta Downey Jr., ani tego oszołoma Zacha Galifianakisa. Zwiastun też był raczej średni. Ale po kilku pozytywnych opiniach poszedłem do kina (swoją drogą nic innego ciekawego nie grali) i… nie żałuje.
      Czemu? Ogólnie rzecz ujmując, to już było - Shrek spotyka Osła i mamy zabawny film. Z tą różnicą, że Zanim odejdą wody to, co w komediach ostatnio jest dość rzadko spotykane, naprawdę zabawny film. Rzekłbym nawet kolokwialnie, zajebiście zabawny (choć może brzmi to trochę na wyrost. Ale niech tam). Nim jednak przejdę do meritum, muszę powiedzieć, że lubię filmy, w których bohaterowie podróżują (może dlatego, że sam lubię podróżować, albo raczej, chciałbym podróżować). Nie musi być to komedia, bo np. takie romansidło Jedz, módl się, kochaj (wkrótce coś o tym filmie napiszę) - bardzo fajny film. Komedio-dramat Mała Miss - film w moim odczuciu średni (chociaż wielu się nim zachwyca), ale sam motyw podróży bardzo fajny. Kino akcji, proszę bardzo: Księga Ocalenia albo Droga - tyż fajne. Albo Wszystko za życie - chyba lider w moich filmowych podróżach. Generalnie zmierzam do tego, że Zanim odejdą wody pod względem podróży też daje radę. “Ju es ej” to ładny kraj i jest na co popatrzeć, a panowie są ciągle w ruchu, choć sporo na ich drodze przystanków, sporo też atrakcji i niespodzianek. Chociaż motyw z Wielkim Kanionem, jakkolwiek pięknie uchwycony, był chyba lekko przesadzony (na pewno ten punkt widokowy nie jest ot tak dostępny dla każdego).
      Humor - jak już powiedziałem, jest. Przede wszystkim występuje w mojej ulubionej formie, czyli dialogach. Tu szacun dla Osła, czyli Zacha Galifianakisa, który często i gęsto ripostuje, sypie głupimi acz trafnymi odzywkami, a nader często pieprzy na luzie takie głupoty, że trudno się z tego nie śmiać. Shrek, czyli Downey Jr, jak to Shrek próbuje wytrzymać towarzystwo Osła, więc zabawia widza przechodząc z fazy białej gorączki do czerwonej (co daje efekt głupich pomysłów jak np. terenówka i Osioł na pace - mało nie padłem ze śmiechu). Ale trzeba podkreślić, że Osioł bywa zabawny, ale bywa też obrzydliwie zabawny. Tak jest, obleśnego, ciężkiego humoru jest całkiem sporo, ale na szczęście jeszcze w granicach jakiejś tam przyzwoitości (chociaż jak sobie przypomnę moment zabawiania się w samochodzie to nie wiem czy tą przyzwoitością nie strzelam sobie kulą w nogę :P). Tak czy inaczej, jazdy po bandzie, tej w dialogach i tej sytuacyjnej, w filmie Todda Phillipsa nie brakuje i jest to zdecydowanie to czego brakowało w Kac Vegas.



      Reasumując, duet Downey Jr - Galifianakis wyszedł zacny i zabawny, i warto zobaczyć tych dwóch panów w akcji. Poza tym, żeby mieć się od czego odchamiać trza się trochę schamić, a Zanim odejdą wody nadaje się do tego doskonale. Schamia jeszcze na poziomie, czyli bez niepotrzebnych wulgaryzmów, obrzydliwości i gołych cycków… chociaż tego nigdy za wiele :P. Good stuff, polecam.

::::::::::::::::: 8/10 :::::::::::::::::

18 grudnia 2010

Zaplątani (2010 - kino)

5 [dodaj komentarz]

       Flynn, uroczy awanturnik ścigany przez rozbójników, znajduje schronienie w opuszczonej wieży. Spotyka tam piękną i pełną temperamentu Roszpunkę, dziewczynę, której złote włosy mają magiczną moc. Żyjąca na odludziu księżniczka marzy, by poznać świat i przeżyć coś ekscytującego. Czarujący łotrzyk Flynn staje się jej przepustką do wolności.



       Zapomnijcie o Pixarze - w Zaplątanych nikt nie naucza, nie poucza, i nie zmusza na każdym kroku do głębszych refleksji nad życiem. Zapomnijcie o DreamWorks - w Zaplątanych nie ma humoru na siłę, nie ma przesadnych nawiązań dla klasyków kina wymagających od widza znajomości nie wiadomo jakich filmów. Zaplątani to zwyczajnie… 100% Disney’a. Prosta, wzruszająca, romantyczna, ale przede wszystkim zabawna (a raczej odjazdowa) przygoda.
       Co prawda pierwsze 5 minut musiałem przebrnąć trochę na siłę i nawet przez krótką chwilę zastanawiałem się czy aby na pewno dotrwam do końca. Chodzi, o to, że przygoda zaczyna się jak sentymentalno-miłosny musical. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie melodyjnie wyśpiewywanie banałów o tęsknocie i miłości w stylu mdłej Beaty Kozidrak (dziwne skojarzenie, prawda?) oraz pląsanie bohaterów po ekranie. Disney swego czasu był liderem w tego typu musicalach (w zasadzie jest nadal), ale przez chwilę czułem się za stary na tego typu bajeczki. Jednak później, proszę ja Was, później popłynąłem całkowicie.
       Zaplatani, jak nietrudno się domyśleć, to opowieść o miłości, marzeniach oraz odwiecznej walki dobra ze złem. Siłą tej animacji jest przede wszystkim doskonały humor. Mamy tu zbuntowaną Roszpunkę, księżniczkę o gołębim sercu, która ma poważne zakusy na mistrza ciętej riposty (nie mylić z pyskowaniem, nie u Disney’a) oraz Flynna - człowieka w głębi duszy dobrego, ale na zewnątrz złodziejaszka i wygadanego babiarza od siedmiu boleści. Trudno tej pary nie polubić - Flynn rozbraja nieudolnymi umiejętnościami czarowania płci pięknej, Roszpunka z kolei niewiele z zalotów kuma, przez co ich dialogi potrafią rozbawić do łez. Oprócz głównych bohaterów jest jeszcze mały kameleon Pascal oraz biały koń Maximus, postacie które na szczęście porozumiewają się tylko i wyłącznie gestami i mimiką. Koń jest w tym przypadku absolutnym mistrzem - takie skrzyżowanie terminatora i zebry z Madagaskaru, którego perfekcyjnie wykalkulowane wyczyny rozłożą każdego. Trudno powiedzieć, która para jest bardziej śmieszna, bo tak naprawdę w Zaplątanych nie ma lepszych i gorszych - nikt nie powie, że postacie drugoplanowe znowu uratowały film. Najważniejsze, że Zaplątani to animacja całkowicie wolna od ciężkiego, dwuznacznego humoru. Fakt, w dialogach pojawiają się słowa z języka potocznego, jednak nie ma tu ani jednego żartu bardziej dla dorosłego, albo bardziej dla dziecka. Przyjęło się, że animacja powinna być uniwersalna, dla każdego, i animacja Disney’a taka właśnie jest, choć jest to zupełnie inny uniwersalizm od tego jaki znamy z konkurencyjnych filmów.
       Poza tym w Zaplątanych jest mnóstwo widowiskowej akcji. Pościgi, walki, ucieczki - cały czas coś dzieje. Wszystko w bajkowej, czyli przesadnie kolorowej (jak to u Disney’a) oprawie graficznej. Animacja oczywiście perfekcyjna i trochę żałuje, że film obejrzałem w 2D bo było kilka momentów, które w 3D mogły robić wrażenie (np. klimatyczny tzn. romantyczny moment z lampionami). Również muzyka świetnie komponuje się z obrazem, szczególnie wstawki śpiewane. Muszę przyznać, że nie przepadam za musicalami, ale piosenki w Zaplątanych zupełnie nie przeszkadzają. Melodie i refreny łatwo wpadają w ucho, słowa są proste, a wykonanie naprawdę na wysokim poziomie. Tu warto wspomnieć o dubbingu - zaskakująco bardzo dobry (jeden z lepszych jakie słyszałem)



       Reasumując, Disney przypomniał się w znakomitym stylu. Wyszedłem kina w tak dobrym nastroju, że nawet mróz i zawieje śnieżne nie robiły na mnie wrażenia. Ba, nawet jęczące i pałętające się między rzędami dzieci jakoś nie przeszkadzały mi w oglądaniu filmu (zwykle doprowadzają mnie do pasji). Może dlatego, że sam poczułem się jak dzieciak sprzed lat, który po tygodniowym wyczekiwaniu na niedzielną wieczorynkę w końcu mógł obejrzeć cokolwiek co zaczynało się od migoczących gwiazd nad zamkiem. Zaplątani przywołują wspomnienia (chyba każdy w niedzielę o godz 19 oglądał bajki) bo to prawdziwa klasyka Disney’a w nowoczesnym, ale nie przeładowanym fajerwerkami opakowaniu. Szczerze polecam, świetna animacja.

::::::::::::::::: 8+/10 :::::::::::::::::

11 lipca 2010

Shrek Forever (2010 - kino)

8 [dodaj komentarz]

     Po obejrzeniu średnich kontynuacji Shreka miałem nadzieję, że ludzie z DreamWorks poprzestaną z oryginalnymi pomysłami na nowe przygody. Nic z tego. Ktoś gdzieś wykalkulował, że ta zmęczona kura zniesie jeszcze kilka złotych jaj i tak powstała, jak wieść gminna niesie, ostatnia już część pt. Shrek Forever. Ok, powiedzmy, że „do trzech razy sztuka z kontynuacjami”, może tym razem się uda.



