Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekranizacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekranizacja. Pokaż wszystkie posty

3 maja 2010

Jak wytresować smoka (2010 - kino)

6 [dodaj komentarz]

     Od dobrych kilku animacji DreamWorks Animation pikuje w dół chowając się w cieniu Pixara. Animacje stoją na najwyższym poziomie, jeżeli chodzi o technologię, ale cała reszta to już zupełnie inna bajka. Po ostatnim wybryku pt. ”Potwory kontra Obcy”, w którym wszystkiego było dużo za dużo (przekombinowane postacie, masa nieudolnych odniesień do kina SF, naciągany humor) definitywnie zwątpiłem w twórców Shreka godząc się z myślą, że ten typ tak ma – na siłę i bez umiaru. Mniej więcej z takim właśnie przekonaniem wybrałem się do kina na animację „Jak wytresować smoka”
     Bohaterem filmu jest nastoletni Wiking mieszkający na wyspie Berk, gdzie walki ze smokami są codziennością. Zbliża się właśnie czas inicjacji i jedyna szansa na udowodnienie plemieniu i ojcu swojej wartości. Kiedy jednak okazuje się, że zamiast wytresować smoka, nastolatek zaprzyjaźnia się z nim, cały jego świat staje na głowie.



     DreamWorks w końcu przebudził się ze swojego „szpanerstwa” i wykręcił świetną przygotówkę pozbawioną zbędnych dodatków. Bohaterowie nie atakują ciężkim i obleśnym humorem, nie są bardziej „cool” niż powinni i w końcu są to… ludzie (przynajmniej w większości). Fabuła, miast na każdym kroku niepotrzebnie nawiązywać do masy przeróżnych filmów (jest za to genialne nawiązanie do gierek RPG – przypomniały się stare dobre czasy :) ), smęcić oklepanymi morałami, całkowicie skupia się na prostej, acz porywającej przygodzie. I to chyba największa zaleta tej produkcji - nie odwraca uwagi przekombinowanymi fajerwerkami, nie męczy tekstami zapożyczonymi z innych filmów, krótko mówiąc, nie stara się być większą niż jest. W gruncie rzeczy aż trudno uwierzyć, że to DreamWorks, bo to nawet nie jest powrót do korzeni. „Jak wytresować smoka” nie ma nic wspólnego ze „Shrekiem” czy „Madagaskarem”, to zupełnie nowe oblicze, które bez mrugnięcia oka kupuje w całości.
     „Jak wytresować smoka” nie jest, co prawda, żadnym przełomem, ale jak na animację dla dzieciaków znajdzie się tutaj kilka nowinek. Przede wszystkim sporym dla mnie zaskoczeniem było zakończenie, o którym nie sposób pisać jednocześnie nie spoilerując. Tak ogólnikowo, film czerpie z oklepanych do bólu schematów (choć w ogóle to nie przeszkadza bo czyni to w sposób przystępny, mało inwazyjny) i od początku wiemy, jak opowieść się zakończy. Mimo wszystko twórcom udało się wprowadzić zaskakujący, ale przede wszystkim wzruszający i refleksyjny element, dzięki któremu happy end nabrał bardziej poważnego charakteru, a cała opowieść nieco głębszego wydźwięku. „Jak wytresować smoka” porusza bowiem kwestie wyrzeczeń i poświęcenia. Zaburza tym samym typową, bajkową drogę „od zera do bohatera” (gdzie zwykle wszystko dzieje się samo z siebie), bowiem pokazuje, że po pierwsze, najpierw trzeba się napracować, aby w ogóle do czegokolwiek dojść, a po drugie, satysfakcja z osiągniętego celu bywa niekiedy słodko-gorzka. Wg mnie, bez wyrazistej, i chyba dość mocnej końcówki, byłaby to kolejna animacja o walce ze złem, tylko tym razem w kontekście „być sobą i nie ulegać cudzym ambicjom”… Zaskoczyło mnie również to, że więcej w tej animacji sympatycznego, ale chwytającego za gardło rozczulania, aniżeli zwyczajnego humoru. Salw śmiechu na sali nie było, natomiast chóralnego wzdychania „OOOooooooo” (w kontekście „jaki słodki”) a i owszem” :).
     Jednak najważniejsza jest tutaj przygoda. Mowa oczywiście o przyjaźni pomiędzy głównym bohaterem o wdzięcznym imieniu Czkawka, i czarnym smoku, nazwanym Szczerbatkiem. Ten wątek udał się twórcom jak żaden inny w poprzednich animacjach DreamWorksa. Poprowadzony bez efekciarstwa, niespiesznie, ale jednocześnie dynamicznie i przejmująco. Szczerbatek, ze swoimi gigantycznymi zielonymi oczami z miejsca wzbudza olbrzymią sympatię. Z każdą kolejną minutą kibicowałem Czkawce coraz bardziej, i tak jak on, nie mogłem doczekać się kolejnej próby oswojenia niezwykłego smoka i poszybowania wśród chmur. A loty ze Szczerbatkiem, trzeba przyznać, robią wrażenie i to nie byle jakie! W rolach drugoplanowych przewija się tylko kilka postaci, ale wszystkie są sympatyczne i nie ma się do czego przyczepić (wspomnę tylko, że Astrid, czyli żeński obiekt westchnień Czkawki ma genialne w swojej prostocie wejście – strasznie mi się podobało, niezły ubaw :) ).
     Maniacy epickiej audio-wizualnej akcji powinni być zadowoleni. Film obejrzałem w 3D i nie żałuje, a nawet polecam, bo jest na co popatrzeć (chociaż do wakacji zamierzam odpocząć od 3D - mam dość). W „Jak wytresować smoka” dzieje się naprawdę dużo, a końcówka swoim rozmachem zwyczajnie wbija w fotel. Do tego film jest rewelacyjnie udźwiękowiony (dubbing też na wysokim poziomie), a akcji przygrywa bardzo klimatyczna muzyka Johna Powella. Niczego więcej nie potrzeba, wszystko jest tak jak być powinno.



     Kto by pomyślał, że animacja od DreamWorksa zostanie pozbawiona wszelkiego rodzaju efektownych zapychaczy i niewymuszenie będzie uderzać w rozumy, a także w serca młodych/starszych widzów. Mało tego, serwuje porywającą rozrywkę, po której jedyna słuszna myśl to „ja chce jeszcze raz!”. Mam nadzieję, że to nowe oblicze utrzyma się jeszcze przez jakiś czas, chociaż zwiastun kolejnej animacji DreamWorska (z jakimś pomylonym alienem) nie daje ku temu nadziei (ale kontynuacji „Jak wytresować smoka” też sobie nie wyobrażam). Reasumując, bardzo duże i bardzo pozytywne zaskoczenie. Polecam!

::::::::::::::::: 8+/10 :::::::::::::::::

30 marca 2010

300 (2006 - kino, dvd)

13 [dodaj komentarz]

     „300” jest filmową adaptacją komiksu Franka Millera o tym samym tytule i opowiada o bitwie pod Termopilami, która miała miejsce w 480 r. p.n.e. podczas wojny grecko-perskiej. Król Sparty Leonidas oraz 300 Spartan vs. 100 tysięczna armia pod wodzą Króla persów Kserksesa.



