Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojenny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojenny. Pokaż wszystkie posty

23 listopada 2010

Green Zone (2010 - Blu-Ray)

1 [dodaj komentarz]

     Chyba wszyscy pamiętają najazd Stanów Zjednoczonych na Irak i późniejsze przekonywania “oni mają broń masowego rażenia, my ją znajdziemy i odbierzemy”. Prawie codziennie telewizja serwowała relacje z działań amerykańskich żołnierzy. W całej tej krwawej szopce było wszystko (od dramatu, przez bohaterstwo po zwykłą propagandę), nie było tylko rzeczonej broni. Greengrass w swoim filmie nawiązuje do tych wydarzeń i stara się pokazać walkę żołnierzy w obliczu politycznych celów, które, jak nietrudno się domyśleć, nie zawsze są ukierunkowane na prawdę. Akcja ma miejsce w Bagdadzie w 2003 roku, oddział inspektorów wojskowych pod dowództwem starszego chorążego Roy’a Millera (Matt Damon) przeczesuje tereny Bagdadu w poszukiwaniu broni. Przemieszczając się z jednego zabezpieczonego minami miejsca – pułapki na drugie, żołnierze w trakcie poszukiwania śmiertelnych odczynników chemicznych natykają się na zawiłe próby zatajenia prawdy, które zmieniają cel ich misji.



     Jest dobrze, ale mogło być znacznie lepiej. Green Zone to całkiem niezła próba ukazania kulis współczesnego konfliktu wojennego, ale nie na tyle aby skłaniać do jakiejkolwiek dyskusji. To chyba największy fabularny mankament - film nie zdradza niczego nowego, nie jest w żaden sposób kontrowersyjny/szokujący, po prostu luźno nawiązuje do wydarzeń sprzed lat. Zarówno cała otoczka polityczna, jak i śledztwo Millera nie budzi większych emocji bo nie dość, że fabuła sprawia wrażenie “to już gdzieś było” to jeszcze zbyt duże uproszczenie całej intrygi nie pozwala uwierzyć w wersje Greengrassa. Przyznam, że spodziewałem się trochę więcej realizmu, w końcu temat już z założenia kontrowersyjny i ciągle na czasie. Tymczasem film Greengrassa okazał się produkcją zaledwie ciekawą i do tego dość mocno cierpiącą na przewidywalność. Nie wiem dlaczego, ale spodziewałem się czegoś choć trochę przypominającego Hurt Locker. Greengrass poszedł jednak w zupełnie inną stronę (co w sumie było do przewidzenia) przez co Green Zone to w 95% zwykłe kino akcji z elementami thrillera. Można powiedzieć, że tak jak w Hurt Locker było kilka naciąganych momentów, tak w filmie Greengrassa jest kilka momentów na poważnie.
     Za to na pewno ów produkcja nie cierpi na brak akcji. Jest jej pod dostatkiem, jest świetnie zmontowana i ogólnie daje sporo radochy. Fani stylu Bourne'a, czyli lekkiego trzęsienia ziemi kemerą będą zadowoleni. Aczkolwiek, jeżeli już jestem przy tym co w filmie widać, mam małe “ale” odnośnie wiarygodności. Przede wszystkim od początku seansu miałem wrażenie, że ten filmowy Irak niewiele ma wspólnego z tym realnym. W Hurt Locker (nie wiem dlaczego tak się uczepiłem tego filmu :) ) Irak był drugoplanowym bohaterem, przytłaczał swoją architekturą, mentalnością mieszkańców, kulturą. W Green Zone wszystko co można podciągnąć pod scenografie krajobrazową sprawia wrażenie udawanego. Zresztą, po obejrzeniu dodatków, wyszło szydło z worka - w filmie nie ma ani jednego ujęcia, nawet około irackiego, bo film został nakręcony w Hiszpanii i Maroku (a najcharakterystyczniejsze miejsca to zwyczajny komputer). Inną kwestią jest Matt Damon. Lubię go, ale obsadzenie go w tej roli chyba nie było najlepszym pomysłem. Facet stara się ile może, ale po pierwsze, trudno uniknąć porównań do Bourne'a, a po drugie, jest zbyt charakterystyczny. O wiele lepiej sprawdziłby się manewr wykorzystany w Hurt Locker - gwiazdy na drugi plan. Poza tym to ciągłe “bravo, na pozycji”, “bravo, kieruję się na pozycje”, “bravo, ruszamy”, szkoda tylko, że nie wiadomo kto dowodzi, skąd w ogóle wiadomo kto i gdzie ma się pojawić. 