     W czwartej części przygód zielonego ogra mamy chwilowy powrót do przeszłości. Rozlatująca się chata, śmierdzące bagno, strach okolicznych mieszkańców straszących nabiciem na widły – to były czasy. Tęsknota za brakiem zobowiązań i odpowiedzialności za rodzinę, ogólnie za wolnością, gnębi Shreka coraz bardziej. Pewnego dnia na jego drodze staje mały typek o imieniu Rumpel (w tej roli mocno chybiony Cezary Pazura), który oferuje magiczny pakt: Shrek otrzyma jeden dzień wolności, czyli powrót do tego, co było przed uratowaniem Fiony, ale w zamian musi oddać Rumplowi jeden dzień swojego życia. Umowa zostaje podpisana i Shrek cofa się w czasie, aby straszyć ludzi, robić aniołka w bagnie, poznawać na nowo starych przyjaciół i odkryć, że Rumpel zrobił go w balona.
     No właśnie, czy poznawanie na nowo starych bohaterów w nieco odmienionych rolach to fajny czy nie fajny pomysł? Wg mnie ok. Szczególnie, że dzięki temu twórcy nie musieli powiększać grona głównych postaci, których i tak jest już ciut za dużo. Poza tym, taki manewr daje całkiem spore możliwości do zainscenizowania zabawnych sytuacji. Niestety twórcy DreamWorks wykorzystali to połowicznie, bowiem czwarta część przygód zielonego ogra ma dokładnie te same mankamenty i zalety co poprzednie kontynuacje.
     Przede wszystkim Shrek Forever, co chyba nie powinno nikogo dziwić, sprawia wrażenie kontynuacji „na siłę”. Schemat "doczepiania" nowej przygody pozostał ten sam: Shrek robi coś głupiego, a potem przez godzinę naprawia swój błąd popełniając kolejne, już mniejsze. Fabuła jest prosta, co wadą samo w sobie nie jest, ale to, że jest mało interesująca już tak. Od początku wiadomo jak się skończy, a niektóre pomysły np. na czarny charakter (szczególnie na Szczurołapa z fujarką), pakty magiczne i inne cuda wianki wydają się mocno naciągane. Poza tym zaskakujące jest to, że ‘czwórka‘ kończy się tak jak poprzednie części, przez co w ogóle nie czuć, że to już ostatni odcinek. Po raz kolejny słyszymy „i żyli długo i było im zielono” i już, koniec. A przydałoby się jajcarsko-ckliwe zakończenie podsumowujące wszystkie części, oraz wyraźne „The End” na samym końcu (chociaż było to w jedynce..).
     Kolejna rzecz, film próbuje być bardziej śmieszny niż w rzeczywistości jest (choćby wspomniana wcześniej postać Szczurołapa i jego sposób na upolowanie ogrów). Można powiedzieć, że stary niedobry DreamWorks powrócił - znowu humor kuleje (nie chodzi o to, że jest obleśny czy ciężki, po prostu jest go niewiele lub jest mało zabawny) i w końcu znowu przez większość seansu wieje nudą. Na szczęście Shrek Forever ma kilka mocnych momentów, w których można popłakać się ze śmiechu. Nie jest ich wiele, ale trzeba przyznać, że dla tych kilku skeczów osła i genialnego kota warto ten film obejrzeć. Jerzy Stuhr i Wojciech Malajkat to chyba najlepiej dobrane głosy w polskim dubbingu, a w połączeniu z rozbrajającymi tekstami ubaw gwarantowany ("Wiesz kiedy płaczę? Gdy myślę o mojej babci. Albo o małych kotkach. Albo o mojej babci, która karmi małe kotki. Albo o małych kotkach, które nie mają babci. Wtedy płaczę” – osioł do Shreka :P). Tradycyjnie już najsłabiej wypada Fiona oraz przede wszystkim Shrek, któremu najwidoczniej rodzina nie służy :) Jest ciapowaty, ugrzeczniony, „poprawny politycznie”, taki trochę nudziarz, któremu myślenie włącza się dopiero po tym jak już dostanie kopa w zielony tyłek.



     Przyznaje, uśmiałem się, raz nawet popłakałem się ze śmiechu, ale mimo wszystko jestem rozczarowany. Humoru mogło być więcej, a po Jak wytresować smoka miałem nadzieję, że DreamWorks zaserwuje Shreka choć trochę w tym nowym stylu (coś pomiędzy pierwszą częścią, a wspomnianą wyżej animacją). Poza tym rozczarowało mnie zakończenie, które w żaden sposób nie zamyka przygód zielonego ogra. Jak dla mnie, cały czas spokojnie można doczepić kolejny wątek (może „Shrek na wakacjach”?) co pewnie prędzej czy później się stanie. Obejrzeć jak najbardziej można, a jeżeli komuś podobały się poprzednie kontynuacje (mi średnio) to czwórka go nie zawiedzie.
     Aha, wersje 3D można spokojnie sobie darować – nie robi żadnego wrażenia, a zaoszczędzone pieniądze można przeznaczyć na jakieś papu. O samej animacji, muzyce itp. nie ma sensu się rozpisywać. Film wygląda bardzo ładnie, brzmi jeszcze lepiej – standard, wszystko na najwyższym poziomie.

::::::::::::::::: 6/10 :::::::::::::::::

19 czerwca 2010

Drużyna A (2010 - kino)

6 [dodaj komentarz]

     Serial Drużyna A znam, a jakże (kto nie zna ten trąba, proste :) ), wspominam go z ogromnym sentymentem, ale nie jestem zatwardziałym fanem. Na szczęście, bo gdybym był to pewnie ze wściekłości chciałoby mi się wyć – film z serialem łączy tylko tytuł i jego charakterystyczna czcionka, nothing more.



     Na pewno nie jednego interesuje to, o czym ten film jest. Przyznam, że też chciałbym to wiedzieć. Jak na odgrzanego kotleta przystało, dowiemy się jak to się wszystko zaczęło, choć nie radzę nikomu doszukiwać się tutaj jakiejkolwiek logiki (nawet śladowej). Z grubsza można powiedzieć tylko tyle, że fantastyczna czwórka, czyli Hannibal, Baracus, Murdock, Buźka sieją spustoszenie tam gdzie się pojawiają, nie bacząc na związek przyczynowo skutkowy. Tyle o fabule.
     Drużyna A to przede wszystkim… drużyna. Największą porażką jest B.A. Baracus (Quinton Jackson), którego serialowy B.A. powaliłby samym spojrzeniem. Jackson wizerunkowo sugeruje jakieś umysłowe upośledzenie Baracusa, a do tego bryluje aktorstwem godnym 7% Megan Fox. Dałoby się to przeżyć, gdyby nie fatalny pomysł na samą postać – scenarzyści, doskonale wiedząc jakie skojarzenia budzi postać B.A. postanowili z niego zrobić rozkosznego misia i głupiutkiego jelenia jednocześnie. Kolejną pomyłką, już mniejszą, ale dalej pomyłką jest Liam Neeson w roli Hannibala. Nieszczególnie go lubię, bo w każdym filmie gra tak samo, z pompatyczną charyzmą przyprawiającą mnie o mdłości. Nie inaczej jest w Drużynie A. Może myślał, że wystarczy wsadzić w gębę cygaro i już będzie tym kultowym Hannibalem? To samo jest Bradleyem Cooperem w roli Buźki (wszyscy wiedzą, że to Buźka, a jednak wg. polskich napisów jest to Face – bo brzmi lepiej?). To nie jest Buźka, to Bradley Cooper (wiecie o co chodzi). Największą rewelacją jest Sharlto „Wikus” Copley w roli szalonego Murdocka. Nie jest to ten Murdock jakiego pamiętam, ale nowy zupełnie mi nie przeszkadza. Widać, że Copley doskonale bawił się na planie, może nawet wcale nie musiał grać. Te kilka momentów, czyli świetna parodia Bravehearta, podśpiewywanie „You spin me right round, baby right round” kręcąc się na wirniku helikoptera, czy tekst „Przepraszam, którędy na Berlin?” na pewno sobie zapamiętam. Prawdę mówiąc, Copley w dużej mierze ratuje cały film.
     Poza lekko chybioną obsadą zawodzi jeszcze… wszystko inne. Drużyna A to chyba najbardziej, za przeproszeniem, oczojebny film jaki w życiu widziałem. Takie Ultimatum Bourneya wygląda przy tym jak bullet time w Matrixie. Montaż, nagłe zbliżenia i drgania kamery są tak gwałtowne, że większość rozpierduchy przypomina machanie „po oczach” włączoną latarką. Ten film podobnie jak wszystkie gry komputerowe, powinien mieć ostrzeżenie przed epilepsją. A i przed głupotą by nie zaszkodziło, bo stężenie durnych rozwiązań i zwrotów akcji jest nieprawdopodobne. Żeby nie było, nie oczekiwałem od tego filmu nie wiadomo czego, ale Drużyna A ma w sobie coś, co nie pozwala przymykać oka na niektóre pomysły. Obejrzyjcie sobie zwiastun - myślicie, że akcja czołgiem to przegięcie? Nawet nie przypuszczacie, jaki finał ma latanie czołgiem. Już nie wspominając o śmiechu wartej końcówce. Co prawda jest w niej namiastka widowiska, ale wrażenie „ależ to głuuuupiieee” jest kilka razy silniejsze.



     Dajcie spokój, szkoda gadać. Głupie to, nudne i męczące strasznie. Myślałem, że moja tolerancja na bezmyślne kino akcji spokojnie wystarczy do tego, by dobrze się bawić, a tymczasem Drużyna A udowodniła mi, że jeszcze mam jakieś wymagania… (hehe). Jeżeli obejrzeć, to tylko ze względu na szalonego Sharlto Copley’a i Jessice Biel na którą mógłbym patrzeć dniami i nocami (ach, jak ona całuje w ostatnich minutach!:) ).

::::::::::::::::: 4--/10 :::::::::::::::::

23 maja 2010

Kick Ass (2010 - kino)

5 [dodaj komentarz]

     Większość widzów wyczekiwała premiery Kick Ass, ja nie. Do kina poszedłem głównie ze względu na gro zachwytów zwykłych wyjadaczy kinowych jak i „fachowej” krytyki filmowej. Spoilery w co drugiej recenzji robią swoje (uwaga, w mojej jest ich groma) więc można spokojnie rzec, że byłem przygotowany na to co oferuje film. Nie byłem. „Kick Ass” dał mi po dupie, ale jakoś nie czuje się z tym za dobrze :)
     Z czystego lenistwa treść filmu w zwiastunie poniżej… :)