     Snyder stworzył imponujące widowisko. To pierwsza myśl, jaka przychodzi do głowy po obejrzeniu filmu. Nawet teraz, po takich filmach jak „Transformersy”, „2012”, czy „Avatar”, „300” dalej robi ogromne wrażenie. Stylizacja na komiks (ostry, ale ziarnisty obraz w kolorach złocisto-czerwonych), genialny montaż oraz rewelacyjna muzyka zrobiły swoje - film wygląda i brzmi obłędnie. Muzyka Tylera Batesa (fragment do odsłuchania w archiwum muzycznych zagadek - pozycja #8) może nie jest najlepszym soundtrackiem, jaki słyszałem, ale jedną z najlepiej dobranych kompozycji na pewno (te gitary!). Technicznie film po prostu zachwyca – jest klimat, jest dynamika, jest widowisko, i jest niewyobrażalna dawka patosu.
     Muszę przyznać, że takiej ilości podniosłych scen w jednym filmie chyba jeszcze nie widziałem. Wszystkie dialogi odgrywane są z lekką teatralnością tak, aby między wierszami przewijały się hasła typu: honor, ojczyzna, tradycja. Każde ujęcie, szczególnie w bitwach, pokazuje wielkość, ba, potęgę i perfekcję żołnierzy Sparty. Jest wiele, spokojnie można powiedzieć, epickich momentów zapadających w pamięć. Choćby np. ten, w którym Król Leonidas w strugach deszczu stoi majestatycznie na wzgórzu i groźnym wzrokiem wojownika patrzy, jak perskie statki toną w gigantycznym sztormie (w tle ostra, gitarowa muzyka!). Natomiast scena „tańca śmierci” Leonidasa (w zwolnionym tempie) po prostu wgniata w fotel (nawiasem mówiąc Gerard Butler już zawsze będzie Leonidasem, on po prostu urodził się do tej roli!). Muzyka na każdym kroku podkręca adrenalinę i całym swoim brzmieniem wykrzykuje kultowe już „This is Sparta!”. Jest taka scena, w której 300 rusza w bój – majestatycznie, spokojnie, prężąc muskuły, zaciskając dłonie na rękojeściach, zabijając już samym wzrokiem – wszystko oczywiście w zwolnionym tempie wraz z ryczącą, rytmiczną muzyką gitarową. W takim momencie, po obejrzeniu już kilkudziesięciu minut krwistej walki, człowiek ma w głowie tylko jedną myśl: „ależ spuszczą im łomot (żeby nie powiedzieć, że wpie*ol :) )”. Snyder jest mistrzem w uwydatnianiu przesadnych podniosłych scen! Pokażcie mi drugiego takiego, który toną patosu potrafi szczerze zachwycić i jeszcze do tego podnieść adrenalinę.
     Scenariusz jest prosty, nie obfituje w żadne nagłe zwroty akcji, ale to nie znaczy, że „300” nie trzyma w napięciu. Przede wszystkim przedstawia esencje Spartan, a nie realizm. To film o prostych wartościach takich jak honor, poświęcenie, zdrada, to w końcu luźna wizja kultury oddanej wojennej sztuce. W pierwszym planie jest postawienie się tyranii, czyli walka. Nie ma tu miejsca na głębie psychologiczną (szczególnie w filmie, którego lwią część wypełnia bryzgająca krew i odcięte kończyny :) ). W gruncie rzeczy żołnierze Sparty, z Leonidasem na czele, to mocno prostolinijne charaktery. Ale tak miało być, to dzięki temu film jest spójny. Pierwsze minuty będące krótkim streszczeniem budowy ducha walki Spartan ustawiają widza na widowiskową rozrywkę, a nie na realistyczny dokumentalno-historyczny bełkot. Chociaż warto zaznaczyć, że „300” czerpie z historii garściami – kultura Spartan, spora część dialogów, niektóre style walki, imiona itp. mają odzwierciedlenie w wydarzeniach, pod którymi podpisałby się niejeden historyk.



     Film robi wrażenie i to niemałe. Jest na co popatrzeć, jest czego posłuchać i prawdę powiedziawszy kto nie wiedział "300" w kinach ten ma czego żałować. Dla mnie absolutna rewelacja. Warto zaznaczyć, że "300" spotkało się z podobną falą krytyki, co zeszłoroczny "Avatar" Camerona. Ileż ja się naczytałem, że jest to widowiskowe nic, historyczna bzdura, multiplexowy badziew itp. itd. Pseudeo inteligenci wyżywają się na tego typu produkcjach tak jak dzieciarnia na wszelakich, poważnych dramatach zarzucając im brak akcji, gołych dup i bryzgających flaków. Jedni warci drugich. Szanuje zdanie innych, rozumiem, że komuś film może się nie podobać, ale jeżeli taki delikwent w swojej wielokrotnie przemyślanej opinii udowadnia, że zachwyceni widzowie to banda ograniczonych debili to automatycznie nóż w kieszeni się otwiera ('obyście żyli wiecznie' :)). Jeżeli więc nie lubisz rozrywkowego i efekciarskiego kina to go po prostu nie oglądaj (proste). Dla reszty widzów „300” jest filmem obowiązkowym! :)

::::::::::::::::: 8+/10 :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu DVD
CENA: 39.90 za dwupłytową edycje specjalną
Format obrazu: 2,40:1
Dźwięk: DD 5.1 lektor, DD 5.1 + napisy PL
Wszystkie dodatki z polskimi napisami.
+ The 300 – Fact or Fiction?
25 minutowy materiał dla każdego, kto z taką pewnością siebie powtarza, że „300” jest filmem niezgodnym z historią. Jak się okazuje, w dużej mierze jest zgodny, chociaż nie jest to produkcja historyczna (w końcu Frank Miller, którego nigdy nie oskarżono o realizm, przemielił fakty przez swoją bujną wyobraźnie).
+ Who were The Spartans?: The Warriors of 300
5 minutowy materiał poświęcony prawdziwej kulturze Spartan. Kim byli Spartanie i jak ich postrzegano.
+ Frank Miller tapes
15 minutowy materiał wychwalający pod niebiosa Franka Millera. Wydawcy komiksów, przyjaciele, reżyser filmu podkreślają, że Miller nie pisze dla czytelników, nie pisze dla kasy (w ogóle to nie wiadomo po co te komiksy trafiają do sprzedaży :)). Pod sam koniec wywiadu Miller pyta Snydera „jak zamierzasz nakręcić Strażników”? Snyder dość długo zastanawiał się nad odpowiedzią, już myślałem, że powie „nie wiem”, ale odpowiedział „bardzo ostrożnie” – odpowiedź godna nakręconego już filmu.
+ Making of 300
Tylko 6 minutowy, ale naprawdę ciekawy materiał o kulisach realizacji filmu. Sporo migawek z planu, czyli z malutkiego studia, w którym powstało 99% filmu :)
+ Making 300 in images
6 minutowy teledysk z planu, który ma tak szybki montaż, że nie idzie się niczemu przyjrzeć. Tragedia.
+ Deleted scenes with introduction by director Zack Snyder
Snyder omawia 3 sceny, które nie pojawiły się w finalnej wersji.
1. Ephialtes próbuje popełnić samobójstwo i rzuca się ze skały.
2. Bogowie jednak go oszczędzili, więc wścieka się na wszystkich i na wszystko.
3. Scena z ogromnym przeciwnikiem na grzbiecie, którego siedział łucznik (krwiste odcięcie nogi).
+ Webisodes
To jest to co maniacy DVD lubią najbardziej. Obszerny materiał zdradzający najistotniejsze szczegóły realizacji filmu. Jest wszystko, czego ciekawska dusza zapragnie (dużo materiału z planu). Dokument został podzielony na kilkanaście 4 minutowych filmów:
- Production design – wywiad z gościem odpowiedzialnym za scenografię
- Wardrobe - wywiad z gościem odpowiedzialnym za kostiumy
- Stunt work – wywiad z gościem odpowiedzialnym za choreografię walk
- Lena Headey - wywiad z filmową królową Gorgo
- Adapting the graphic novel – o tym jak komiks był scenariuszem komiksu filmowego
- Gerard Butler - wywiad z filmowym Królem Leonidasem
- Rodrigo Santoro - wywiad z filmowym Królem Kserksesem
- Trainnig the actors - program treningowy, który z każdego lalusia zrobi prawdziwego Spartanina :)
- Culture of the Sparta city/state – historycy i ekipa filmowa o kulturze Sparty
- A glimpse from the set: making 300 the movie - wywiad ze Snyderem, który opowiada o tym, jaką miał koncepcję na filmowych 300
- Scene studies from 300 - krótki materiał o zdjęciach
- Fantastic charakcters of 300 - wywiad z artystami, którzy byli odpowiedzialny za charakteryzacje potworków

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

11 października 2009

Surogaci (2009 - kino)

9 [dodaj komentarz]

     Świat przyszłości. Ludzie żyją w całkowitej izolacji, a jedyny kontakt między nimi następuje za pomocą robotów, które są lepszymi wersjami ich samych. Agent FBI (Bruce Willis), a właściwie jego elektroniczny zastępca, pracuje w wydziale zabójstw. Pewnego dnia zostaje zmuszony jednak do dość ryzykownego wyjścia z domu. Nie ma jednak innej możliwości, bo tylko on sam jest w stanie zapobiec niebezpiecznemu spiskowi i serii tajemniczych morderstw.