     Green Zone plasuje się gdzieś pomiędzy Hurt Locker i Helikopterem w ogniu. Z jednej strony nie angażuje widza w fabułę tak jak ten pierwszy, nie rzuca na kolana widowiskiem tak jak ten drugi, ale z drugiej strony jest to film na tyle ciekawy, i na tyle dobrze nakręcony, że można go spokojnie obejrzeć. Ale nie na Bluray (o czym poniżej)

::::::::::::::::: 6/10 :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu Blu-Ray
CENA: 119,90zł
format obrazu: 2.40:1, 1080p
dźwięk: DTS-HD 5.1 + DTS 5.1 z lektorem
Wszystkie dodatki z polskimi napisami

Decydując się na własną kolekcję filmów, trzeba uważać co się kupuje i za ile. Szczególnie teraz, gdy nowości na bluray kosztują ok. 120zł, a potem w reedycjach są po niespełna 50zł (ostatnio kupiłem bluray Nieustraszonych Braci Grimm za, uwaga, 29zł). Najlepszą więc metodą jest… przeczekać pierwszy bum cenowy. Potem warto zapoznać się z opiniami o danym wydaniu, bo czasami na rynku pojawiają się rodzynki bez tłumaczenia, dodatków, w marnej jakości. Staram się trzymać tej zasady i wyczekiwać promocji, ale czasami wiem lepiej i kupuje trochę w ciemno, trochę z przekonaniem “takie filmy lubię, będzie dobrze” przez co niepotrzebnie tracę kasę. 119zł, tyle dałem za BluRay Green Zone i jestem wściekły. Nie sadziłem, że film w HD może być gorszej jakości od DVD (takie mam wrażenie). Dźwięk jest ok. (tylko ok.!), za to jakość obrazu fatalna. Przede wszystkim w ogóle nie ma tej ostrości, którą widać na pierwszy rzut oka przy filmach w tej technologii. Green Zone zalicza się do filmów widowiskowych, do filmów stworzonych pod HD, tymczasem obraz bardzo często śnieży, szczególnie w ujęciach nocnych w których ziarno jest tak duże, że na ekranie niewiele widać. Paul Greengrass, reżyser filmu, ma na swoim koncie sporo filmów dokumentalnych oraz tych stylizowanych na dokumenty i być może marną jakością chciał podciągnąć realizm. Niestety, wg mnie odniosło to zupełnie odwrotny skutek - obraz drażni nienaturalnym brakiem wyrazistości. Już pomijam fakt, że wszystkie dodatki są w perfekcyjnej jakości.. Zwróciłbym film jeszcze tego samego dnia, ale niestety jeszcze przy kasie ynteligentnie wychrzaniłem paragon. Masakra..

+ Sceny usunięte z komentarzem twórców
Nie są to jakieś tam migawki, tylko kilka naprawdę długich i ciekawych sekwencji (włącznie z tymi bardziej widowiskowymi).
+ Matt Damon: Gotowy do akcji HD
Czyli słów kilka o tym, jaki to zaszczyt był dla prawdziwych żołnierzy grać u boku Matta Damona, a jakim wyzwaniem dla Matta było rozkazywanie weteranom wojny. Mocno patetyczny materiał, z którego wynika, że Damon to naprawdę spoko gość. Dla zajawek z planu i zdjęć Maroka warto zobaczyć.
+ Wewnątrz Zielonej Strefy HD
Tym razem kilka słów o tym, jaki to zaszczyt grać w filmie Greengrassa. Masa ciekawego materiału z planu, a także, niestety sporo słodzenia reżyserowi.
+ Prawdziwy Miller HD
O fabularnym tle opowieści. Sporo wywiadów z żołnierzami, ale przede wszystkim z prawdziwym Millerem, który dowodził oddziałem podczas poszukiwań broni masowego rażeni, a w filmie pełnił rolę konsultanta.
+ Rekonstrukcja Bagdadu HD
Najkrótszy, ale za to najlepszy ze wszystkich dodatek o Maroku. Sporo zdjęć z planu pokazujących przygotowywanie scenografii, a także kilka ujęć z kręcenie najbardziej widowiskowych scen.

23 lutego 2010

Hurt Locker. W pułapce wojny (2008 - dvd)

6 [dodaj komentarz]

     Po film „W pułapce wojny” w reż. Kataryn Bigelow sięgnąłem ze względu na mnogość przeróżnych, często skrajnych opinii, jakich naczytałem się na forach filmowych. Poza tym, dawno już nie widziałem filmu stricte o zmaganiach wojennych, zwłaszcza tych współczesnych, więc była to dobra okazja, aby nadrobić zaległości.