     Niewątpliwie Kick Ass łamie masę schematów, przekracza pewne granice i potrafi zaszokować. Np. w takiej typowej sytuacji, w której „normalny superhero” spuściłby manto typom spod ciemnej gwiazdy, superhero z filmu Kick Ass dostaje taki łomot, że człowiek nerwowo trzyma się fotela jak w spadającym Tupolewie. Niby banał, niby można było się tego spodziewać, ale mimo wszystko odniosłem wrażenie, że ktoś tu świadomie szokuje dla samego szokowania i niczego więcej. Momentów, w których film z kolorowym klimatem ala Hannah Montana przechodzi nagle do krwistej i wulgarnej Kill Billowskiej jatki jest aż nadto, tylko… co z tego? Wystarczy 10, góra 15 minut, aby się „zaaklimatyzować”, i okazuje się, że na dłuższą metę brutalne zabiegi twórców nie robią większego wrażenia. Sytuacje ratują ciekawe postacie, ostre dialogi, ale z drugiej strony zatarcie granicy pomiędzy dwoma wątkami (porachunki Big Daddy'ego i Hit Girl oraz tytułowy Kick Ass) nie pozwala całkowicie popłynąć z historią, bo nie wiadomo, kto tu gra główne skrzypce. Widać, że twórcy wykazują się doskonałą znajomością schematów kina komiksowego, a co za tym idzie znają najbardziej oczywiste przyzwyczajenia popkulturowych widzów. A jednak zamiast zrobić widza w balona, autentycznie go zaskoczyć, a jednocześnie zafascynować czymś nowym, w dużej mierze stawiają na tanie (i szokujące) efekciarstwo, które nijak do mnie nie trafia. Tarantino, zabawiając się schematami doskonale wie, kiedy i z jaką siłą wbić widzowi szpile w tyłek, aby ten spadł z fotela, a następnie szybciutko na niego wrócił coby niczego nie przegapić. Ba, człowiek „siedzi jak na szpilkach” przez cały seans, natomiast w Kick Ass im dalej w las, tym mniej zabawnie, a film z każdą minutą dość mocno traci na dynamice. Do tego średnie zakończenie pozostawia spory niedosyt.
     Inną kwestią jest Hit Girl – na pewno najlepsza, najbarwniejsza i najciekawsza postać z całego filmu, ale… No tak na zdrowy rozum, ja wiem, że ten film jest taki jaki jest (komiksy i te sprawy), ale… 11 letnia, niewinna dziewczynka, fuckuje i napiernicza się jak Uma Thurman na sterydach, z uśmiechem na twarzy odcina kończyny, dziurawi ciała, a soczyście tryskająca krew bawi ją jak oglądanie High School Musicial przez dziewczynki w jej wieku… Tak wiem, to wszystko jest przerysowane, ale np. najmocniejszy moment, czyli końcówka, w której bad guy z dziką rozkoszą katuję ją prawie do nieprzytomności już taki przerysowany nie jest. Czy tylko ja siedziałem zmieszany? Super muzyka, elegancki montaż, pełna profeska ze strony młodej aktorki, ale to dalej jest dzieciak, ludzie… Hit Girl ma kilka świetnych wejść, ale ogólnie sporo momentów było dla mnie.. nie wiem, po prostu czasami odczuwałem dyskomfort patrząc na jej taniec śmierci i na to jak konkretnie dostaje po głowie… Jeżeli o to chodziło twórcom, abym siedział z niesmakiem i psychą wystawioną na próbę, to im się to udało. Jednak nie bawiłem się przy tym dobrze, bo nie takiej rozrywki się spodziewałem.
     Humoru w filmie jest sporo, ale prawdę powiedziawszy spodziewałem się trochę więcej. Nie mniej, zwolennicy ciętych ripost i dosadnych odzywek powinni być zadowoleni. Obsada naprawdę daje radę, szczególnie młodziutka Chloe Moretz w roli Hit Girl. Wszyscy zwracają uwagę na udany występ Nicolasa Cage’a, mnie jednak jakoś nie zachwycił. Największym atutem (i to zgadzam się z większością zachwytów) jest rewelacyjna muzyka i montaż. Pomimo ubogiej warstwy fajerkowej film zachwyca wizualnie, a muzyka po prostu powala. Mnie najbardziej do gustu przypadły nowe aranżacje utworów Johna Murphy’ego (m.in. z 28 tygodni później i W stronę słońca), ale i reszta podkładu (Ennio Morricone, Prodigy) też idealnie pasuje do obrazu (polecam 38-utworowy soundtrack - wypas!). Trzeba przyznać, że wiele scen nie byłoby tak dobrych gdyby nie teledyskowa forma. I to właśnie owa forma dość mocno podnosi ogólną ocenę – jest na co popatrzeć, a tym bardziej czego posłuchać.



     Kick Ass to 'z krwi i kości' dziecko XXI wieku. Obrazuje i jednocześnie wyśmiewa współczesność (zrób coś głupiego, a wielomilionowe odwiedziny na Youtube, MySpace zrobią swoje), ale przede wszystkim atakuje tym co charakteryzuje obecną popkulturę - wulgarnością i brutalnością. W obliczu ostrej, dosadnej formy dojrzewanie głównego bohatera do odpowiedzialności, zdanie sobie sprawy z tego co w życiu jest najważniejsze zwyczajnie blednie. Rozumiem, że film może się podobać jednak dla mnie pozostaje ciekawym eksperymentem, który nie do końca mnie do siebie przekonał. Może z sequelem będzie lepiej.

::::::::::::::::: 6/10 :::::::::::::::::

25 stycznia 2010

Sherlock Holmes (2009 - kino)

13 [dodaj komentarz]

     Ciekawy pomysł na przygody o najsłynniejszym detektywie świata, solidna obsada, obiecujący reżyser oraz efektowne zwiastuny – to musiało wypalić hitem. Po premierze Sherlocka Holmesa posypało się mnóstwo pozytywnych recenzji, po których byłem przekonany, że będzie to film, do którego będę wracać niejednokrotnie. Jak się jednak okazało, jedna wizyta w kinie w zupełności wystarczy…



     Obecnie większość ambitniejszych pomysłów przegrywa z 12-letnim targetem narzucanym przez wytwórnie filmowe. Na szczęście Sherlock Holmes by Guy Ritchie nie dał się temu irytującemu już trendowi. Twórcy zadbali bowiem o to, aby złotousty Sherlock na każdym kroku wykorzystywał swoją wrodzoną znajomość psychologii, chemii, geologii, balistyki i matematyki. Okazji ku temu daje całkiem sprytnie przemyślana (czytaj: zakręcona) fabuła, której, co dość istotne, finał nie jest znów taki oczywisty (co ciekawe, mordercę poznajemy na samym początku filmu..). Chwała za to scenarzystom (choć ich nazwiska nie napawały optymistycznie), bo oglądanie Sherlocka nie sprowadza się do oczekiwania na przekombinowane rozwiązania głupawych zagadek (niestety nie zrobiły na mnie większego wrażenia). Sam Sherlock, którego autoironia, sarkazm, a także fajka nie opuszczają nawet na chwilę, oraz jego wspólnik, doktor Watson z kapelusikiem na głowie tworzą całkiem zgrabny, momentami nawet wesoły duet, choć w pewnym momencie miałem wrażenie, że w przeszłości ów panowie dzielili nie tylko wspólne mieszkanie.. Tak czy inaczej duet udany i to w dużej mierze dzięki aktorom. Co ciekawe, Jude Law jako doktor Watson moim zdaniem sprawdza się znacznie lepiej od Roberta Downey Jr., który w roli Sherlocka wypada nieźle, ale niestety trudno wyzbyć się wrażenia, że to Tony Stark (z Iron Mana) tylko bez swojego głupawego uśmieszku. Na uwagę jak zwykle zasługuje doskonały Mark Strong (w roli Lorda Blackwood).
     Zdjęcia zatłoczonego XIX wiecznego Londynu zrobiły na mnie pozytywne wrażenie, chociaż trochę szkoda, że Sherlock ma tak mroczną aurę. Większość filmu rozgrywa się głównie wieczorem lub nocą, a ja oczywiście spodziewałem się filmu ciut pogodniejszego (kwestia gustu). Efekty specjalne cieszą oko, a akcji towarzyszy muzyka Hansa Zimmera, która jest dokładnie w takim samym stylu jak ta z „Aniołów i demonów”. Szybka, rycząca, patetyczna, czyli kolejna już aranżacja utwierdzająca mnie w przekonaniu, że Zimmer przechodzi syndrom „wszystko na jedno kopyto”. Oczywiście da się tego słuchać, główny motyw jest łatwo przyswajalny, ale ogólnie szkoda, że soundtrack nie reprezentuje niczego nowego.
     To jednak zaledwie mikro ułamek moich zastrzeżeń. Akcja filmu rozkręca się wyjątkowo długo i nie osiąga zbyt wysokich obrotów, a akcji w dosłownym tego słowa znaczeniu jest raczej niewiele (a jak jest, to lekko naciągana, np. wodowanie łodzi). Nie pomaga tutaj ani rycząca muzyka Zimmera, ani liczne mini retrospekcje, zwolnienia czy migawki obrazujące myślotok detektywa (nawiasem mówiąc nie wiem, po co do filmu wrzucono scenę bijatyki „na gołe klaty”…). Główni bohaterowie mają mnóstwo przegadanych scen, ale tych zabawniejszych momentów jest jak na lekarstwo. Jakieś 80% gagów można zobaczyć w niezdrowo napompowanym akcją i humorem zwiastunie, a i tak trzeba wziąć poprawkę na to, że większość z tych gagów jest wyjęta z kontekstu i w pełnym filmie nie są już tak zabawne. Cała przemyślana intryga jakoś mnie nie wciągnęła i ani Holmesowi, ani Watsonowi w ich przygodzie/śledztwie specjalnie nie kibicowałem. Brakowało mi napięcia, brakowało mi ciętego humoru, brakowało mi zaskakującego zakończenia, brakowało mi czegokolwiek, co chociaż trochę wbiłoby mnie w fotel. Niestety, podczas 2 godzinnego seansu zaliczyłem dwukrotny ziew (jeden zakończony łzami w oczach :) ) i jedno wymowne spojrzenie na zegarek..



     Cóż, albo spodziewałem się czegoś innego, albo czegoś więcej. Czy warto wybrać się do kina? Na pewno nie zaszkodzi :). Mnie Sherlock nie powalił, nie wciągnął i raczej nie wybiorę się na kontynuację (która na pewno powstanie). Guy Ritchie trochę mnie rozczarował, ale wybaczam mu (hehe) bo to chyba jego pierwsza taka typowo komercyjna produkcja. Niech mu się w tej materii wiedzie jak najlepiej, ja jednak zdecydowanie wole go w przerysowanym kinie gangsterskim („Porachunki”, „Przekręt”, „Rock’N’rola”) i mam nadzieję, że w niedługim czasie właśnie takiego filmu od Pana Ritchiego się doczekam.

::::::::::::::::: 6/10 :::::::::::::::::


+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

27 listopada 2009

Gnijąca Panna Młoda (2005 - dvd)

6 [dodaj komentarz]

     Akcja filmu rozgrywa się w małym, wiktoriańskim miasteczku. Po nieudanej generalnej próbie ślubu, przyszły Pan Młody (Victor) zostaje zmuszony wybrać się do pobliskiego lasu by poćwiczyć słowa przysięgi małżeńskiej tak, aby płynnie je wypowiedzieć. Idzie mu to coraz lepiej i kiedy w pewnym momencie nakłada obrączkę na wystający z ziemi konar okazuje się, iż właśnie oświadczył się Gnijącej Pannie Młodej, która powstając z ziemi z podarowaną przez niego obrączką, przyjmuje jego oświadczyny.