     Średni to film. W gruncie rzeczy rozczarował mnie. Największym chyba atutem są jego pierwsze minuty w których poznajemy historię i ideę powstania Surogatów. Przyznam, że ta kolorowa, pełna robotów, wizja społeczeństwa pozbawionego m.in. nienawiści, rasizmu i skrępowania zrobiła na mnie całkiem spore wrażenie. Gdyby w obecnych czasach naukowcy rzeczywiście wyprodukowali robota w pełni spełniającego zachcianki człowieka to jestem pewien, że jego sprzedaż zdetronizowałaby świeże bułeczki, a pytania takie jak: co z człowieczeństwem, czy to etyczne, moralne, na zawsze pozostałyby bez odpowiedzi rodząc kolejne konflikty. Tak właśnie (mniej więcej) przedstawia się krótka historia powstania Surogatów. Szkoda tylko, że film Jonathana Mostowa przez kolejną godzinę obrazował to co tak wyraźnie wyklarowało mi się w głowie. Wszystko bowiem kręciło się wokół człowieczeństwa, jego istoty, ale ów mądrości były zaledwie powierzchowne no i czytelne od pierwszej minuty filmu. Jednak Mostow, nie zwracając nawet uwagi na dziury w scenariuszu, konsekwentnie przez cały seans ślizgał się po temacie odbierając kolejne cegiełki z przyjemności oglądania. Tak naprawdę „przeżywanie” filmu sprowadzało się do oczekiwania na to, co setki razy widzieliśmy w innych produkcjach – jakaś ckliwa scena podkreślająca wydźwięk filmu (było), społeczne zobrazowanie problemu (było) oraz symboliczny i kiepski finał głównej intrygi (było). Nie spodziewałem się żadnych zwrotów akcji (i dobrze bo bym się nie doczekał), wszystko było na swoim, z góry ustalonym miejscu, zaś o wspomnianej głównej intrydze można powiedzieć tylko tyle, że została poprowadzona wg utartych już schematów i nie trzeba być wielkim myślicielem, aby szybko domyśleć się co, kto i dlaczego.
     Pod kątem kina akcji Surogaci też nie specjalnie zachwycają. Co prawda akcja jest, nawet można pokusić się o stwierdzenie, że jest jej całkiem sporo, ale szału jako tako nie ma. Efekty specjalne stoją na przyzwoitym poziomie, choć ‘gołym okiem’ widać co jest dziełem komputera (pierwsza scena kraksy jest wręcz beznadziejna), a co ekipy od efektów. Za to muzyka Pana Richarda Marvina przyjemnie brzdąka w tle i ładnie uzupełnia futurystyczny świat Surogatów.



     Ogólnie rzecz ujmując Surogaci to film, który odniósłby spory sukces, ale jakieś kilka, a może nawet kilkanaście lat wstecz. A tak mamy kolejne zwyczajne filmidło, które idealnie sprawdza się do zabicia czasu – obejrzeć i zapomnieć. Nie jest to film zły, a i Bruce Willis w swojej kolejnej geriatrycznej roli daje radę, ale jakoś trudno mi go komukolwiek z czystym sumieniem polecić.. Chyba lepiej darować sobie kino i poczekać, aż jakiś szmatławiec dorzuci płytkę dvd za free.

::::::::::::::::: 5/10 :::::::::::::::::




#45 Kto pierwszy, ten lepszy - z jakiego filmu pochodzi poniższy utwór (co o nim sądzicie?):







Rozwiązanie poprzedniej zagadki:
Wojciech Kilar - Theme From The Ninth Gate. Utwór pochodzi z filmu "Dziewiąte wrota" w reżyserii Romana Polańskiego. Na zagadkę prawidłowo odpowiedział milczący_krytyk.
Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

27 września 2009

Largo Winch (2008 - kino)

4 [dodaj komentarz]

     Do filmu Largo Winch w reżyserii Jérôme Salle podchodziłem bardzo entuzjastycznie. Nie tylko ze względu na rozdmuchaną kampanie reklamową, ale głównie przez moją sympatię do francuskiego kina. Oczywiście daleko mi do specjalisty wyznającego się na całej francuskiej kinematografii, ale po takich filmach jak „36” albo „Jeszcze dalej niż Północ” (i wielu innych jeszcze przeze mnie nieopisanych) wiem, że Francuzi potrafią wykręcić porządne i pasjonujące kino. Czy zatem James Bond i Jason Bourne doczekali się godnego rywala?



     Nie doczekali się. I od razu trzeba powiedzieć, że kampania reklamowa jest największym mankamentem całego filmu. Porównanie do Bonda i Bournea raz, że zobowiązuje, dwa, ustawia widza na wciągające, trzymające w napięciu kino akcji (no chyba, że ktoś ww. filmów nie widział). Właśnie z takim nastawieniem, po tych wszystkich dynamicznych zwiastunach i plakatach na których słowa Bond i Bourne były lepiej widoczne niż tytuł filmu, wybrałem się do kina. I co tu dużo mówić, zawiodłem się. Largo Winch to film ledwo ocierający się (takie muśnięcie) o sensacje, akcje z domieszką przygody. Tytułowy bohater to dziedzic rodzinnego imperium biznesu, który po śmierci ojca staje się bilionerem zagrożonym przez jego starych współpracowników. Zatem główną osią filmu są przegadane korporacyjne podchody na najwyższych stołkach, które nijak mają się do napięcia, intrygowania, chwytania widza za gardło. Jérôme Salle stara się jednak (jak może) uatrakcyjnić obraz – wątek fabularny rozciąga na wiele krajów (bardzo ładne ujęcia Chorwacji, Brazylii, Chin – kapitalny Hong Kong), gdzie może tam wciska mało efektowną akcję, a całość doprawia niezłą muzyką łudząco podobną do Bonda (to chyba jedyne nawiązanie). Ale to niestety nie wystarcza. Film nie grzeje, nie ziębi bo tak naprawdę niewiele się w nim dzieje, a fabularnie jest najwyżej interesujący. Szkoda, choć warto zaznaczyć, ze Largo mimo wszystko ma całkiem spore grono zwolenników. Może kiedyś obejrzę jeszcze raz, tym razem bez Bondowskiej i Bourneowskiej otoczki w obliczu której Largo Winch wygląda jak opalony i rozpuszczony chłystek z loczkami na głowie.



     Largo Winch idealnie nadaje się do pasma TVP „Hit na sobotę”. Prezenterka z dumą może zapowiedzieć, że za chwilę na antenie film, który wstrząsnął francuskie kina, obraz który został okrzyknięty pogromcą Bonda i Bournea. Kto choć raz uwierzył w zapowiedzi TVP wie, że te wszystkie rewelacje trzeba podzielić przez 2, a najlepiej przez 5. Taki jest właśnie Largo Winch. Jeżeli chcecie obejrzeć film, który naprawdę ma coś z Bonda i Bourna to polecam Uprowadzoną w reżyserii Pierre Morel. A Largo Winch możecie spokojnie sobie darować, niewiele stracicie.