     „W pułapce wojny” opowiada o elitarnej jednostce saperów wykonujących misje w Iraku. Przez niespełna dwie godziny jesteśmy świadkami żmudnej i niebezpiecznej pracy trzy osobowego oddziału, który dzień w dzień wyrusza z zadaniem rozbrojenia, zdetonowania lub zbadania miejsca wybuchu/zamachu. Nie ma żadnej intrygi skupiającej się na np. konkretnym zamachowcu czy śledztwie, nie ma zatem typowego formatu filmu wojennego czyli misji, podczas której ktoś bohatersko zginie, ktoś inny wygłosi patetyczne przemówienie, a wszystko to zwieńczy widowiskowe kaboom. Przyznam, że taki zabieg dał całkiem ciekawe efekty – trudno przewidzieć, co za chwilę się wydarzy to raz, a dwa, maksymalnie skupiamy się na tym, co w danej chwili dzieję się na ekranie. A niewiele się dzieje, jeśli patrzeć przez pryzmat akcji i efektów specjalnych. „W pułapce wojny” do złudzenia przypomina film dokumentalny – przegadany, z surowymi zdjęciami z ręki, chaotycznym ‘przypadkowym’ montażem, ze śladową ilością efektów specjalnych i muzyką ograniczoną do niezbędnego minimum. Jeżeli ktoś spodziewa się po filmie Biegelow drugiego „Helikoptera w ogniu” to może sobie od razu darować. Co zatem dzieje się na ekranie?
     Z reguły w filmach wojennych żołnierze definiowani są przez wyjątkowość, bohaterstwo, poświęcenie, honor, głęboki patriotyzm i wszystko inne, co podniosłe i „chwytające za serce”. Na szczęście Bigelow na każdym kroku unika tego typu schematów. Jej film to obraz zwyczajnych ludzi, którzy dobrowolnie zdecydowali się na zawód pt. zawodowy żołnierz, a nie rycerz w lśniącej zbroi. Bo co to znaczy być zawodowym żołnierzem? To monotonia w postaci codziennej, ciągłej: adrenaliny, strachu, presji, spięcia, odpowiedzialności za innych, skupienia, podejmowania szybkich decyzji w krytycznych momentach, planowania, walki samym z sobą i w końcu patrzenia śmierci w oczy. Przez cały film to się właśnie dzieje – przygniatająca, żołnierska rutyna. Muszę przyznać, że Bigelow udało się ją uchwycić, choć nie bez pewnych zgrzytów, czego przykładem może być nocna eskapada za zamachowcem, lub postać sympatycznego doktorka. Rozumiem, że potrzebny był kontrast „walki w teorii” z „walką w praktyce”, ale litości, mało nie oplułem telewizora jak zobaczyłem, co ten człowiek wyprawia. Może o to właśnie chodziło Bigelow, aby jeszcze bardziej uwydatnić oblicze czynnego udziału w konflikcie, jednak zupełnie mnie to nie przekonało. Nawet ćwierćinteligent wie, że przysłowiowego palca do ognia nienależny wkładać. Natomiast inną sprawą jest cała otoczka, w jakiej muszą pracować żołnierze. Irak to taki cichy bohater w tej całej rutynie. Słońce, upał, piasek, wiatr. Słońce, upał, zasyfione miasta, wiatr. I tak w kółko. Za mianownik robią mieszkańcy – kobiety, dzieci, mężczyźni, wszyscy w chustach na twarzach, z trudną do ogarnięcia mentalnością. Po dwóch godzinach „siedzenia w tym świecie” końcówka filmu w markecie jest wręcz kosmiczna.. Duży plus.
     „W pułapce wojny” to w końcu film o konsekwencjach, jakie niesie ze sobą wojna, jednak w tej kwestii Bigelow nie odkrywa niczego nowego. Mamy, bowiem do czynienia z przewartościowaniem, tęsknotą za normalnym życiem, oraz niemożliwością odnalezienia się w skórze normalnego obywatela. To już było, i to nie raz, ale muszę przyznać, że Bigelow w końcówce filmu kapitalnie spuentowała wszystkie poruszone wątki. Za to nie plus, a punkt więcej w ostatecznej ocenie.
Na ekranie poza błyszczącym Jeremym Renner w roli sierżanta sztabowego Williama Jamesa, zobaczymy kilka bardziej znanych nazwisko jak np. Ralph Fiennes, David Morse, Guy Pearce, Evangeline Lilly. Wzorem „Cienkiej czerwonej lini” są to postacie drugoplanowe, które pojawiają się na ekranie w jednej scenie tylko po to, aby na okładce dvd/plakacie można było wypisać znane nazwiska.. :)
     Niestety, „W pułapce wojny” ma swoje momenty, w których pytałem się sam siebie, „co on robi?”, „po co on to robi?”, „jaki w tym sens?”. Oczywiście nigdy nie byłem w wojsku, mój wojenny skill ogranicza się do siekania po nocach w multi Call of Duty (za co na filmwebie zostałbym pewnie zlinczowany :)), ale tak na zdrowy rozum: czy wyciąganie z ziemi 6-7 ciężkich bomb ciągnąc je za kabelki nie wydaje się być co najmniej dziwne? Mógłbym jeszcze wypunktować otwierającą film scenę, która była strasznie naciągana, czy np. pojedynek snajperów, w którym widać, że starano się uchwycić realizm, ale i tak wyszło z tego lekkie „śmiechu warte”. Ogólnie wpadki nie mają jakiegoś większego znaczenia (choć można było spokojnie ich uniknąć), poza tym warto zaznaczyć, że jest też kilka momentów zapierających dech w piersiach (np. rozbrajanie ostatniej bomby).