     Gnijąca Panna Młoda – film przedziwny, mroczny, trochę dramatyczny, ale urokliwy i strAAAsSZzznie przesympatyczny. Czyli cały Burton... Fabuła może nie jest zbyt oryginalna, choć warto zaznaczyć, że scenariusz został oparty, a raczej zainspirowany XIX wieczną, rosyjską legendą. W tamtych czasach szerzył się antysemityzm, a żydowskie dziewczęta często były zwabiane w zasadzkę i mordowane w drodze na swój ślub. Zgodnie z żydowską tradycją były one chowane w ubraniach, które miały na sobie w chwili śmierci, a zatem w splamionych krwią sukniach ślubnych (fajne tradycje). Burton jednak tylko nawiązał do ów legendy, natomiast całą akcje filmu skupił wokół życia i życia po życiu. Co mu z tego wyszło? Cóż, życie normalne, to "na górze" okazuje się być mało interesującą, bezbarwną (w sensie dosłownym i przenośni) egzystencją, natomiast życie na dole... to dopiero jest życie!
     Burton po raz kolejny zaskoczył mnie swoją nieprzeciętną wyobraźnią, bowiem przedstawiony przez niego jazzowy świat umarlaków, jakkolwiek głupio to zabrzmi, jest zachwycający. Obfituje w masę przedziwnych, pomysłowych i zabawnych bohaterów (np. robal zamieszkujący Panne Młodą :), doprawionych specyficznym czarnym humorem oraz całkiem sporą ilością piosenek. No właśnie Gnijąca Panna Młoda jest trochę takim animowanym musicalem! Całość ogląda się naprawdę świetnie, od ekranu nie można oderwać wzroku, a rozterki głównego bohatera z każdą kolejną minutą wydają się być uzasadnione. Co lepsze, zostać na dole i "żyć" u boku ciepłej, szalonej, ale pełnej wdzięku, kościstej i sypiącej sie Panny, czy wracać na górę, do szarego świata, w którym czeka na niego ukochana? "Po co pchać się na górę, gdy ludzie oddają życie, żeby trafić tutaj?" rzekł jeden z mieszkańców podziemia (chyba kościotrup). Morał z tego taki, to miłość jest źródłem barw szczęścia (zdanie sponsorowane przez TVP :P) Ale, co warto zaznaczyć, Burton naśmiewa się również z podziałów klasowych i pomimo kolorowego, zabawnego wydźwięku filmu dość mocno odczuwalny jest smutek głównych bohaterów. Bo konsekwencje podejmowanych decyzji nie raz ciągną się przez całe życie, a czasami dłużej.
     Gnijąca Panna Młoda została nakręcona archaiczną metodą poklatkową. Można powiedzieć, że Burton złożył tym samym hołd ginącej sztuce, na której wychowało się nie jedno pokolenie. Cały film składa się z ok 109 000000 kolejnych zdjęć/kadrów, 12 calowych 82 lalek, oraz niezliczonej ilości prawdziwej scenografii (żadne blue screeny). Efektów komputerowych filmie nie ma prawie w ogóle (są dokładnie w 2 scenach) i szczerze mówiąc trudno w to wszystko uwierzyć. Film wygląda jak normalna komputerowa animacja, i tylko w charakterystycznych ruchach bohaterów można dostrzec "kukiełkowatość". Ale taki jest właśnie urok metody poklatkowej, właśnie to „niedopracowanie” daje ten niesamowity efekt... Pozostaje tylko podziwiać za wytrwałość - metoda poklatkowa jest chyba najżmudniejszą ze wszystkich.



     Tim Burton uważany jest przez wielu za wybitnego rzemieślnika w swoim filmowym fachu. Jeżeli chodzi o mnie, że nie jestem jego zagorzałym wielbicielem, ale cenie sobie go za to, że każdy jego film (no, prawie..) jest inny i niepowtarzalny. I taka jest właśnie Gnijąca Panna Młoda - zarówno cały film jak i tytułowa bohaterka :). Wizualnie zdumiewający, fabularnie intrygujący, a wszystko to okraszone świetną muzyką i jeszcze lepszymi dialogami. Może trochę szkoda, że film trwa zaledwie 80min, ale i tak warto go zobaczyć. Polecam

::::::::::::::::: 8/10 :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu DVD
CENA: 44,90
Format obrazu: 2.40:1
dźwięk: DD 5.1, lektor DD 5.1 + napisy PL
Wszystkie dodatki z polskimi napisami.
+ Dwa Światy
Krótki film opowiadający o całej idei świata żywych i martwych.
+ Danny Elfman przybliża tajemnice dwóch światów
Kolejny krótki, ale bardzo ciekawy materiał. Kompozytor Danny Elfman opowiada o tym jak powstawał motyw przewodni, jakie są jego źródła, a także pokazuje jak wygląda tworzenie okreslonych motywów. Ujęcia ze studia nagrań robią wrażenie.
+ Animatorzy: Tchnienie życia
Film przedstawiający niewiarygodny proces kręcenia filmu. Animatorzy opowiadają o tym jak powstawały lalki, oraz pokazują jak żmudna i czasochłonna jest metoda poklatkowa. Takiego planu filmowego jeszcze nigdy nie widziałem.
+ Tim Burton: Światło i Mrok
Dodatek z cyklu "wychwalamy reżysera". Cała ekipa zachwyca się wyobraźnią i zawziętością Burtona. Wszyscy jednogłośnie stwierdzają, że to ich ulubiony reżyser :)
+ Głosy z zaświatów
Dodatek poświęcony obsadzie. Każdy ma swoje 5 min na pozachwycanie się własną rolą.
+ Ożywianie lalek
Kolejny kapitalny dodatek, tym razem poświecony produkcji lalek. Artyści opowiadają o nowatorskich systemach ruchu wpudowanych w każdą lalkę i pokazuj przy okazji jak wygląda praca takiego rzemieślnika.
+ Głosy za głosami
Genialny w swojej prostocie dodatek. Trwa ok 15 min, obraz jest podzielony na dwie części. W jednej normalnie leci film a w drugiej widać aktorów, którzy podkładają głosy. Niektórzy naprawdę wczuwają się w swoje role :)
+ Gnijąca Panna Młoda - galeria szkiców produkcyjnych
Obszerny materiał szkiców każdej postaci.
+ Ścieżka dźwiękowa
Ciekawa opcja pozwalająca obejrzeć cały film tylko i wyłącznie z podkładem muzycznym. Przyznam, że całkiem ciekawe doświadczenie.


Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

26 października 2009

Odlot (2009 - kino)

12 [dodaj komentarz]

     Przejrzałem listę dotychczasowych filmów od Pixara i wychodzi na to, że ich najnowsza animacja pt. „Odlot” jest dziesiątą z kolei. Widziałem prawie wszystkie (poza Ratatuj, do którego cały czas nie mogę się przekonać) i podobnie jak większość widzów uważam, że jest to najlepsza obecnie wytwórnia filmów animowanych. Każda z owych produkcji zdobyła uznanie wśród krytyków filmowych oraz zwykłych widzów, nie raz można było usłyszeć takie określenia jak: nowatorski, przełomowy czy nawet arcydzieło. Ostatnia produkcja, Wall.E zrobiła jak na razie największe zamieszanie pod względem ochów i achów, choć ja do tego niezwykle licznego grona nie zaliczam się. Bo Wall.E był kolejnym krokiem, kolejną jeszcze wyżej postawioną poprzeczką dla konkurencji, ale do przełomu trochę jednak zabrakło. Na „Odlot” wybrałem się bez specjalnego entuzjazmu, choć z przekonaniem, że idę na fajną, rozluźniającą animacje made by favourite Pixar… I nie rozczarowałem się, wręcz przeciwnie, z kina wyszedłem totalnie oczarowany.



     Początek filmu, te kilka minut, w których poznajemy historię głównego bohatera, Carla Fredricksena, jest absolutnym arcydziełem zasługującym na wszelkiego rodzaju nagrody i wyróżnienia. Czarodzieje z Pixara bez problemu zmanipulowali mój umysł, siedziałem zafascynowany wylewającą się z ekranu emocjonalną magią, a ta dźwięcząca cisza (przy pełnej sali rodziców i dzieciaków), kiedy główny bohater pojawił się na ekranie bez żony utwierdziła mnie w przekonaniu, że żal i smutek nie tylko mi ścisnął gardło. I już w tych pierwszych minutach objawiło się coś, czego w animacjach i chyba ogólnie filmach dla dzieci jeszcze nie było, bowiem „Odlot” jest filmem zabawnym, ale przede wszystkim smutnym, bardziej „na poważnie”. No, może nie tyle smutnym, bo do dramatu jednak daleko (choć są momenty bardzo przygnębiające), ale został przepełniony ogromną dawką sentymentalizmu i melancholii. Do tej pory animacje były wypisz, wymaluj rasowymi komediami z luźnymi, pouczającymi morałami odnoszącymi się do przyjaźni, miłości, a także przyrody i ogólnie całego świata. „Odlot” (powtórzę się) jest zabawny, ale jeżeli popatrzeć przez pryzmat dotychczasowych produkcji, jest jednak zupełnie inny. Dla mnie stanowi to gigantyczny plus, a jeśli dodać do tego ilość wątków poruszających poważniejsze tematy (śmierć bliskiej osoby, tęsknota, niespełnione marzenia, samotność, utracone dzieciństwo i wiele więcej) to w rezultacie „Odlot” okazuje się najbardziej dojrzałą animacją dla dzieci. Bo, co bardzo ważne, to dalej jest film dla dzieci! Pixar w tej materii dokonał czegoś przełomowego, bowiem w niezwykle lekki, przystępny sposób dla młodszej widowni poruszył tematy ważkie, bliższe widzom starszym aniżeli młodszym. Rewelacja, czegoś takiego się nie spodziewałem.
     „Odlot” to nie tylko treść, to także rozrywka. Przyznam, że zupełnie nie widziałem, czego mam się spodziewać po historii staruszka wędrującego z przyczepionym do pleców dwukondygnacyjnym domem jednorodzinnym unoszącym się nad ziemią dzięki kolorowym balonikom… :) Jednak wyobraźnia i pomysłowość scenarzystów z Pixara nie zna chyba granic, potrafią i zaskakiwać i czynią to bez większego wysiłku dzięki czemu film wciąga do reszty, a dialogi, zawarty w nich humor, a także znakomicie rozpisane postacie stoją na najwyższym poziomie. W filmie nie zabrakło oczywiście spektakularnej i wesołej akcji, co czyni przygodę jeszcze bardziej atrakcyjną. Warto jeszcze wspomnieć o dubbingu, który niejednokrotnie potrafił zepsuć nawet najlepszy film. Na szczęście ten w „Odlocie” jest taki, jaki być powinien.. Jest jeszcze jedna rzecz, która rzuciła mi się w oczy, a której w innych animacjach chyba nie było. W „Odlocie” najważniejsze napisy (np. okładka książki, podpis pod zdjęciem) były w języku polskim, a nie angielskim!
     Czy „Odlot” posiada jakieś zgrzyty? Na pewno, jednym z nich może być wszystko to, co mi się podobało (czego dowodzą recenzje na innych blogach). Mankamentem może być również zwiastun filmu, który wg mnie ukazuje za dużo humorzastych scen (tzn. tych najlepszych). Poza tym gdzieś tak w połowie filmu jest moment, w którym deczko akcja siada, ale to już jest czepianie się na siłę. Krótko mówiąc podobało mi się. Każdy wie, że Pixar lubi eksperymentować, przecierać szlaki dotąd nieznane animacjom, ale tym razem otrzymaliśmy coś nieprawdopodobnie doskonałego i wyjątkowego. „Odlot” jest najlepszą animacją i jednym z najlepszych filmów, jakie do tej pory widziałem. Wątpię, aby następne animacje (Auta 2, Toy Story 3) były na tak wysokim poziomie (choć bardzo bym chciał). Długo zastanawiałem się nad oceną tego filmu, dla wielu czytelników będzie kontrowersyjna, ale... jakoś nie wydaje mi się, aby była specjalnie zawyżona… :)



     Reasumując, z całego serca polecam wybrać się do kina. Z dzieciakami, z rodzicami, z dziadkami, idźcie, bo dawno nie było w kinach filmu tak uniwersalnego i znakomicie zrealizowanego.