::::::::::::::::: 5-/10 :::::::::::::::::




Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

12 września 2009

Watchmen Strażnicy (2009 - dvd)

13 [dodaj komentarz]

     Gwoli ścisłości – komiksu Alana Moore, na podstawie którego powstał film, nie czytałem. Moje oczekiwania względem najnowszego filmu Zacka Syndera (twórcy m.in. udanego filmu 300) brały się przede wszystkim z zapowiedzi, fotosów, nowinek, a także przez pryzmat dotychczasowych filmów o super bohaterach. Nie sądzę abym był jedynym widzem tak kiepsko do tego filmu przygotowanym i mogę się tylko domyślać ilu fanów Spidermana, Iron Mana, a nawet ostatniego Batmana „przejechało się” na Strażnikach. Prawda jest taka, że ten film trzeba oglądać o odpowiedniej porze, w odpowiednim nastroju i odpowiednich warunkach. Miałem to szczęście, że zabierając się za oglądanie Strażników spodziewałem się kolejnej efekciarskiej produkcji na którą nie do końca miałem ochotę i myślę, że m.in. dlatego film tak pozytywnie mnie zaskoczył. Gdybym rzeczywiście oczekiwał czegoś lekkiego, luźnego i efektownego (bo chce się rozluźnić/rozerwać czyli coś ala bardzo fajny Iron Man) mógłbym się mocno rozczarować. Ale, jak już wspomniałem wcześniej, nie ma mowy o rozczarowaniu, bo Strażnicy to produkcja diametralnie inna od tych jakie do tej pory mogliśmy oglądać na białym ekranie. W zasadzie w każdym aspekcie, czy to fabularnym czy wizualnym, jest to produkcja świeża, innowacyjna (w kategorii ekranizacji np.), pozbawiona charakterystycznych cech Hollywoodu i aż trudno uwierzyć, że to właśnie amerykanie odpowiadają za Strażników.
     Jest rok 1985, Ameryka. Działalność super bohaterów w przebraniach jest ustawowo zabroniona. Tylko nieliczni, działając w konspiracji dalej realizują założenie walki dobra ze złem. Pewnej nocy dochodzi do morderstwa – ginie jeden z eks superbohaterów, Komediant. Sprawa jest ogólnie bagatelizowana, ale Rorschach, inny eks super bohater, węszy w morderstwie zagrożenie dla reszty wyklętych przez społeczeństwo. Rorschach, rozpoczyna żmudne śledztwo mając również na uwadze okoliczności w jakich musi pracować – w każdej chwili między USA a Rosją może wybuchnąć wojna nuklearna.



     Akcja filmu rozkręca się w iście żółwim tempie i skupia się przede wszystkim na bohaterach. Od początku wiemy, że ich świat nie jest tak kolorowy jak u innych w tej branży (nawet ostatni Batman to przy Strażnikach prawdziwa sielanka..). Genialny początek filmu ukazuje zaskakującą prawdę - pełniący swoją chwalebną funkcję stróżów prawa Strażnicy przestali być akceptowani przez społeczeństwo, stali się wyrzutkami aż w końcu tzw. ustawa Keene'a definitywnie zabroniła działalności „zamaskowanych mścicieli”. Kolejne minuty, czyli zdecydowanie większa część filmu to, pełna długich, przeplatających się ze sobą retrospekcji, demitologizacja modelu superhero. Na ekranie niewiele się dzieje, dominują długie dialogi pełne odniesień m.in. do polityki czy egzystencjalnej natury ludzkiej, które na przestrzeni kilku lat obrazują dramat zwyczajnych ludzi przebranych za herosów. Za herosów, którymi nie są - można ich stłuc, zabić, każdy z nich ma swoje problemy, dramaty, uzależnienia, a niektórzy mają nierówno pod sufitem. Skoro tacy ludzie odpowiadają, za przestrzeganie i egzekwowanie prawa wg własnej moralności to „Who watches the Watchmen?” Czy rzeczywiście takie postacie są potrzebne?
Nie ulega wątpliwości, że film wymaga myślenia, skupienia i skłania do późniejszej refleksji. Każda scena, bohater, czy też wydarzenie drugoplanowe jakim jest zagrożenie wojną nuklearną to z reguły odniesienia do naszej rzeczywistości, często niepozbawione masy ironii i uszczypliwości. Film jest maksymalnie przegadany, dla wielu ciągnie się jak glut z nosa, ale dla mnie film ma genialną narrację, inteligentne dialogi dzięki czemu bohaterowie nie są płascy, a historia wciąga do reszty odkrywając sobą kolejne symbole, smaczki i nawiązania. Ogólnie fabuła jest jednym z najmocniejszych atutów całego filmu, choć warto pamiętać, że w dobie aktualnych super bohaterów typu Iron Man, Transformers, G.I. Joe, Strażnicy są raczej dla dużych dzieci,
     Podobało mi się powolne, wręcz hipnotyzujące tempo całego filmu. Oglądając Strażników przypomniał mi się film Seana Penna „Wszystko za życie”. Tam też akcja była utrzymana w leniwym, hipnotyzującym tempie przez co łatwiej było wczuć się w klimat i ideologię głównego bohatera. W Strażnikach, choć to dwa zupełnie inne filmy, jest bardzo podobnie. Powolna akcja pozwala skupić się na bohaterach, a także wczuć w klimat beznadziejności rozpadającej się Ameryki. Oczywiście zdaje sobie sprawę, że niektórzy nie wyrobią na takim filmie 20minut (a Strażnicy trwają prawie 3 godziny), ale dla mnie ten film mógłby trwać nawet i 4 godziny.
Tempo uzupełniają fantastyczne, komiksowe zdjęcia. Dla mnie każde ujęcie, każdy kadr tego filmu (nawet ten najbardziej przegadany) to widowisko na najwyższym poziomie. Nie ma mowy o szybkim montażu, przypadkowych ujęciach bo wszystkie są takie… gładkie, niekiedy subtelne, często w zwolnionym tempie z niesamowicie opracowaną scenografią Ameryki i efektami specjalnymi. Sceny w których coś się dzieje (choć nie jest ich dużo) zwalają z nóg, ale nie wysuwają się na pierwszy plan. To nie jest tak, że przez 2 godziny gadają a na sam koniec jeb – rozpierducha, jakiej biały ekran nie widział. Wszystko od początku do końca jest w odpowiednich proporcjach. Warto jeszcze zaznaczyć, że Strażnicy to film raczej przygnębiający, pozbawiony żywych kolorów więc siłą rzeczy jest również bardzo brutalny. Niektóre sceny są naprawdę mocno sugestywne (wbijanie tasaka w głowę, odcinanie kończyn…) i trudno nie mieć wrażenia, że miejscami seria filmów „Piła” to taka luźna dobranocka.. :) Całą wizualną stronę filmu uzupełnia zaskakujący jak na taką produkcję soundtrack. Bardzo dobre ilustracyjne utwory Tylera Batesa uzupełniają takie nazwiska jak Bob Dylan, Leonard Cohen, Jimi Hendrix, Nat King Cole czy Philip Glass. Dobór utworów jest idealny, wydaje mi się nawet, że wiele scen bez tych utworów w ogóle by nie istniało (np. wspomniana wcześniej genialna – i długa - czołówka filmu).



     Cała warstwa fabularna i audio-wizualna, a także bardzo dobrze dobrana obsada składa się na niesamowity i chyba jedyny w swoim rodzaju klimat filmu. Myślę, że nawet fani komiksu nie mają na co narzekać bo każdy element, czy to bohater, scenografia, muzyka, jest dopracowany w najmniejszym detalu. To widać, słychać w każdej minucie i nie trzeba znać komiksu aby dostrzec szacunek filmowców do oryginału literackiego. Co ciekawe, podczas oglądania filmu trudno uwierzyć, że pomysł na Strażników mógł powstać tylko i wyłącznie w głowach filmowców. Z drugiej strony trudno traktować to jako mankament bowiem m.in. dlatego mam nadzieję w niedługim czasie zapoznać się z oryginałem literackim. Poza tym, Strażnicy to jeden z najbardziej wizjonerskich filmów jakie do tej pory widziałem. Gorąco polecam, choć zdaje sobie sprawę, ze nie każdemu przypadnie do gustu.