     „W pułapce wojny” to film dobry i warto go zobaczyć. Może nie powala, może nie jest jakoś specjalnie odkrywczy, ma kilka niedociągnięć, ale w dość ciekawy sposób pokazuje, na czym polega praca żołnierza biorącego udział w czynnym konflikcie. W naszym kraju premiera dvd miała miejsce razem z premierą telewizyjną, więc jeżeli komuś szkoda kasy to warto przyczaić się na powtórki w Canal+. Polecam, jeden z ciekawszych filmów wojennych.

::::::::::::::::: 7+/10 :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu DVD
CENA: 39.90
Format obrazu: 16:9
Dźwięk: DD 5.1 lektor DD 5.1 + napisy PL
Wszystkie dodatki z polskimi napisami.
- Z planu
15 minutowy film dokumentalny. Wywiad z reżyserką oraz scenarzystą, który przyznał, że spędził z żołnierzami kilka tygodni, aby lepiej poznać ich pracę. Poza tym kilka słów od operatora kamery i aktorów. Ci drugoplanowi mają oczywiście więcej do powiedzenia niż ci główni (Guy Pearce swoją skromnością przeszedł sam siebie). Sporo materiału z planu filmu.|
- Wywiady z aktorami
Dodatek trochę na siłę. Są to wypowiedzi aktorów wycięte z dodatku powyżej…
- zwiastuny filmów

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

8 stycznia 2010

Pokuta (2007 - dvd)

8 [dodaj komentarz]

     Film jest adaptacją powieści Iana McEwana. Akcja rozpoczyna się w 1935 roku w Anglii. 13 letnia Briony Tallis (Saoirse Ronan) poza pisaniem swojej pierwszej sztuki, zabawia się w szpiegowanie syna służącej, Robbie'go Turnera (James McAvoy), w którym swego czasu (mając 11 lat) podkochiwała się. Pewnego kolorowego dnia Briony doświadcza istnej kumulacji dwuznacznych scen z udziałem Robbie'go i jej starszej siostry Cecili Tallis (Keira Knightley). Młodzi kochankowie oddając się miłosnej chemii oraz zbliżeniom doustnym (i nie tylko) nieświadomie dają pożywkę dla wybujałej wyobraźni Briony, która nie do końca kuma „co i jak w tych sprawach”. Żeby tego było mało pod koniec dnia, późnym wieczorem Briony jest świadkiem gwałtu swojej kuzynki Loli. Nie jest pewna, kim był mężczyzna, ale nie przeszkadza jej to, aby z godną podziwu pewnością wskazać Robbie'go, jako sprawcę. Ten zostaje zamknięty w więzieniu, a kilka lat później wysłany na wojnę do Francji. Miłość Robbie'go i Cecili staje się wspomnieniem i marzeniem jednocześnie, a dojrzalsza Briony, świadoma już swojego toku myślenia, w końcu zdaje sobie sprawę z tego, co zrobiła. Po latach postanawia wszystko wyjaśnić, ale czy to cokolwiek zmieni?