::::::::::::::::: 10-/10 :::::::::::::::::


P.S. W wielu recenzjach pojawiają się porównania do ostatniego hitu pt. Wall.E. Nie ma co porównywać, Odlot miażdży blaszaka :)


Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

30 sierpnia 2009

Kac Vegas (2009 - kino)

6 [dodaj komentarz]

     Czterech kumpli wyrusza na wieczór kawalerski do Las Vegas. Po upojnej nocy budzą się z tzw. Kurewską Abrakadabrą Czachy - coś w czerepie się telepie, ale nikt nic nie pamięta. Co więcej, w klopie siedzi prawdziwy tygrys, a Pana młodego ani widu ani słychu. Jednym słowem konkretne WTF... Panowie zbierają się jednak w sobie i postanawiają odnaleźć zaginionego w imprezowym boju kumpla, a przy okazji dowiedzieć się, co takiego wydarzyło się minionego wieczoru.



     Pomijając pierwsze 5 minut (które nie nastawiają widza optymistycznie do reszty filmu) można spokojnie powiedzieć, że od pierwszej do ostatniej minuty film trzyma poziom i nie epatuje obleśo-żenującymi żartami. No, może poza dziadkiem i wątkiem paralizatora w czoło, które można było sobie darować (choć da się na to przymknąć oko). Wiele wątków można było pociągać w stylu szczeniackiego Americam Pie, ale Todd Phillips konsekwentnie ów styl omija (choć na swoim koncie ma podobne filmy) i swoją produkcje kieruję do trochę bardziej dojrzalszego targetu, przynajmniej wiekiem i doświadczeniem z kobietami. Nie zabraknie więc kilku sarkastycznych prawd o płci pięknej, o małżeństwach i innych sprawach damsko-męskich z którymi trudno zgodzić się w obecności swojej wybranki.. :P Poza tym ekranowa przyjaźń głównych bohaterów jest wiarygodna, okoliczności wieczoru kawalerskiego nie są aż tak naciągane (w końcu Vegas to miejsce stworzone do imprezowania), więc łatwo wczuć się w klimat filmu (dobry, imprezowy soundtrack) i zakumplować z bohaterami. Wszystkie te elementy składają się na ogólne przekonanie, że jest to męski film i w takim właśnie gronie najlepiej go oglądać (pod czym zresztą się podpisuje). Bo pamiętajmy, "Wszystko, co wydarzy się w Vegas, zostaje w Vegas".. :)
     Największym atutem filmu są sami bohaterowie (jeden żonaty, drugi w związku partnerskim, trzeci kawaler i czwarty, czyli Pan młody) i ich genialne dialogi oraz bardzo trafne komentarze. Humor sytuacyjny również się pojawia, ale jest go zdecydowanie mniej (co zaliczam na spory plus). Cała produkcja jest bardzo wyważona, wyrównana i trochę szkoda, że przez cały czas sprawia wrażenie jakby się rozkręcała i rozkręcała.. Brakowało mi trochę takiej jazdy bez trzymanki, szczypty szaleństwa, które w niewielkiej, ale konkretnie uderzającej dawce pojawia się dopiero na... napisach końcowych :).



     Kac Vegas to jednak bardzo przyjemna komedia, na którą warto wybrać się do kina. Nie jest nachalna, nie atakuje ciężkim humorem, a przyjemnie rozluźnia i pozostawia w dobrym nastroju. Polecam, warto.

::::::::::::::::: 7/10 :::::::::::::::::




Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

17 sierpnia 2009

The Host: Potwór (2006 - dvd)

6 [dodaj komentarz]

     Kino azjatyckie w dużej mierze (podkreślam, nie w całej) kojarzy mi się z nisko-budżetowymi monster-movie. To właśnie Azjaci (i chyba tylko oni) mają niezrozumiałego hopla na punkcie kręcenia filmów o gumowych potworach dewastujących tekturowe miasta. The Host, kolejne filmidło z potworem w tle (tym razem w reżyserii Joon-ho Bongm), okazał się jednak nie małą sensacją festiwalu filmowego w Cannes (2006), a także największym azjatyckim przebojem ostatnich lat (w samej Korei Południowej film zobaczyło aż 13mln widzów). Czy rzeczywiście jest się nad czym zachwycać?



     Od pierwszej do ostatniej minuty jest to film inny, dziwny, egzotyczny. Początek jest niewinny – dowiadujemy się, że przez głupotę amerykańskich naukowców (przez cały film Amerykanie co rusz dostają po głowie) w rzece Han narodziło się jakieś olbrzymie stworzenie. Chwilę później w Seulu, na wybrzeżu wspomnianej już rzeki ów stworzonko w całej okazałości ma swój pierwszy publiczny występ. Od razu wiemy jak wygląda, jak się porusza, jak ryczy – wszystkie karty zostają rzucone na stół. Trudno jednak sklasyfikować wrażenie jakie ów Potwór robi… Na pewno technicznie wygląda genialnie. Animacja ruchów, detalizacja i efekty specjalne stoją na najwyższym poziomie przy czym ich doskonała widowiskowość jest zgoła inna od tej z Hollywoodu. Sprawia wrażenie ‘przypadkowej’ niezaplanowanej – nie ma tutaj najazdów kamerą, niestandardowych ujęć i takiego efekciarskiego patosu. Natomiast sam Potwór to nie gigantyczna Godzilla, a obślizgłe bydle trochę mniejsze od King Konga. Z początku wydało mi się trochę śmieszne, przerysowane ale po kolejnych minutach człowiek dochodzi do wniosku, że jednak potwór zasługuje na miano Potwór :). Skoro już tak o tym Potworze prawie, warto jeszcze wspomnieć, że za jego powstanie odpowiada Weta Workshop oraz Orphanage Inc. czyli studia które odpowiadały za efekty specjalne w takich filmach jak np. trylogia Władca Pierścieni czy SinCity!
     Po udanym debiucie Potwora przychodzi czas na jakiś wątek fabularny. Okazuje się, że szum medialny, mobilizacja sił porządkowych, kwarantanna itp. to… drugi plan. Poznajemy bowiem dość dziwną rodzinę w skład której wchodzą: w miarę normalny acz prosty jak budowa cepa Ojciec-nieudacznik, a także dwóch synów. Jeden to kompletny debil, drugi zaś jest agresywnym urzędasem. Jest jeszcze córka, która jest o krok od sukcesów sportowych (łucznictwo), a także jeszcze jedna młodziutka córka jednego z braci (tego głupiego), która… zostaje porwana przez Potwora… Postrzelona rodzinka mobilizuje siły i wyrusza w pogoń za monstrum co stanowi plan pierwszy całego filmu.
     Wszystko byłoby ok, gdyby nie mix gatunkowy jaki serwuje reżyser. Rodzinny dramat, komedia (farsa), kino akcji, SF, przygoda, horror – czego tu nie ma.. Z reguły takie zabiegi wychodzą filmowy na korzyść, jednak w tym przypadku jest to korzyść połowiczna. Dziwnie ogląda się film w którym np. scena dramatyczna (ludzie giną w mocno realistyczny sposób, panika, porwana mała dziewczynka) przeplatają się z ostro przerysowaną sceną żałoby. Nie wiem, być może wspomniana scena nawiązuje do czegoś co znane jest tylko Koreańczykom, ale do mnie to nie trafia, wręcz przeciwnie. Takie balansowanie pomiędzy różnymi konwencjami przewija się kilkukrotnie przez co nie wiadomo jak ten film oglądać i jak na niego reagować. Z drugiej strony The Host sprytnie wymyka się utartym już schematom i stereotypom. Jest inny, świeży, niekonwencjonalny, ze specyficznym klimatem, przez co pomimo tego, że jest zwyczajnie dziwny i miejscami trudny do oglądania, do samego końca trzyma w napięciu (a zaskoczenie jak i cały film jest naprawdę zaskakujące).



     Jak już na wstępie wspomniałem, od strony technicznej jest bardzo dobrze i trudno do czegokolwiek się przyczepić. Zdjęcia Seulu również miło zaskakują a muzyka, choć też sprawia wrażenie innej od tej z hollywoodzkich produkcji, trzyma wysoki poziom. Jeżeli chodzi o kwestię fabularną – jest dziwna, trochę taka ‘egzotyczna’, ale myślę, że jest to spory atut całej produkcji. W końcu to, że jest dziwna nie znaczy, że jest głupia i nieinteresująca. Wręcz przeciwnie.
Reasumując, film dziwny, niestandardowy i zdecydowanie godny polecenia.

::::::::::::::::: MOJA OCENA: mocne 7/10 :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu dvd
CENA: od 29,99
Format obrazu: 16:9
dźwięk: 5.1 (DD) lektor + napisy
Ładne wydanie w kartonowym pudełku w którym poza płytką znajdziemy 3 pocztówki z filmu.
+ Storyboardy i animacja
Jak sama nazwa wskazuje – zestaw storyboardów. Żadnego komentarza, jednie podkład dźwiękowy z filmu. Trochę nudne, choć można dopatrzeć się kilku koncepcji które ostatecznie nie znalazły swojego miejsca w filmie.
+ Jak powstawał Potwór
Kolejny dodatek bez żadnego komentarza. Każde ujęcie z potworem zostało rozbite na czynniki pierwsze. Najpierw kręcenie sceny bez potwora, potem dodatnie potwora, potem wypełnienie tekturami, potem cienie, i na sam koniec dodanie efektów specjalnych.
+ Usunięte sceny
Kilkusekundowe.. Nic ciekawego.
+ Zwiastuny
+ Oryginalne plakaty
+ Teledysk



Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

2 sierpnia 2009

Epoka Lodowcowa 3: Era Dinozaurów (3D) (2009 - kino)

6 [dodaj komentarz]

     Wiedziałem, że to będzie odgrzewany kotlet, ale nie spodziewałem się, że to będzie tak lekkostrawny i dobrze odgrzany kotlet. Wchłonąłem go z przyjemnością i po prawdzie nie mam nic przeciwko dokładce. Trzecia część przygód Sida, Mańka, Diego i Wiewióra, choć niepozbawiona lekkich zgrzytów, bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. W przeciwieństwie do napakowanego bajerami i fajerwerkami Shreka 3, Epoka dalej jest „skromną” animacją dla całej rodziny. Zarówno dzieciaki jak rodzicie będą się doskonale bawić, czego dowodem jest publiczność (musicie uwierzyć mi na słowo) z jaką miałem przyjemność oglądać film. Atmosfera była naprawdę genialna, wszyscy wybuchali śmiechem i nie krępowali się chichotać pod nosem. Fakt, może salwy nie były częste, ale przez 95% filmu banan nie schodził mi twarzy, taki człowiek miał szczękościsk.