::::::::::::::::: 9+/10 :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu dvd
CENA: 69.90 (za wydanie specjalne 2-dyskowe w metalowym opakowaniu)
Format obrazu: 2.40:1
dźwięk: DD 5.1, lektor DD 5.1 + napisy PL
Wszystkie dodatki z polskimi napisami.
+ Technologie Fantastycznego Świata
Bardzo ciekawy wywiad z profesorem fizyki na University of Minnesota Jamesem Kakaliosem. Profesor z punktu widzenia nauki odpowiada na kilkanaście pytań w rodzaju „czy to możliwe?” (np. czy dr. Manhattan mógłby istnieć i dlaczego jest niebieski). Jak się okazuje, nie wszystko jest takie nierealne jak się wydaje…
+ Fenomen: Komiks, który odmienił świat komiksu
Jak sama nazwa wskazuje, materiał w całości poświęcony komiksowi. Wywiady z wydawcami, znawcami świata komiksu, a także z twórcami filmu. Dużo informacji odnośnie tego skąd w ogóle wziął się pomysł, jak wyglądała jego realizacja (np. jakie kolory miały mieć obrazki) i wiele, wiele więcej,
+ Prawdziwi super bohaterowie, prawdziwi strażnicy
Materiał poświęcony czasom (lata 80) w których komiks został wydany. Wtedy w Ameryce poziom przestępczości był na bardzo wysokim poziomie, Policja nie dawała sobie z tym rady (nie zapuszczali się w najniebezpieczniejsze miejsca) więc obywatele wzięli sprawy w swoje ręce i stworzyli tzw. Przymierza Aniołów Stróżów, czyli grupy ludzi pełniących role prawdziwych strażników. Ponad to trochę analizy filmowych bohaterów – o ich moralności, postrzeganiu dobra i zła.
+ Dzienniki Video
Obsszzeeeerrrnyyyy zbiór materiałów z realizacji filmu. Od projektów kostiumów, scenografii po efekty specjalne. Wywiady z reżyserem i całą ekipą - mega ciekawy dodatek :)
+ Nocne wiadomości NBS
Wiadomości stylizowane na lata 60 które informują nas, że superman naprawdę istnieje i jest Amerykaninem.
+ Teledysk: „Desalation Row” – My Chemical Romance
Całkiem, całkiem :)
+ Video-niespodzianka.
Nieźle ukryta ale jest, 3,5 minutowy ciekawy filmik… O czym? A to już wiedzą tylko Ci, którzy kupili oryginalne wydanie DVD :)


Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

5 września 2009

Zmierzch (2008 - dvd)

8 [dodaj komentarz]

     Ten film jest straszny.. Zabrałem się za oglądanie z dużym dystansem (w końcu to film o wampirach), a mimo to Zmierzch okazał się dwugodzinną męczarnią. Nie mam pojęcia, co w tej produkcji jest takiego super hiper przełomowego a tym bardziej nie rozumiem zachwytów pt. „nowa jakość, przełom”. Jeśli tak jest w rzeczywistości i kina mają zalewać podobne filmy to ja się chyba przerzucę na blog o szydełkowaniu.. Co ciekawe, nim film się w ogóle rozpoczął, już mi się odechciało go oglądać bo zobaczyłem, że na seans zapraszają mnie takie twory jak: BRAVO, ESKA, O2...



     Nawet w filmach Uwe Bolla nie było tak drewnianego aktorstwa jak w Zmierzchu. Aż pozwolę sobie słów kilka na ten temat maznąć, bo Zmierzch jest pod tym względem naprawdę wyjątkowy. Robert Pattinson, aktualny bożyszcze nastolatek (ktoś mi powie dlaczego?), w roli Edward’a Cullen’a jest jednym z najbardziej sztucznych i zarazem najgorzej dobranych aktorów ostatnich lat (jeśli nie w ogóle). Jego gra ograniczona była chyba tylko do wybałuszonych oczu, które w zależności od okoliczności były albo przymrożone albo „maślane” (jak u zbitego psa). Jak ktoś powie, "to wampir, on taki miał być" to go nafaszeruje czosnkiem i kołkiem zacznę mu ta rewelacje z głowy wybijać :P Pattinson w tym swoim szarym płaszczyku jest nie do wytrzymania. W ogóle nie uwierzyłem w jego postać, która okazała się pusta, bezbarwna, mdła, nijaka i co tam jeszcze… W założeniu jego bohater jest nierealny, nierzeczywisty, wyciągnięty z bajki i Pattinson nie zrobił absolutnie nic aby widz mógł mieć to wrażenie, że takie istoty mogą naprawdę istnieć. Z drugiej strony "łał, ale ten wampir to był fajny" albo „łał, ale był tajemniczy” to też jakaś abstrakcja bo ani fajny ani tajemniczy nie był.. (nawiasem mówiąc, mienił się w słońcu? Na to mogła wpaść tylko kobieta…)
     Kristen Stewart w roli Isabella Swan (Bell) wypada neutralnie. Nie razi tak bardzo, choć jej głos w postaci lektora to spore irytujące nieporozumienie. Czy wymowne ujęcie pokazujące pustą ławkę Edwarda naprawdę wymaga jej durnego komentarza „Edwarda nie było dzisiaj w szkole”? Takie traktowanie widza jak debila, bo o nóż jego uwagę przykuje pogoda za oknem a nie pusta ławka.. W jej naciągane uczucie do jegomościa powyżej również nie uwierzyłem. W ogóle najgorsze jest to, że miedzy głównymi bohaterami nie ma krzty chemii. Nic, wszystkie sceny, które teoretycznie miały być napakowane emocjami są zwyczajnie nijakie, dialogi są drętwe, a ich "czar" polega na sprawnym montażu ładnych ujęć i klimatycznej muzyki. W całym filmie jedynie scena w której Bell odchodzi z domu i nieprzyjemnie żegna się z ojcem ma w sobie to cos, co lekko ściska gardło (swoja drogą postać ojca Bell podobała mi się najbardziej).
     Rodzina Edwarda niczym rodzinka z serialu Beverly Hills również nie przypadła mi do gustu. Szybkie włączenie Bell do krwawego grona i ich późniejsza mobilizacja w jej obronie też wydała mi się strasznie naciągana. Najlepsza była scena, w której na ekranie pojawiają się 3 złe wampiry i jeden z nich rozpoznaje w Bell człowieka i chce wyssać z niej krew. W jej obronie staje cała rodzina Edwarda przyjmując pozę na Surfera (mega śmieszny Edward) i wszyscy zaczynają na siebie syczeć. Myślałem, ze padnę ze śmiechu.
     Wszystko, co w tym filmie jest lipne, czyli cały wydumany romans Bell i Edwarda stanowi ok. 75% filmu. Nudą wieje na kilometr, a wątek złych wampirów wydaje się być doczepionym na siłę (no bo przecież coś w tym filmie musi się dziać). W błędzie jednak jest ten, kto liczy na jakieś dobre, emocjonujące zakończenie. Efekty specjalne czyli sceny walki itp. również nie zachwycają i szkoda w ogóle o nich gadać.
Nie wszystko jednak jest tak marne jak się wydaje. Cały film jest utrzymany w zielonkawo-niebieskiem wyblakłym tonie, dzięki czemu jest sennie, mrocznie, ale i magicznie. Tutaj zasługa również miejsc, jakie przyjdzie podczas filmu zobaczyć, czyli bujne, pełne tajemniczych cieni lasy, łąki itp. Chociaż, przez chwilę miałem wrażenie, że wszystkie ujęcia z bujną zielenią łąk były kręcone w studiu… (jak się później okazało nie były, ale trawa była sztuczna :) ). Zachwyciły mnie ujęcia, bo były takie jak lubię, czyli długie, wolne, płynne a zarazem niepozbawione dynamiki. Również muzyka przypadła mi do gustu (chociaż jestem w szoku, że panowie z MUSE zgodzili się oddać jeden ze swoich hitów… taka fajna kapela do takiej szmiry..), oba soundtracki to kawał dobrej muzyki, którą spokojnie można posłuchać bez oglądania filmu (a na dobrym sprzęcie audio muzyka ilustracyjna brzmi nieziemsko)