     Niespełna 3 lata temu wśród widzów i krytyków zawrzało. Sukces „Pokuty” w reżyserii Joe Wright’a zaowocował licznymi nagrodami, w tym Złotym Globem, nagrodą BAFTA dla najlepszego filmu oraz Oscarem w kategorii ‘najlepsza muzyka’ (film był nominowany w 6 w innych kategoriach, w tym za najlepszy film). Kilka dni temu udało mi się zdobyć „Pokutę” na dvd, jednak już za samo oglądanie wziąłem się bez specjalnego entuzjazmu – nie znoszę Keiry Knightley, nie lubię Jamesa McAvoy, a romanse (nawet te ambitniejsze) to zdecydowanie nie moja bajka. Jeśli dodać do tego dvd, które zostało wydane w serii VIVA „Wielkie namiętności”, a na okładce jest napisane „Zrealizowana z rozmachem, urzekająca opowieść o miłości jedynej, największej, niespełnionej” to chyba sami rozumiecie, że takiemu wyjadaczowi popcornu jak ja, automatycznie odechciewa się oglądania :). Poza tym miłość w kontekście wojny widzieliśmy nie raz i nie dwa.
     Na szczęście „Pokuta” nie jest typowym ‘romansidłem’, jakiego się obawiałem. Wątek miłosny jest raczej skromny i próżno doszukiwać się w nim jakiejś specjalnej magii czy ckliwego wyciskacza łez (albo ja jestem taki 'gruboskórny'). Ani Robbie Turner, ani Cecilia Tallis nie są do końca postaciami pierwszoplanowymi. Ich związek dominuje tylko na początku filmu, później pałeczkę ‘wodzireja’ przejmuje Briony – to jej postać jest obrazem ludzkiego sumienia, czyli konsekwencji głupich błędów życiowych i niemożliwości ich późniejszego odkupienia. Wina, kara i przebaczenie? Nie zawsze jest to taki proste, nawet po latach. Poza tym spora część filmu dzieje się podczas II Wojny Światowej we Francji i trzeba przyznać, że jako wojenny dramat „Pokuta” również daje radę. Oczywiście w filmie nie ma tak monumentalnych i sugestywnych scen ala „Szeregowiec Ryan” (choć warto wspomnieć o trwającym ponad 5 minut JEDNYM UJĘCIU plaży wypełnionej setkami tysięcy żołnierzy, które robi naprawdę duże wrażenie), za to jest obraz wojennego chaosu, który daje niewielkie wyobrażenie na to, ilu żołnierzy mogło zginąć (i zginęło) nie w bohaterskiej walce, a w nieludzkich warunkach z wycieńczenia lub w ciężkiej chorobie. Żadna to oczywiście nowość, ale filmów ukazujących wojnę od tej drugiej, mniej widowiskowej strony nie powstało wiele.
     „Pokuta” została podzielona na 3 rozdziały i obejmuje okres kilkudziesięciu lat. Pierwszy, przedwojenny rozdział to przede wszystkim pokaz aktorskich możliwości utalentowanej Saoirse Ronan, która zagrała 13 letnią Briony (nominowana za tą rolę do Oscara). Wg mnie to druga po Dakocie Fanning („Sam”, „Człowiek w ogniu”, „Wojna Światów”) małolata, która swoją naturalnością biję na głowę nie jedną, doświadczoną aktorkę (nawiasem mówiąc zobaczycie, że Dakota wkrótce podbije Hollywood). Drugi, wojenny rozdział należy do Jamesa McAvoy, którego dalej nie lubię, choć chylę czoła przed jego aktorskimi dokonaniami – stworzył postać wyrazistą, charyzmatyczną, przy czym niedominującą nad innymi. Natomiast Keira Knightley wypadła totalnie bezbarwnie..
     Pod względem technicznym trudno do czegokolwiek się przyczepić. Pierwsze minuty to bajeczne, senne krajobrazy nasycone lekką poświatą i żywymi kolorami. Zdjęcia są naprawdę ładne, plenery zachwycają swoim zielonym bogactwem, a posiadłość rodziny Tallis miażdży wielkością i arystokratycznym przepychem. Natomiast wojna została ukazana realistycznie, a miejscami nawet realistycznie i do tego widowiskowo (moment wejścia na plażę). Całości przygrywa bardzo klimatyczna, z niepokojącym motywem głównym (do posłuchania w zwiastunie) muzyka Dario Marianelli, która została nagrodzona Oscarem.



     „Pokutę” ogląda się bardzo przyjemnie. Jest to film estetycznie dopracowany, fabularnie więcej niż przeciętny, ale szału, jako takiego nie ma. Dopiero ostatni, najkrótszy (powojenny) rozdział nadaje wydźwięk i charakter całemu obrazowi, bowiem zakończenie tej, w gruncie rzeczy prostej opowieści jest równie zaskakujące, co i wzruszające. Zwłaszcza dla widza, który nie zna oryginału literackiego! Przyznam, że serce podeszło do gardła, wstrzymałem oddech, po prostu ‘zamurowało’ mnie. Po filmie mam bardzo pozytywne odczucia. Polecam.

::::::::::::::::: 8-/10 :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu DVD
CENA: od 19,99
Format obrazu: 16:9
Dźwięk: DD 5.1 lektor DD 5.1 + napisy PL
Wszystkie dodatki z polskimi napisam
+ Komentarz reżysera Joe Wrighta
+ Jak powstawał film
Tradycyjny dodatek, w którym każdy z ekipy ma swoje 5 minut na kilka słów o filmie i 10 minut na zachwyty panem reżyserem. Natomiast sam reżyser to strasznie samokrytyczny jegomość.
+ Sceny usnięte
+ Zwiastun: Elizabeth – Złoty Wiek

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

20 września 2009

Bękarty Wojny (2009 - kino)

11 [dodaj komentarz]