     Gagi Wiewióra zawsze trzymały poziom, jednak tym razem na jego drodze stanęła kobieta Wiewiórka. Przyznam, że trochę obawiałem się tego zabiegu, że Wiewiór i jego cut scenki stracą na atrakcyjności.. Nie straciły, wręcz przeciwnie. Zwłaszcza starsza widownia doceni męsko-damskie przepychanki zakochanych (echh te kobiety). Reszta paczki z drugiej części również poznaje nowych bohaterów. Trochę ich się narobiło, i może nawet odrobinę za dużo, bowiem już w drugiej części było ich całkiem sporo. Da się jednak to łyknąć, nie ma jakiegoś szczególnego natłoku, choć nie da się ukryć, cierpią na tym główni bohaterowie, którzy na ekranie pojawią się rzadziej. Zwłaszcza Sid, którego w filmie jest znacznie mniej niż w częściach poprzednich. Jednak całość nadrabia lekkim i, co ważne, dobrym poczuciem humoru (małe dinozaury są rozbrajające).
     Trzecia część jest również bardziej dynamiczna i bardziej widowiskowa od poprzednich. Pierwsze, co rzuca się w oczy to cyfrowe 3D, które, co jest dość dziwne, jakoś szczególnie mnie nie powaliło. Po pierwsze, IMAX to to nie jest, po drugie, animacja Potwory kontra Obcy pod względem 3D prezentowała się znacznie lepiej. Epoka jest trójwymiarowa, ale mam wrażenie, że twórcy nie do końca wykorzystali potencjał tej technologii. Żeby jednak nie było, film wygląda kozacko, cieszy oczy, ale pozostawia mały niedosyt (z drugiej strony, jeśli ktoś jeszcze nie wiedział filmu w 3D – będzie zachwycony). Poza tym w trzeciej części przybyło dynamicznej akcji podkręcającej całą przygodę. Końcówka filmu, w której dzieje się najwięcej okazuje się być całkiem przyzwoitym widowiskiem z lekkim przymrużeniem oka.
     Na koniec szczypta marudzenia. Był moment, w którym film zaczął mi się dłużyć a kolejne sceny wydały się być wciśnięte na siłę, aby było więcej. Była to, co prawda chwila, po której film ruszył z kopyta, ale jednak się zdarzyła. Poza tym, czasami (rzadko, ale jednak) zdarzały się lekko drętwe teksty. Zwłaszcza w wykonaniu Mańka, którego dodatkowo dubbing jest najsłabszy (Wojciech Malajkat). No i to 3D, które jakoś nie zrobiło na mnie takiego wrażenia jak się spodziewałem.



     Mimo wszystko Epoka Lodowcowa 3 to animacja przemyślana, odpowiednio wyważona i na pewno lepsza od średniej dwójki. Mi się podobało, z kina wyszedłem w bardzo dobrym humorze i tak jak na wstępie napisałem – nie mam nic przeciwko kolejnej części. Polecam wybrać się do kina póki jeszcze wyświetlają w 3D (im w większym gronie tym lepiej) bo potem pozostanie już tylko płaskie DVD.

::::::::::::::::: MOJA OCENA: 7 z małym +/10 :::::::::::::::::




Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

25 czerwca 2009

Potwory kontra Obcy (2009 - kino)

11 [dodaj komentarz]

     Kilka dni temu, będąc na mieście, miałem do wyboru dwie opcje: albo wracam do domu by za 2 godziny znów wyjść na miasto, albo jakoś zagospodarować te 2 godziny i do domu już nie wracać. Akurat byłem w galerii, więc wpadłem na pomysł, że skoczę do kina na Terminatora i jakoś ten czas zleci. Fart chciał, że Terminatora grali nie w tych godzinach, jakie mi pasowały i tylko film Potwory kontra Obcy idealnie pasował do mojego grafiku.. Kilka minut później spora sala kinowa świeciła pustkami (godz ok. 16), a ja sam jeden jak palec siedziałem i w ciszy czekałem na film. Jednak w ostatniej chwili stało się to, czego obawiałem się najbardziej - zwaliły się tabuny dzieciarni.. Nie wiem, chyba jakieś wycieczki, bo sala zaczęła drżeć w posadach. Co więcej, obok mnie usiadła jakaś babcia z wnuczkiem – również wyraźnie zdegustowana całym zamieszaniem. I tak w kakofonii, latającego popcornu, trzeszczących opakowań chipsów, dzwonków komórek, śmiechów, krzyków, gonitw między rzędami itp. itd. przyszło mi oglądać film.



     Potwory kontra Obcy obejrzałem w wersji 3D, ale nie w sali kina IMAX tylko w zwykłej sali kinowej z okularami 3D. Ekran nie miał wysokości kilku pięter, efekty nie były tak mocne jak w typowym IMAXie, ale i tak to co zobaczyłem wprawiło mnie w zachwyt. Obraz zwyczajnie wylewał się z ekranu, czasami nagle atakował (np. nagle wyskakiwała jakaś piłka, która zatrzymywała się przed oczami widza) i ogólnie robił naprawdę doskonałe wrażenie. Pod względem technicznym film pierwsza klasa i trudno do czegokolwiek się przyczepić. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że filmów w tej technologii będzie coraz więcej i nie będą to tylko animacje. Muzyka, co nie powinno nikogo dziwić, również bardzo fajna.
     I to tyle, jeśli chodzi o zachwyty. Co z resztą? Cóż…
     Film prawi o sile przyjaźni i o tym, aby być sobą i realizować swoje marzenia. Hmm… Niech mnie piorun trzepnie jeśli się mylę, ale jakieś 15 lat temu w animacji Toy Story ze stajni Pixara był podobny motyw… i od tamtego czasu aż do dzisiaj ów motyw niemiłosiernie się powtarza. Piorun mnie nie trzepnął, więc to tyle w tym temacie.
     Poza tym film jest zwyczajnie nudny. Potwornie nudny. Cała sala wliczając, babcie, mnie, ze 3 opiekunki, ogromną zgraje dzieciaków oglądała film w zupełnej ciszy. Ani razu nie było salwy śmiechu. Może ze dwa razy dało słyszeć się jakiś szmer, ale trudno mi powiedzieć, czy to był śmiech czy ziewanie (ja ziewałem). Zero jakichkolwiek chwytliwych tekstów, żadnych fajnych gagów, nic. Wszystko albo już było, albo było na żenującym poziomie. Polski dubbing niestety też nie zachwyca choć da się go przeżyć... Tak czy inaczej, 3 razy patrzyłem na zegarek, babcia obok mnie wierciła się niespokojnie, a dzieciaki bawiły się w bulgotanie colą..



     Tak naprawdę największą sensacją był… zwiastun drugiej części Transformersów. Jeszcze nigdy na raz nie słyszałem tylu „WOOW, zobacz!”, „alle jazdda”, „widziałeś to?!” i aż się uśmiechnąłem jak usłyszałem ten chór zachwytu produkcją Bay’a (babcia niestety wyglądała na załamaną :P). Natomiast Potwory kontra Obcy to film, który nie wnosi do gatunku nic nowego, a tylko powiela wszystko, co było najlepsze w dotychczasowych produkcjach. Nie kupuje tego i wszystkim szczerze odradzam – jest masa innych, znacznie ciekawszych filmów, które warto pokazać dzieciakom.

::::::::::::::::: MOJA OCENA: 4--/10 :::::::::::::::::




Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

7 czerwca 2009

Dorwać Smarta (2008 - dvd)

5 [dodaj komentarz]

     Po tym, jak kwatera główna amerykańskiej agencji wywiadu o nazwie CONTROL została zaatakowana, a wszyscy agenci zdekonspirowani, Szef (Alan Arkin) nie ma innego wyjścia i musi awansować pełnego zapału analityka Maxwella Smarta (Steve Carell) do pracy w terenie. Tym samym główny bohater filmu musi stawić czoła złowrogiej tajnej organizacji o kryptonimie KAOS i udaremnić jej najnowszy plan przejęcia kontroli nad światem.

Kliknij w "PLAY" a potem w "HQ" aby oglądać w lepszej jakości


     Końcówka powyższego trailera wymiata. Ilekroć go oglądam i słyszę chłopaka, a potem jego matkę, mam niekontrolowany napad śmiechu :P Wracając jednak do filmu…
     Obawiałem się głupoty głównego bohatera, bowiem z reguły cały komizm takich filmów opiera się na oklepanym już schemacie: głupol wśród inteligentów (i niech się gawiedź z niego śmieje). Na szczęście film „Dorwać Smarta” przedstawia humor inteligentny, niepozbawiony ciętych tekstów i rozbrajających gagów, a tytułowy Maxwell Smart to jegomość przesympatyczny, lekko zwariowany i przede wszystkim z głową na karku. I to właśnie zdrowe myślenie Smarta, siejące postrach wśród bandytów jest głównym powodem do śmiechu widza. Co prawda, znajdzie się kilka ciężkich ‘żartów’ (godnych np. takiego gniota jak „Totalny Kataklizm”), ale ich ilość jest, można powiedzieć, śladowa i ogólnie nie zniesmacza odbioru całego filmu.
     Sam scenariusz nawiązuje do filmów szpiegowskich, zwłaszcza do serii o agencie 007, choć trudno tu mówić o typowej, nabijającej się z Bonda parodii. Bardziej chodzi o skojarzenie klimatu, akcji i fabuły, która obowiązkowo opowiada o globalnym niebezpieczeństwie. A jeśli już wspomniałem o fabule – prosta jak budowa cepa, ale w obliczu ciekawych bohaterów, sporej dawki humoru ogląda się sympatycznie i przyjemnie.
     Również pod względem obsady film wypada całkiem nieźle. Steve Carell w roli Smarta wypada tak jak wypaść powinien, czyli komicznie. Przyznam, że jakoś do tej pory nie specjalnie przepadałem za tym aktorem, ale w roli Smarta zapunktował na plus. U jego boku zobaczymy Anne Hathaway w roli Agentki 99, która wg mnie jest lekko chybionym pomysłem. W gruncie rzeczy nie wiem, dlaczego bo talent dziewczyna ma, teoretycznie jest na czym oko zawiesić, a mimo wszystko jest w niej coś.. irytującego. W pozostałych rolach zobaczymy sympatycznego wielkoluda Dwayne Johnson’a a także przez krótką chwile Bill’a Murray’a.