     Ja rozumiem, że nastolatkom ten film może się podobać bo łatwo im identyfikować się z głównymi bohaterami. Taki mix Jeziora marzeń i Buffy: Postrach wampirów… Ona: delikatna, nieśmiała, po rozwodzie rodziców, taki trochę outsider rzucony w nową rzeczywistość. On: prawie że wyalienowany, tajemniczy, groźny, nieosiągalny, nie do zdobycia i przy okazji krwawa bestia. Nagle spotykają się i na oczach całej szkoły kwitnie wielka, niemożliwa miłość. Można? Można.. Ona trochę drży w obliczu jego nadludzkich mocy, ale widzi w nim przede wszystkim romantycznego chłopca. On natomiast zrobi dla niej wszystko, walczy nawet sam ze sobą aby jej nie pożreć :P Wszystko jest takie nierzeczywiste, delikatne, ulotne doprawione klimatyczną muzyką i zdjęciami. Nie pozostaje nic innego jak tylko tonąć i tonąć w tej romantycznej EMO wizji… Dlatego też film ten powinien mieć osobną kategorię wiekową: do lat 12 (tak jak Dragonball).
Ja się już na takie filmy nie nadaję i nie polecam nikomu.. Rozczarowanie ogromne, bo film słaby, mocno przewidywalny i ogólnie (poza zdjęciami i muzyką) do bani. Najgorsze jednak jest to, że mojej drugiej połówce podobał się i wszystko wskazuje na to, że na Księżyc w nowiu będę musiał iść do kina. Masakra..

::::::::::::::::: 3+/10 :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu dvd
CENA: 69.90 (za wydanie specjalne 2-dyskowe)
format obrazu: 16:9
dźwięk: 5.1 (DTS), lektor 5.1 + napisy PL
Wydanie specjalne zawiera całkiem sympatyczne kartonowe pudełko, płytkę z filmem i płytkę z dodatkami (ok. 150min). Ponad to w pudełku jest jeszcze dwustronny plakat i pocztówki z filmu.
Wszystkie dodatki na płytach z polskimi napisami.
+ teledyski
Zobaczymy bardzo fajny utwór grupy Paramore pt. Decode (z ujęciami z filmu), a także mocno mdły utwór Linki Park pt. Leave Out All The Rest (fragment koncertu). Jest również utwór grupy MUSE pt. Supermassive Black Hole z koncertu na stadionie Wemblay. Mam ten koncert osobno na DVD i każdy kto lubi muzę dająca solidnego kopa powinien w ów koncert szybciutko się zaopatrzyć. Poza tym jest to najlepiej udźwiękowiony (czyt: zajebista jakość) koncert jaki do tej pory wg mnie został wydany na DVD. A przy okazji macie jednego linka do wymiatającego utowru (MUSICIE ZOBACZYĆ I POSŁUCHAĆ! od początku do końca :)
http://www.youtube.com/watch?v=DVLAcabl2E0
+ pełne wersje scen
Kilka rozszerzonych scen które w finalnej wersji zostały okrojone. Szczerze mówiąc, nic ciekawego, dodatek lekko naciągany aby pokazać, że gdzieś tam jedno niewiele znaczące zdanie zostało usunięte…
+ usunięte sceny
Tak jak powyżej, nic ciekawego.
+ Początek przygody. Podróż z książki na ekran
Obssszeernyyyyyyyyyyyy i ciekawy dodatek poświęcony od a do z produkcji Zmierzchu. Wywiad z autorką Zmierzchu Stephenie Meyer a także z reżyserką Catherine Hardwicke i resztą ekipy. Migawki z castingów, zdjęć próbnych, z planu i wiele, wiele więcej itp. W tym dodatku da się zauważyć, że Catherine Hardwicke to mocno wczuwająca się ale i deczko nawiedzona osoba…
+ fenomen Tomic-Con
"Comic-Con", czyli święto fanów komiksu, podczas którego również Hollywood promuje swoje najnowsze produkcje. Ten dodatek doskonale pokazuje dla kogo jest ten film bowiem na zebranej konferencji są same rozwrzeszczane nastolatki. Prowadzący ani aktorzy nie mogą sklecić dwóch zdań, bo wystarczy, że się tylko odezwą a cała cala piskliwie ryczy zagłuszając aktorów. Masakra.. Porównajcie sobie ten dodatek z dodatkiem Grindhouse – tam też jest wrzucona konferencja z Comic-Con na której są prawdziwi fani i jest kultura. A przy Zmierzchu to zwyczajna dzieciarnia…
+ kampania kinowa
Czyli wszystkie materiały promocyjne jakie były pokazywane w kinach. Trochę nudne…
+ rozmowa ze Stephenie Meyer
Całkiem ciekawy wywiad z którego dowiadujemy się, jakie perypetie towarzyszyły autorce podczas pisania książki.
+ muzyka – serce Zmierzchu
Bardzo fajny dodatek o muzycznych motywach głównych i miłosnych. Warto zobaczyć. + rola Belli
Wywiad z Kristen Stewart. Ona sama wraz z ekipą udowadniają, jak jej postać jest złożona i trudna do zagrania.
+ rola Edwarda
To samo co powyżej, z tą różnicą, że wszyscy rozpływają się nad niewiarygodną urodą Roberta Pattinsona.„Ten facet to najpiękniejszy mężczyzna na świecie, a w środku ma piękną duszę” rzekła reżyserka…
+ pocałunek Wampira
Dziwny dodatek – kilka ujęć różnych ugryzień Wampira. Bez sensu…
+ teledysk „Kołysanka dla Belli” (remix)
Mógł być z tego fajny remix gdyby nie podłożone głosy z filmu…
+koncert Edwarda
Robert Pattinson gra na fortepianie.


Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

9 sierpnia 2009

Inwazja (2007 - dvd)

7 [dodaj komentarz]

     Podczas lądowania promu kosmicznego dochodzi do katastrofy w wyniku której wahadłowiec rozsypuje się na tysiące części. Ekipa ratownicza wraz z naukowcami na miejscu zdarzenia odkrywa nieznaną dotąd formę życia. Dwoją się i troją nad tym czym jest mikro organizm, gdy ten zaatakował już kilkaset ludzkich organizmów. Z początku zainfekowani po prostu wydają się być dziwni w swoim zachowaniu, ale nie na tyle aby wzbudzać niepokój. Jednak w krótkim czasie zaczyna ich przybywać i okazuje się, że coś, co atakuje ludzi podczas snu, zmienia ich w bezdusznych replikantów. Po przebudzeniu nie czują wobec siebie wrogości ani miłości, nie śmieją się, nie dają ponieść się emocjom. Z jednym, nic mówiącym wyrazem twarzy spokojnie ale sukcesywnie zarażają kolejnych zdrowych i spanikowanych ludzi tworząc tym samym nową cywilizacje pozbawioną konfliktów, przemocy i wojen. Carol Bennell (Nicole Kidman) wraz ze swoim współpracownikiem Benem Driscollem (Daniel Craig) walczą do samego końca ale szanse na przeżycie będą mieli tylko wtedy, jeśli nie zasną.



     Podszedłem do tego filmu z dużym dystansem, a mimo wszystko cholernie mnie rozczarował. Nie pomogła ani sympatyczna Nicole Kidman, ani brzydal Daniel Craig w rolach głównych. Rozgoryczenie jest tym większe, że pomysł na film był naprawdę dobry, a jego pierwsze minuty zwiastowały obiecujący finał. Niestety, "Inwazja" wiele swoim początkiem obiecuje ale słowa już nie dotrzymuje..
     Przez pierwszą połowę filmu obserwujemy postęp infekcji w skali światowej. Ludzie zmieniają się w „nieobecnych”, drudzy stają się podejrzliwi i przerażeni, ale gdy już wiadomo, że sytuacja jest śmiertelnie niebezpieczna cały film wraz ze wszystkimi bohaterami (tymi dobrymi i tymi zarażonymi) koncentruje się na Carol i jej synu. Zaczyna się typowa amerykańska papka w której przez kilkanaście/kilkadziesiąt minut cały świat goni za matką z synem (tak, znowu przerabiamy motyw kochającej matki, która dla dziecka zrobi wszystko). Scenariusz zaczyna przypominać szwajcarski ser z dziurami który wiadomo jak smakuje, akcja pomimo tego, że na ekranie sporo się dzieje zupełnie siada i film zaczyna się nieznośnie dłużyć przez co nie tylko bohaterowie próbują nie zasnąć. Czarę goryczy przelewa fatalne zakończenie w którym reżyser traktując widza jak debila wyłuszcza na pierwszy plan sens filmu (tak, aby każdy zrozumiał o czym film prawi). A żeby było ciekawiej, ostatnia sentencja filmu o wojnach i przemocy bez których człowiek nie jest człowiekiem należy do mało przyjemnego ambasadora rosyjskiego.