     Gdyby Tarantino nakręcił prawdziwy badziew, taki z fatalnym scenariuszem, beznadziejnym aktorstwem i bez tych wszystkich genialnych dialogów, przynajmniej byłoby jakieś zaskoczenie… (choć z drugiej strony, znając życie, okazałoby się, że twórca Pulp Fiction nakręcił kolejne małe arcydzieło, tym razem własną parodię :) ). Ale, co nie powinno nikogo dziwić, zaskoczenia nie ma. Najnowszy film Quentina Tarantino „Bękarty Wojny” podbił już kina na całym świecie. Krytycy łaskawie z uznaniem kiwają głową, fani szaleją z zachwytu i ogólnie rzecz ujmując, gdziekolwiek człowiek się nie obejrzy, wszędzie mowa o Bękartach Wojny. W istocie, jest o czym dyskutować i nad czym się zachwycać, bowiem Tarantino ponownie nakręcił film we własnym, nie do podrobienia stylu.
     Bękarty Wojny to kolejny film w którym Tarantino nieskrępowanie bawi się kinem. Mamy sporą ilość wyrazistych i ciekawych bohaterów, mamy genialnie opracowane dialogi, no i oczywiście to co fani Tarantino cenią w nim najbardziej – środkowy paluch skierowany w prawidłowości, schematy i poprawność polityczną obecnego kina. Nawiązując do masy kinowych klasyków, serwując gatunkowy misz-masz i jak zwykle przygrywając charakterystycznym podkładem muzycznym wodzi widza za nos, manipuluje, i jak trzeba to albo wprawia w osłupienie albo robi go w balona. Nie moralizuje choć skłania do refleksji, nie opowiada na poważnie, ale w gruncie rzeczy całkiem na serio. Krótko mówiąc, 100% rozrywki wg Quentina Tarantino.


(UWAGA: będą spoilery)