     Reasumując, pierwsza i z perspektywy czasu słuszna myśl, jaka przyszła mi do głowy po obejrzeniu tego filmu to: bardzo sympatyczna komedia. Z pewnością nie jest to produkcja przełomowa, ale dobry scenariusz, wartka akcja i niegłupi humor gwarantują 2 godziny dobrze zrealizowanego i zabawnego seansu. Polecam, dobry humor po filmie gwarantowany :)

::::::::::::::::: MOJA OCENA: 7/10 :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu DVD
CENA: 39,99
format obrazu: 2.35:1
dźwięk: 5.1 (DD) lektor + napisy PL
+ Film z ujęciami Smarta
Podczas oglądania filmu pojawia się obraz informujący o tym, ze jak naciśniesz enter na pilocie to zobaczysz dodatkową scenę np. rozwinięcie drugoplanowego bohatera lub po prostu inne ujęcie. Steve Carell przed dodatkiem informuje, że dzięki tej opcji film jest o 62% bardziej śmieszny. Być może. Obejrzałem jeszcze raz pierwsze 30min i owe rozwinięcia były.. takie sobie. Może kiedy indziej obejrzę całość.
+ Lekcje języka
Steve Carell w kilku językach (m.in. włoski, francuski) zachwala film. Teoretycznie śmieszne, praktycznie w ogóle :P
+Sekrety szpiega: gagi z planu.
Kilkuminutowy materiał z wpadek podczas kręcenia filmu. Sympatyczny.

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+




Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

31 maja 2009

Jaja w tropikach (2008 - kino)

7 [dodaj komentarz]

     „Jaja w tropikach” to historia grupy aktorów, zaangażowanych w produkcje filmu mającego być najlepszym w historii kina filmem wojennym. Jednak rosnące w zastraszającym tempie koszty oraz kaprysy gwiazdorów grożą wstrzymaniem produkcji. Sfrustrowany reżyser chwyta się więc ostatniej deski ratunku - wysyła ekipę filmową w dzikie tereny południowo-wschodniej Azji, by film zyskał realizm partyzanckich podchodów. Aktorzy muszą sobie poradzić bez asystentów, pomocników a nawet telefonów komórkowych. Ale nikt nie przewidział, że ekipa zetknie się z lokalną bandą handlarzy narkotyków.

Kliknij w "PLAY" a potem w "HQ" aby oglądać w lepszej jakości


     Film rozpoczyna się fragmentem nieudolnie produkowanej mega produkcji, czyli od wojennej sekwencji (po całkiem zaskakujących trailerach..), która w jednej chwili położyła mnie na łopatki, a już po ok. 5min ryczałem ze śmiechu. Technicznie megaprodukcja wygląda bardzo realistycznie, bowiem z rozmachem współczesnego kina wojennego widzimy obraz strzelanin, spadających helikopterów, krwi i flaków, który dodatkowo uzupełnia bardzo dobra, klimatyczna muzyka. I wszystko byłoby cacy gdyby nie ta fatalna ekipa + egocentryczni aktorzy. Scena, w której Robert Downey Jr. roni łzy nad umierającym Benem Stillerem, po prostu miażdży. Film jest zwariowany, szalony, nawiązujący do takich hitów jak Pluton, Czas Apokalipsy, Łowca jeleni, Szeregowiec Rayan czy Forest Gump, a ponad to, będąc filmem „za kulisami wielkich, kasowych produkcji” konkretnie drwi z aktorów, producentów, reżyserów, wytwórni filmowych i generalnie wszystkiego, co jest związane z Hollywoodem. Przyznać trzeba, że zakres parodiowania i wyśmiewania jest dość spory, ale „Jaja w tropikach” (naprawdę jajeczne tłumaczenie) nie wymiękają i teoretycznie dają radę do samego końca. Scenariusz filmu jest przemyślany, obfituje w mnogość doskonałych dialogów i bohaterów i jest jednym z dwóch, no trzech największych atutów filmu.
     Kolejne, największe atuty kryją się w obsadzie filmu. Ben Stiller w roli mistrza kina akcji Tugg’a Speedman’a na szczęście nie irytuje (co jest jego domeną) i wypada całkiem nieźle. Jack Black (czyli Jeff Portnoy) ma najbardziej kontrowersyjną czyli wulgarną i obrzydliwą role (a jakże inaczej..), ale mimo wszystko mieści się w granicach dobrego smaku i da się go spokojnie oglądać (bez wykrzywiania twarzy i ‘mutowaniu’). W filmie zobaczymy również Brandon’a T. Jackson’a w roli, uwaga, Alpa Chino, a także Robert’a Downey Jr. w roli czarnoskórego Kirk’a Lazarus’a za którą to role został nominowany do Oscara. I jest to kolejny największy atut filmu – teksty, jakimi rzuca Kirk, jego niebywały akcent, sposób, w jaki się porusza i doskonała charakteryzacja po prostu powalają i śmieszą do łez. W pozostałych rolach przewija się jeszcze kilka ciekawych nazwisk: Nick Nolte, Matthew McConaughey (nie znoszę go), Tobey Maguire i Tom Cruise. I proszę ja Was, Tom Cruise to prawdziwa bomba tego filmu. W takiej roli nie widzieliśmy go jeszcze nigdy i podejrzewam, że nikt nie spodziewał się, że kiedykolwiek zobaczymy. W pierwszym wejściu nie mogłem uwierzyć, że to on. Zarówno ze względu na zaskakującą, ale genialną charakteryzacje jak również na.. ekspresje, z jaką grał swoją postać. Oczy szeroko otwarte, szczęka przy ziemi i niecierpliwe oczekiwanie na kolejne jego wejścia. Natomiast końcówka filmu w wykonaniu Toma to prawdziwa perełka, godna wszelkich najwyższych ocen i dla tej sceny film trzeba zobaczyć.



     Przyznam, że z początku byłem lekko rozczarowany i zaniepokojony obecnością Ben’a Stiller’a i Jacka Blacka ale okazało się, że „Jajach…” (boskie tłumaczenie, naprawdę..) są jednak na swoim miejscu i wszystko, że tak powiem, gra. Ba, Ben Stiller nie dość, że występuje w głównej roli to jeszcze reżyseruje, odpowiada za scenariusz i jest producentem. I trzeba przyznać, że odwalił kawał solidnej roboty, bowiem „Jaja w tropikach” jest chyba najlepszą komedią zeszłego roku. Ubaw gwarantowany, choć trzeba zaznaczyć, że po pierwszych wgniatających w fotel 15min film jest znacznie mniej zabawny (ale jest!). Bardzo dobry scenariusz, mnogość wyrazistych bohaterów a także świetnych tekstów nooo iiii Tom Cruise. Musicie go zobaczyć!

::::::::::::::::: MOJA OCENA: 7++/10 :::::::::::::::::



+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+




Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

2 marca 2009

Jeszcze dalej niż Północ (2008 - dvd)

10 [dodaj komentarz]

     We Francji najnowszy film Dany'ego Boona "Jeszcze dalej niż Północ" zrobił gigantyczną furorę. Widzowie i krytycy dosłownie oszaleli na punkcie bohaterów z miasteczka Bergues przez co film zdobył miano "francuskiej komedii wszech czasów" a także najbardziej dochodowego filmu europejskiego (ponad 200mln dolarów zysków w samej Francji!). W Polsce film przeszedł bez większego echa, choć z drugiej strony, będąc w empiku dowiedziałem się, że od premiery DVD do tej pory film sprzedaje się jak świeże bułeczki i dostać go od ręki nie jest rzeczą najprostszą. Mi się jednak udało i z nieukrywaną ciekawością zabrałem się za oglądanie.
     Philippe, naczelnik poczty w Salon-de-Provence, naciskany przez swoją ciągle marudzącą i jęczącą żonę stara się o przeniesienie na słoneczną Riwiere. Jego próby nic jednak nie dają, żona zaczyna wykazywać skłonności depresyjne, więc Philippe dopuszcza się małego oszustwa. W swoim zgłoszeniu dopisuje, że jest osobą niepełnosprawną, co teoretycznie ma mu dać większe szanse wobec konkurencji. Niestety, wszystko wychodzi na jaw i Philippe zamiast awansować na południową Riwierę zostaje dyscyplinarnie "zesłany" na północ Francji do małej miejscowości Bergues w której żyją ludzie zacofani, wrogo do siebie i obcych nastawieni a do tego mówiący w dziwnym, niezrozumiałym dialekcie. Oczywiście Juliene, żona Philippe ani myśli ruszać się z domu.

     Tak więc biedny i samotny Philippe trafia na północny ‘koniec świata’. Na miejscu okazuje się, że Bergues nie jest wiochą zabitą dechami, nie jest tak zimno jak mogłoby się wydawać, a ludzie są serdeczni, uśmiechnięci i lekko zakręceni. I o tym właśnie opowiada film - o dziwnych miastowych stereotypach/legendach, które w konfrontacji z prawdziwą prowincją okazują się być tylko legendami. Nim jednak główny bohater dojdzie do takiego wniosku i odkryje nową radość życia, będzie musiał się jeszcze… zaaklimatyzować.
Biedny Philippe z początku nie może się odnaleźć w nowej rzeczywistości a największe problemy sprawia mu dziwny język mieszkańców. Przyznam, że wątek ten rozbawił mnie prawie do łez, bo jako urodzony miastowy reagowałbym dokładnie tak samo: „Jezzu! Wszyscy tutaj tak gadają?”. Zresztą niech ktoś na głos szybko przeczyta to co poniżej:

Spakujcie manele, nie marnujcie ani chwili,
tu Was szumnie ugoszczymy jak bliskich przocieli
byście moc radości i uciechy mieli.
Aspóń kapke se spoczniecie kole naszych gróni,
a hónym przijyżdżejcie, bo Was gdo przedgóni!