     Inwazja jest kolejnym przykładem zmarnowanego pomysłu. Druga część filmu w której dzieje się najwięcej w ogóle nie koresponduje z częścią pierwszą. Pryska klimat, napięcie, dramatyzm, a ciekawy wątek Obcych oferujących świat bez agresji, przemocy, wojen zostaje ograniczony do absolutnego minimum. Zaś ostatnie minuty happy endu są zwyczajnie irytujące i człowiek zaczyna żałować, że nie zasnął podczas seansu.

::::::::::::::::: MOJA OCENA: 4+/10 :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu dvd
CENA: od 34,99
Format obrazu: 16:9
dźwięk: 5.1 (DD) lektor + napisy
Wszystkie dodatki z polskimi napisami.
Byliśmy już porwani: Inwazja w mediach
Lekko nudnawy dodatek o poprzednich filmach wykorzystujących motyw Obcych. Wynika z niego jedno – Inwazja jest o jeden film za dużo :)
3 reportaże: Nowa historia, Na planie, Schwytani
Równie nudny dodatek o produkcji filmu. Wszyscy zachwycają się reżyserem i filmem który nakręcili. Kilka migawek z planu, dwa słowa o efektach specjalnych i ot wszystko.


Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

27 lipca 2009

Dragonball: Ewolucja (2009 - dvd)

11 [dodaj komentarz]

     Mamy wakacje, więc następne wpisy będą serią filmów lajtowych. Na pierwszy ogień wybrałem kinową wersje kultowej japońskiej "mangi" pt. Dragonball o szumnym podtytule Ewolucja.
     Co my tu mamy... Jest chłopaczyna o imieniu Goku, pośmiewisko wszystkich uczniów w szkole, a prywatnie super hero z nadprzyrodzonymi mocami. Jest jeszcze fajniutka Chi Chi w której Goku nieudolnie się podkochuje. Rzecz jasna, fajniutka Chi Chi jest dziewczyną największego mięśniaka i kretyna w okolicy. Trochę zalatuje operą mydlaną, ale to tylko pozory bowiem tu chodzi o coś więcej niż zdobycie najfajniejszej laski w filmie.. Jest jeszcze cały świat… do uratowania, rzecz jasna! Jegomość o wzbudzającym grozę imieniu PICOLO zagraża naszej pięknej planecie i ktoś musi go powstrzymać!



     Dragonball Ewolucja przypomniał mi czasy podstawówki i dwóch kumpli, którzy mieli kompletnego fioła na punkcie mangi i anime. Większość wolnego czasu spędzali na naśladowaniu swoich ulubionych bohaterów czyli: gestykulowali, mówili tak jak oni, skakali i w charakterystyczny sposób lądowali na ziemi (tak jak Goku na samym końcu filmu). Jeden z nich na każdym zdjęciu, czy to klasowym czy prywatnym, zawsze pozował w taki sposób aby później na komputerze dorobić świetlistą kulę unoszącą się nad dłońmi. Potem to drukował i chwalił się, że drzemią w nim ukryte i potężne moce.. :)
     Wspominam o tym, bo chyba tylko tacy fanatycy mangi/anime będą w stanie docenić wszystkie bajery jakie występują w filmie. Reszta widzów może nabawić się szczękościsku podczas ziewania, a w najgorszych wypadkach (np. wybredni koneserzy filmowi) może skończyć się odruchem wymiotopędnym.
     Dlaczego? Chciałoby się powiedzieć, że jest to produkcja przynajmniej tak prosta jak budowa cepa, ale byłoby to spore nadużycie i jeszcze ktoś mógłby pomyśleć, że film jest całkiem niezły. Niestety, fabularnie film leży i kwiczy. Aktorsko niewiele lepiej, choć aktorzy dobrani całkiem nieźle. Technicznie jest nie najgorzej, dużo się dzieje, choć trudno oprzeć się wrażeniu, że wszystkie sceny walki, a zwłaszcza te w slow motion ala matrix, są mocno szpanerskie i ogólnie niespecjalnie przypadły mi do gustu. Krótko mówiąc, nuda. Na szczęście film trwa zaledwie 80 kilka minut (z napisami końcowymi!), więc męczarnie nie trwają długo.



     Cóż więcej można o tym filmie powiedzieć? Niewiele.. Dragonball powinien mieć odrębną kategorię wiekową, optymalnie tak do lat 12. Tylko dzieciaki (chyba) będą mogły docenić opowieść o biednym chłopczyku, który w widowiskowy sposób (najczęściej odstawiając coś w stylu Macareny) przeobraża się w super wojownika zdobywającego najfajniejszą laskę w filmie. Aha, prawie bym zapomniał - wojownika ratującego świat! Szkoda czasu i kasy, a dla większości transferu.

::::::::::::::::: MOJA OCENA: 3/10 :::::::::::::::::




Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

26 kwietnia 2009

Hellboy: Złota armia (2008 - dvd)

8 [dodaj komentarz]

     Z mało znanego reżysera w krótkim czasie zrobił się reżyser światowego formatu. Zanim bowiem powstała druga część Hellboy’a, Guillermo del Toro popełnił kontrowersyjny „Labirynt fauna”, który będąc zupełnie nie hollywoodzkim filmem zrobił w Hollywoodzie spore zamieszanie (3 Oscary). W między czasie del Toro dostał niebywałą propozycję wyreżyserowania ekranizacji kultowego „Hobbita” pióra J.R.R. Tolkiena więc o Hellboy’u, który nie odniósł jakiegoś gigantycznego sukcesu, wszyscy zapomnieli.. Poza del toro, który mając do dyspozycji o wiele większy budżet (w porównaniu do pierwszej części) nakręcił kontynuacje przygód czerwonego.

Kliknij w "PLAY" a potem w "HQ" aby oglądać w lepszej jakości"