     Akcja filmu została osadzona w czasach II Wojny Światowej, a tytułowe Bękarty to m.in. oddział amerykańskich żołnierzy pochodzenia żydowskiego. Pod przywództwem Aldo Raine (Brat Pitt) ów oddział przedostaje się na teren wroga (Niemcy) i rozpoczyna krwawą zemstę na nazistach. Kto się nawinie temu skalp z głowy zginie. Jednak niech Was ten krótki opis fabuły nie zmyli, bowiem Bękarty nie są dwugodzinną rzezią, a całkiem realistycznym obrazem wojennych charakterów (choć trzeba pamiętać, że to dalej jest rozrywka i zbyt poważnie filmu odbierać nie można). Sam tytuł filmu nie odnosi się tylko i wyłącznie do amerykańskiego oddziału, a do wszystkich stron wojny, bowiem każdy jest tu bękartem, niezależnie od tego pod jaką banderą wykonuje rozkazy. Tarantino przedstawia swoje postacie jako bardzo inteligentne, przebiegłe, odważne i brutalne, ale (co ważne) nie gloryfikuje żadnej ze stron. To, kto jest dobry a kto zły, można sobie ewentualnie wydedukować z kontekstu historycznego, ale nie z samego filmu (a przynajmniej nie jest to tak jednoznacznie ujęte), który przede wszystkim skupia się na bohaterach w otoczce alternatywnych wydarzeń. Tu warto zaznaczyć, ze Bękarty Wojny niewiele mają wspólnego z historycznymi wydarzeniami (szkoda dla historii), ale dzięki temu Tarantino nie był w żaden sposób skrępowany i mógł puścić wodze fantazji (co też uczynił nie żałując sobie ani trochę).
     Dialogi są baaarrzooo rozwlekłe, ale nie zapominajmy - są to dialogi od Mistrza. Tarantino zwykłą rozmową potrafi wzbudzić emocje niczym z horroru (na ekranie nic się nie dzieje) by za chwilę zupełnie oszołomić widza nagłym zwrotem akcji (a na ekranie dalej nic się nie dzieje!). Przez cały seans jesteśmy świadkami (a w zasadzie i uczestnikami) swego rodzaju zabawy w kotka i myszkę. Już w pierwszym przegadanym akcie podświadomie podejrzewałem rozwój sytuacji - ten Niemiec zaraz kopnie w kalendarz. I choć scena przeciągała się i nic nie wskazywało na to, że coś może mu się stać to dalej byłem pewien, że zaraz dojdzie do masakry i szkop zobaczy nieba bramy. Rozwój całej rozmowy przebiegł jednak zupełnie innym, zaskakującym torem, bo Hans Landa, czyli ww. Niemiec-przyjemniaczek okazał się (wbrew pozorom) cholernie inteligentnym i bezwzględnym profesjonalistą w swoim morderczym fachu. Finał pierwszego aktu od razu sprowadził moją szczękę do ziemi, a to przecież początek filmu! Warto pamiętać, że w filmach Tarantino nigdy nie wiadomo kto zginie albo kto jest zdrajcą. Żadne nazwisko, nawet największej gwiazdy Hollywoodu nie jest gwarancją na to, że jego bohater nie straci zaraz głowy. Tarantino garściami wykorzystuje utrwalone przez nas schematy i nie raz bezczelnie wyprowadza widza w pole…
     Bękarty Wojny to pierwszy film w którym tak długie i przegadane sceny tak mocno chwyciły mnie za gardło. Np. rozmowa w knajpie - ten właśnie akt, zupełnie nieprzewidywalny, zaskakujący nawet po kulminacyjnym rozwoju akcji to prawdziwe arcydzieło. Na ekranie w zasadzie nic się nie dzieje, bohaterowie kontynuują przydługą już rozmowę, kamera powoli dryfuje pomiędzy postaciami serwując spokojne ujęcia, nie ma żadnej muzyki (tylko gdzieś w drugim planie słychać odgłosy bawiącego się towarzystwa), a ja siedziałem jak na szpilkach i czułem się tak jakby ktoś dożylnie wstrzyknął mi adrenalinę. Do tej pory nie mogę wyjść z podziwu jak przy minimalnych środkach Tarantino sprawnie i lekko operuje rozwojem sytuacji, jak umiejętnie podkręca do granic możliwości napięcie.
     Film pierwsza klasa, ogląda się go z zapartym tchem, choć przyznam, że po obejrzeniu miałem wrażenie malutkiego niedosytu. Nie wiem dlaczego, ale odniosłem wrażenie, że nie wszystko zobaczyliśmy, że film został pocięty i jego spora część nie znalazła się w finalnej wersji. Być może, co przecież jest zrozumiałe, jestem zwyczajnie zachłanny i chce więcej i więcej (taka cicha nadzieja na wersje reżyserską). Poza tym, rozczarował mnie trochę soundtrack, który zwykle był jedną z charakterystycznych cech filmów QT. W Bękartach oczywiście nie zabraknie dobrej muzyki, ale było jej zdecydowanie za mało… Kolejna rzecz, za mało Bękartów w Bękartach. Chodzi mi o amerykański oddział, który pojawia się na ekranie nie za często a przyznam, że to właśnie na ich obecność liczyłem najbardziej (szczerze mówiąc, myślałem że film będzie się skupiać przede wszystkim na nich, ale jak się okazało, Bękartem jest każdy). No i zabrakło mi samego Quentina Tarantino :) (chociaż chodzą pogłoski, że zagrał martwego, skalpowanego żołnierza..)
     To jednak, jakby nie patrzeć, czepianie się na siłę. Bękarty Wojny błyszczą inteligentnym scenariuszem, kapitalnymi dialogami i adekwatnym do tego wszystkiego aktorstwem. O Christoph’ie Waltz’ie powiedziano już chyba wszystko i nie pozostaje mi nic innego jak „ręcami i nogami” podpisać pod każdym zachwytem. To co ów aktor wyczynia na ekranie jest nieprawdopodobne. Brat Pitt pojawia się na ekranie niestety dość rzadko, ale i tak jak zwykle trzyma poziom. Na uwagę zasługuje natomiast Mélanie Laurent jako Shoshanna i w gruncie rzeczy cała reszta bardzo dobrze dobranej obsady. No, może poza lekko drętwym Eli Rothem – nie mam pojęcia dlaczego Quentin zachwyca się jego filmami i jeszcze obsadza go w swoich.



     Nie ulega wątpliwości, że Bękarty Wojny to film miażdżący konkurencje, a określenie „chyba arcydzieło” jest już niemal kultowe. Kto nie widział niech czym prędzej uderza do kina – warto! Bo takich charakterków nie zobaczycie w żadnym innym filmie, a poza tym miło popatrzeć na konkretny łomot spuszczony tym, którym się to należało. Ja natomiast nie mogę doczekać się wydania DVD. Mam nadzieję, że pojawi się z mnóstwem dodatków (oby było ich nie mniej niż na DVD Death Proof) i jak tylko pojawi się na rynku na pewno kilka słów o nim napiszę.

::::::::::::::::: 9+/10 :::::::::::::::::




Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

31 maja 2009

Jaja w tropikach (2008 - kino)

7 [dodaj komentarz]

     „Jaja w tropikach” to historia grupy aktorów, zaangażowanych w produkcje filmu mającego być najlepszym w historii kina filmem wojennym. Jednak rosnące w zastraszającym tempie koszty oraz kaprysy gwiazdorów grożą wstrzymaniem produkcji. Sfrustrowany reżyser chwyta się więc ostatniej deski ratunku - wysyła ekipę filmową w dzikie tereny południowo-wschodniej Azji, by film zyskał realizm partyzanckich podchodów. Aktorzy muszą sobie poradzić bez asystentów, pomocników a nawet telefonów komórkowych. Ale nikt nie przewidział, że ekipa zetknie się z lokalną bandą handlarzy narkotyków.