     Hehe, przyjemnie posłuchać rodowitego ślązaka, ale zrozumieć go i dogadać się z nim… Cóż, na pewno można połamać sobie język :). Tak więc oglądając film czułem się jak główny bohater… czyli jak miastowy cymbał :P Jednak Philippe z każdą kolejną minutą staje się z krwi i kości mieszkańcem Bergues. Uczy się języka, uprawia różne sporty i regularnie chadza na obiady z współpracownikami. A najlepsza jest rowerowa wycieczka, na której Philippe uczy Antoine odmawiać alkoholu w trakcie pracy – w tej scenie też mało się nie popłakałem. Facet po prostu czuje, że żyje a jego żona, na drugim końcu Francji podziwia go za poświęcenie i kibicuje mu, aby jakoś w tym ciemnogrodzie wytrzymał.
Jednak pewnego dnia idylla kończy się, bo Juliene stwierdza „byłam głupia, nie powinnam cie zostawiać” i postanawia przyjechać, aby w tych jakże trudnych dla męża chwilach wspierać go swoją obecnościa. To co mieszkańcy Bergues zgotowali biednej Julie to bomba całego filmu – popłakałem się ze śmiechu. I to jest w tym filmie najpiękniejsze – bez zbędnego koloryzowania, z humorem i lekkością film porusza kwestię stereotypów a także w bardzo luźny i romantyczny sposób kwestią oszukiwania się w związku, co zwieńcza całkiem niezłe zakończenie filmu.
     Warto wspomnieć o polskim tłumaczeniu, które ma w tym przypadku niemałe znaczenie. Na szczęście dialogi zostały opracowane z głową i pomimo dziwnych zaciągnięć, końcówek i innych fonetycznych zabiegów dialogi są śmieszne a polski lektor naprawdę daje radę. Nie polecam filmu z napisami, bo te, poprzez różne, niespotykane odmiany czyta się po prostu dłużej aniżeli zwykły tekst a akcja filmu nie czeka tylko pędzi dalej.
     No i ostatnia kwestia, którą chciałem poruszyć. Zabierając się za oglądanie obawiałem się, że „Jeszcze dalej niż Północ” będzie odnosić się bezpośrednio do kultury Francuzów, przez co humor mógłby być dla nas niezrozumiały. I owszem, film traktuje o ich kulturze i podczas oglądania można czasem wychwycić różne przytyki reżysera, które ewidentnie kierowane są do rodaków (co na swój sposób jest ciekawe i równie śmieszne), jednak ogólnie jest to historia zupełnie uniwersalna i spokojnie taki film mógłby powstać w Polsce. U nas też przecież są odległe tereny z małymi miejscowościami, w których mieszkają Polacy a z którymi nie idzie się po naszemu dogadać (choćby wspomniana gwara śląska).



     Reasumując, „Jeszcze dalej niż Północ” to film niezwykle ciepły, sympatyczny i (co w komedii jest dość istotne) z solidną dawką humoru. „Komedia wszech czasów” to jednak nie jest, ale ma w sobie to ‘coś’ co nie pozwala o sobie zapomnieć i jestem pewien, że w przeciągu najbliższego tygodnia do filmu na pewno powrócę. Polecam każdemu, bo poza tym, że film jest naprawdę dobry to na pewno jest to najlepsza jak dotąd francuska produkcją wydana w Polsce.

::::::::::::::::: MOJA OCENA: 8-/10 - BARDZO DOBRY :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu DVD
CENA: od 36zł
format obrazu: 2,35:1 anamorficzny 16:9
Dźwięk: Francuski DD 5.1 i DTS + napisy, polski lektor DD5.1
+ Jak powstawał film
Doskonały 25 minutowy dodatek, w którym reżyser opowiada o kulisach produkcji a także o miejscowości Bergues z której pochodzi. Dużo materiału z planu ukazujących pracę całej ekipy a także wesołe wpadki podczas kręcenia poszczególnych scen. Materiał nakręcony w przyjemnym melancholijnym tonie tak więc trzeba obejrzeć go zaraz po filmie. Dodatek z polskim lektorem.

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+




#13 Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

8 lutego 2009

Madagaskar 2 (2008 - kino)

7 [dodaj komentarz]

"Jak na takie ciało, jeden raz to za mało!"
     Zwariowany, nieprzewidywalny, oryginalny, pełen wybornego humoru z doskonałymi postaciami pierwszo i drugo planowymi. Taki był Madagaskar – animacja numer 1. Po niespełna 4 latach oczekiwania w końcu doczekaliśmy się kontynuacji. Czy Madagaskar 2 jest tak dobry jak część pierwsza?

"Linie lotnicze PINGWIN polecają się na przyszłość"
     Bohaterowie nowojorskiego ZOO powracają! Lew Alex z przyjaciółmi, paczka Pingwinów i małpy postanawiają wrócić do ZOO w Central Parku. W tym celu szalone Pingiwiny z wojskową precyzją naprawiają stary i zdezelowany samolot ‘człowieków’, montują go na gigantycznej procy tym samym uruchamiając linie lotnicze „Pingwin”. Wraz ze zwierzakami w podróż wybiera się osobiście samozwańczy król Julian i jego podwładny, Moris. Cała ekipa pakuje się do samolotu, który cudem wzbija się w powietrze. Po jakimś czasie z intercomu słychać komunikat od pingwinów: „Uwaga! Będzie mówił kapitan, czyli ja. Mam dobra i złą wiadomość. Dobra jest taka, że zaraz lądujemy. A zła... że awaryjnie”. Samolot rozbija się na bezkresnych, dzikich równinach Afryki..



"Chodźmy prędko, zanim dotrze do nas, że to nie ma sensu"
     Przyznam, że czekałem na ten film. Wiązałem z nim duże nadzieje, bo po flagowych produkcjach roku 2008, czyli „Kung Fu Panda” i „Wall.E” czułem wielki niedosyt. Madagaskar 2 miał mnie ponownie zachwycić i po raz kolejny udowodnić, że można zrobić mądrą, pełną humoru bajkę dla młodszych i starszych. Czy druga część „dała radę”? Cóż, Madagaskar 2 nie jest zły, ale niestety w dużym stopniu jest typowym przykładem kontynuacji, która nie dorasta do pięt części pierwszej.
Przede wszystkim rozczarowała mnie fabuła, która w pierwszej części była oryginalna a co za tym idzie nieprzewidywalna (co ciekawe, nie zawierała w sobie żadnego złego bohatera a tym samym nie mówiła o oklepanej walce dobra ze złem). Bohaterowie i zdarzenia składające się na ów fabułę nadawały filmowi tempo, dynamikę i przede wszystkim humor od pierwszej do ostatniej minuty. Natomiast Madagaskar 2 przynosi zupełnie niepotrzebne zmiany/nowości, bowiem z szalonej, dynamicznej komedii zrobiła się ckliwa, wzruszająca i moralistyczna bajka. Nie rozumiem, dlaczego zrezygnowano z odjazdowej i jedynej w swojej rodzaju konwencji przyjętej w Madagaskarze a w kontynuacji przyjęto tą, która występuje w każdej innej bajce.. Prym wiodą wątki, w których trzeba się wzruszyć, otrzeć łezkę, posmutnieć a np. odjazdowy wątek podrywania Moto Moto kończy się szybciej niż zaczyna.. Szkoda gadać, myślałem że będzie z tego niezły cyrk.

"Moris, oni mnie uwielbiają!"
     Zaraz po fabule zawodzą główni bohaterowie, którzy są kompletnie nie śmieszni. Zwłaszcza Lew Alex, który jest nudny, zupełnie bezbarwny i pozbawiony dobrych tekstów (w przeca w pierwszej części był gwiazdą!). Zebra Marty to samo. Trochę lepiej jest z Glorią która kręci z Moto Moto (choć jak już wspomniałem później ten wątek też zawodzi) a na tle całej paczki najlepiej wypada pogięty Melman który w tej części ponownie zamierza umrzeć :P Pozostają jeszcze postacie drugo planowe która dzielą się na dwie grupy: nowi i starzy. Ci nowi, czyli rodzinka Alexa, Moto Moto, czy zły i schematyczny do granic możliwości Makunga po prostu są. I ot w sumie tyle. No dobra, pojawiają się jeszcze ludzie z nieobliczalną staruszką na czele, ale ten wątek jest wg mnie co najmniej kontrowersyjny. Walka na pięści, w której Alex okłada staruszkę po głowie (chociaż i tak przegrywa) czy pingwiny które kradną samochód, potem czołowo uderzają nim w biedną babcie i same siebie pytają: „zabiliśmy ją?”, „chyba nie” i ponownie rozjeżdżają ją samochodem pozwolę sobie pominąć wymownym milczeniem.. Starzy drugoplanowcy to przede wszystkim samozwańczy król Julian, Pingiwny i małpy (kolejność nie przypadkowa). I to jest najmocniejszy, ocierający się o geniusz atut całego filmu. Słuchając ich tekstów, oglądając ich wyczyny czułem ducha pierwszej części Madagaskaru! Kapitalne teksty, śmiech do łez – po prostu jeden wielki, odjazdowy wypas :) Aż było żal, kiedy na ekran powracali główni bohaterowie ze swoimi problemami i znów trzeba było czekać kolejne minuty by zobaczyć gagi w wykonaniu Juliana. W sumie w tej części drugoplanowcy mieli znaczenie więcej do powiedzenia ale i tak szkoda, że ich wątków było tak mało.

"Ty dupogryzie!"
     Przy opisywaniu pierwszej części wspominałem doskonały, polski dubbing. W Madagaskar 2 już tak nie powala. Prawdopodobnie jest to wynikiem tego, że ogólnie druga część jest słabsza i główni bohaterowie nie śmieszą, więc siłą rzeczy dubbing filmu nie jest w stanie go uratować. Chociaż król Julian czyli Jarosław Boberek to absolutne mistrzostwo. Jego głos, akcent (scena, w której Julian mówi o kobietach) nie mają sobie równych i jest to chyba najlepszy podkład w historii polskiego dubbingu. Rewelacja.

"W sytuacji przymusowego wodowania najpierw zakładamy kamizelkę a potem mamy prze...ane"
     O technicznej stronie nie będę się rozpisywał, bo każda nowa animacja jest niezwykle dopieszczona i ładna. Warto tylko wspomnieć, że dalej jest to mocno przerysowana kreskówka aczkolwiek typowych, kreskówkowych gagów jest znacznie mniej aniżeli w części pierwszej. Podobnie jest z muzyką, która jest równie dobra, ale i tutaj są braki, bowiem przede wszystkim brakuje piosenki przewodniej. Odświeżono nieznacznie „Wyginam śmiało ciało” i ot tyle.



"Nie patrz laleczko! Finał może być mroczny"
     Madagaskar 2 jest jak Shrek 2 czy Epoka Lodowcowa 2. Fajne, ładne, można się pośmiać, ale to nie to samo, co część pierwsza. Film zawodzi przewidywalną, schematyczną fabułą a także głównymi bohaterami, którzy ogólnie są nijacy a ich gagi naciągane i nie śmieszne. Z drugiej strony nie brakuje świetnych postaci drugoplanowych i ich doskonałych tekstów ratujących cały film. Z kina wyszedłem rozczarowany, ale nie zmienia to faktu, że od czasów pierwszej części Madagaskaru większego ubawu nie miałem. W porównaniu do części pierwszej ocena 6/10. W porównaniu do konkurencji (np. Kung Fu Panda):

::::::::::::::::: MOJA OCENA: 7/10 - DOBRY :::::::::::::::::




#10 Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.