Kliknij w "PLAY" a potem w "HQ" aby oglądać w lepszej jakości


     Film rozpoczyna się fragmentem nieudolnie produkowanej mega produkcji, czyli od wojennej sekwencji (po całkiem zaskakujących trailerach..), która w jednej chwili położyła mnie na łopatki, a już po ok. 5min ryczałem ze śmiechu. Technicznie megaprodukcja wygląda bardzo realistycznie, bowiem z rozmachem współczesnego kina wojennego widzimy obraz strzelanin, spadających helikopterów, krwi i flaków, który dodatkowo uzupełnia bardzo dobra, klimatyczna muzyka. I wszystko byłoby cacy gdyby nie ta fatalna ekipa + egocentryczni aktorzy. Scena, w której Robert Downey Jr. roni łzy nad umierającym Benem Stillerem, po prostu miażdży. Film jest zwariowany, szalony, nawiązujący do takich hitów jak Pluton, Czas Apokalipsy, Łowca jeleni, Szeregowiec Rayan czy Forest Gump, a ponad to, będąc filmem „za kulisami wielkich, kasowych produkcji” konkretnie drwi z aktorów, producentów, reżyserów, wytwórni filmowych i generalnie wszystkiego, co jest związane z Hollywoodem. Przyznać trzeba, że zakres parodiowania i wyśmiewania jest dość spory, ale „Jaja w tropikach” (naprawdę jajeczne tłumaczenie) nie wymiękają i teoretycznie dają radę do samego końca. Scenariusz filmu jest przemyślany, obfituje w mnogość doskonałych dialogów i bohaterów i jest jednym z dwóch, no trzech największych atutów filmu.
     Kolejne, największe atuty kryją się w obsadzie filmu. Ben Stiller w roli mistrza kina akcji Tugg’a Speedman’a na szczęście nie irytuje (co jest jego domeną) i wypada całkiem nieźle. Jack Black (czyli Jeff Portnoy) ma najbardziej kontrowersyjną czyli wulgarną i obrzydliwą role (a jakże inaczej..), ale mimo wszystko mieści się w granicach dobrego smaku i da się go spokojnie oglądać (bez wykrzywiania twarzy i ‘mutowaniu’). W filmie zobaczymy również Brandon’a T. Jackson’a w roli, uwaga, Alpa Chino, a także Robert’a Downey Jr. w roli czarnoskórego Kirk’a Lazarus’a za którą to role został nominowany do Oscara. I jest to kolejny największy atut filmu – teksty, jakimi rzuca Kirk, jego niebywały akcent, sposób, w jaki się porusza i doskonała charakteryzacja po prostu powalają i śmieszą do łez. W pozostałych rolach przewija się jeszcze kilka ciekawych nazwisk: Nick Nolte, Matthew McConaughey (nie znoszę go), Tobey Maguire i Tom Cruise. I proszę ja Was, Tom Cruise to prawdziwa bomba tego filmu. W takiej roli nie widzieliśmy go jeszcze nigdy i podejrzewam, że nikt nie spodziewał się, że kiedykolwiek zobaczymy. W pierwszym wejściu nie mogłem uwierzyć, że to on. Zarówno ze względu na zaskakującą, ale genialną charakteryzacje jak również na.. ekspresje, z jaką grał swoją postać. Oczy szeroko otwarte, szczęka przy ziemi i niecierpliwe oczekiwanie na kolejne jego wejścia. Natomiast końcówka filmu w wykonaniu Toma to prawdziwa perełka, godna wszelkich najwyższych ocen i dla tej sceny film trzeba zobaczyć.



     Przyznam, że z początku byłem lekko rozczarowany i zaniepokojony obecnością Ben’a Stiller’a i Jacka Blacka ale okazało się, że „Jajach…” (boskie tłumaczenie, naprawdę..) są jednak na swoim miejscu i wszystko, że tak powiem, gra. Ba, Ben Stiller nie dość, że występuje w głównej roli to jeszcze reżyseruje, odpowiada za scenariusz i jest producentem. I trzeba przyznać, że odwalił kawał solidnej roboty, bowiem „Jaja w tropikach” jest chyba najlepszą komedią zeszłego roku. Ubaw gwarantowany, choć trzeba zaznaczyć, że po pierwszych wgniatających w fotel 15min film jest znacznie mniej zabawny (ale jest!). Bardzo dobry scenariusz, mnogość wyrazistych bohaterów a także świetnych tekstów nooo iiii Tom Cruise. Musicie go zobaczyć!

::::::::::::::::: MOJA OCENA: 7++/10 :::::::::::::::::



+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+




Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.