     Pierwsza część Hellboy’a niczym nie zaskakiwała, ale była solidną, nieźle zrealizowaną mroczną ‘przygodówką’. Natomiast druga część to już zupełnie inna bajka…
     Krótko o fabule: prościutka. Opowiada o koronie podzielonej na trzy części i o pradawnej, niezniszczalnej armii, którą można powołać do życia łącząc wszystkie części artefaktu. Po stronie zła stoi Książę Nuada, który jest o włos od zwycięstwa, a po stronie dobra stoi paczka bohaterów znanych z części pierwszej. Pytanie za wycieczkę do Disneylandu – kto wygra? :P
Mówiąc jednak poważnie, drugą odsłonę Hellboy’a wyróżnia całkiem liczna grupa ciekawych bohaterów. Najbardziej z nich wszystkich podobał mi się mocno charyzmatyczny Książę Nuada, w którego wcielił się Luke Goss. Jego Książę, mroczny elf przesiąknięty goryczą i zemstą jest po prostu doskonały. Oczywiście, efekt ten został uzyskany w dużej mierze dzięki rewelacyjnej charakteryzacji (wielu widzów porównuje Nuada do naszego Wiedźmina i trzeba przyznać, że coś w tym jest) ale nie tylko bowiem Luke ma niesamowity akcent i wręcz fenomenalny głos którym ‘gra’ w iście teatralnym stylu. Inną, przedziwną i zarazem oryginalną postacią jest Johann Krauss, którego nie sposób opisać (osoba duchowna? :P) Myślę, że słowa jednego z bohaterów „podobno ma miłą, otwartą twarz” i późniejsze „oooo móóój boże” są krótką i niezłą charakterystyką – jego po prostu trzeba zobaczyć.
Nie zawodzą również bohaterowie znani z części pierwszej. Tym razem to Abe („gość z klozetem na głowie”), którego rola jest o wiele większa, sprowokuje Hellboy’a do rozgryzienia kobiet (w rytmie piosenki „Barry’ego Manilow’a - Can't Smile Without You) a sam Hellboy, nie stroniąc od browarka jest jeszcze bardziej sarkastyczny i niestety, trochę bardziej głupawy. W tle przewija się jeszcze kilka innych ciekawych postaci, jednak największe wrażenie robi Anioł Śmierci, który jest „wypisz, wymaluj” ze świata „Labiryntu Fauna”. Nie dość, że genialny z wyglądu to jeszcze sieje ziarno niepewności wieszcząc zagładę świata, do której doprowadzi sam Hellboy (jak nic będzie 3 część :P) W ogóle, jeśli chodzi o potworki, Hellboy 2 dość mocno nawiązuje do poprzedniej produkcji del Toro. Np. w Leśnym Bogu (też genialnym) można dostrzec podobieństwo do samego Fauna a inne postacie, które wypowiadają może jedno, dwa zdania są po prostu w tym samym stylu.
     Poza bohaterami jest jeszcze genialna scenografia. I w baaardzooo dużej mierze jest to scenografia prawdziwa, bez żadnych blue screen’ów. Wykreowany przez del Toro świat, pomimo tego, że jest to zupełnie ludzki świat, idealnie współgra z przedziwnymi postaciami. Całości dopełniają o wiele lepiej dopracowane (w porównaniu do części pierwszej) efekty specjalne. Komputer, co prawda, dalej jest dostrzegalny, ale tylko w tych naprawdę największych i najbardziej wymagających akcji scenach (np. demolka w wykonaniu Leśnego Boga). Natomiast bardzo podobały mi się walki, zwłaszcza niesamowicie widowiskowy styl Nuada – rewelacja.
     Hellboy 2 jest naprawdę widowiskowy a miejscami trudno oprzeć się wrażeniu, że oglądamy rasową komedię. I tak myślę, że fani komiksu Mike'a Mignoli oglądając Hellboy’a 2 mogą mieć odruch wymiotopędny . Po przeczytaniu zaledwie jednego ‘odcinka’, wiem, że opowieść Hellboy’a to żadna komedia w stylu kolorowego fantasy.. Innymi słowy, Hellboy2 to naprawdę bardzo dobry film, ale jeśli przyrównać go do oryginału – masakra, jedynka pod tym względem jest o wiele lepsza. Warto jednak pamiętać, że film musi trafić do „masowego widza” i w tej właśnie kategorii (rozrywka) wystawiam ocenę.



     Reasumując, wydawałoby się, że Hellboy: Złota Armia to „nic ciekawego, nuda” a okazuje się, że wbrew pozorom jest znacznie ciekawszy i lepszy niż część pierwsza (choć jest zupełnie inny). Fabuła nie jest może najmocniejszą stroną, ale nadrabia ciekawymi bohaterami, dobrymi dialogami no i o wiele większą dawką humoru. Do tego trzeba dorzucić naprawdę świetną warstwę audiowizualną – scenografia, charakteryzacja, efekty specjalne, muzyka – wszystkie te elementy idealnie ze sobą korespondują i w efekcie film daje rozrywkę na najwyższym poziomie. Polecam z czystym sumieniem a zwłaszcza osobom, które stronią od tego typu filmów bo nie wiedzą co tracą. Jeżeli nie ze względu na pochlebne opinie to chociaż ze względu na del Toro warto film zobaczyć. Nawiasem mówiąc, do tej pory miałem obawy, ale po Hellboy’u pozostała już tylko ciekawość nadchodzącego „Hobbita”.

::::::::::::::::: MOJA OCENA: 8/10 :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu dvd
CENA: od 39.90 (ja zapłaciłem 62zł za wydanie kolekcjonerskie zawierające obie części)
format obrazu: 16:9
dźwięk: 5.1 (DD) + polskie napisy, 5.1 (DD) z polskim lektorem
+ Na planie
Podobnie jak w pierwszej części – świetny, obbsszzeernyyy dodatek pokazujący pracę całej ekipy przy poszczególnych scenach. Żadnych komentarzy, żadnych przechwałek typu „my to zrobiliśmy po raz pierwszy”, „nikt przed nami tego nie próbował” tylko zwykły zapis z kilku dni pracy.
+ Dziennik reżysera
Kolejny świetny dodatek. Można przejrzeć oryginalne notatki del Toro, w których poukrywane są kolejne, filmowe wstawki takie jak komentarze twórców (głównie del Toro który opowiada o całej produkcji)
+ Wszystkie dodatki z polskimi napisami


Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

20 marca 2009

Pachnidło: Historia mordercy (2006 - dvd)

10 [dodaj komentarz]

     „Pachnidło”, adaptacja bestsellerowej powieści Patricka Suskinda, to historia człowieka żyjącego w osiemnastym stuleciu we Francji, którego spośród jakże licznych w tej epoce genialnych i odrażających postaci zaliczyć wypada do najbardziej genialnych i odrażających (…). Nazywał się Jean-Baptiste Grenouille. Obdarzony genialnym wręcz węchem, zafascynowany zmysłowym światem aromatów pragnął stworzyć najpiękniejsze pachnidło na świecie. Z chwilą, gdy poznał zapach kobiety, jego fantazja stała się niebezpieczną obsesją..

     Tak naprawdę trudno jednoznacznie opisać wrażenie, jakie pozostaje po obejrzeniu filmu. Zarówno w formie jak i treści jest to produkcja niezwykle specyficzna i niekoniecznie prosta w odbiorze.
     Przede wszystkim scenariusz filmu pozostawia spore pole do domysłów. Lektor, który rozpoczyna opowieść o Jean-Baptiste Grenouille przez większość filmu milczy a główny bohater żyje we własnym świecie, z którego w ogóle się nie zwierza. Tak więc kluczem do zrozumienia i poznania Jean’a jest obserwacja jego zachowania, mimiki a także ogólnie obrazu filmu. Przyznam, że taka konwencja, opowiadania obrazem, bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Do momentu jeszcze bardziej zaskakującego zakończenia, które z początku wydaje się być po prostu niewiarygodne. Jest to oczywiście kwestią odbioru, interpretacji, ale myślę, że większość osób, które nie czytały książki podzieli moje zdanie. Dopiero po ponownym przeanalizowaniu filmu doszedłem do wniosku, że wszystko ma ręce i nogi, bowiem za bardzo skupiłem się na wątku stricte zapachu kobiety zamiast na przełomowym momencie, w którym Jean odkrywa, że on sam nie ma zapachu. „Pachnidło” okazuje się być opowieścią o miłości, o potrzebie jej odczuwania, bo to ona świadczy o naszym człowieczeństwie. Łzy Jean’a podczas „egzekucji” i jego późniejsza decyzja „a piekło z tym wszystkim” są tego doskonałym dowodem. Zakończenie całej historii jest zaskakujące, zwłaszcza ostatnia sekwencja, w której Jean teoretycznie osiąga swój cel. Szkoda tylko, że pierwsza część filmu nawet w małym procencie nie zapowiada tego, co będzie na końcu. Nie chodzi tu o przewidywalność fabuły, ale o pewną spójność formy całej produkcji, aby zakończenie nie okazało się być „z innej parafii”. A takie mniej więcej miałem wrażenie oglądając końcówkę.
     Niebagatelne znaczenie ma techniczna strona „Pachnidła”. Prawdziwy majstersztyk. Scenografia, zdjęcia, montaż, muzyka - wszystko można wrzucić do jednej szufladki pt. „małe arcydzieło”. Film zachwyca kunsztem i jedynym w swoim rodzaju klimatem. Zresztą wystarczy popatrzeć na fotki z filmu, na których widać, że jest to prawdziwe widowisko. Na mnie największe wrażenie zrobił obraz zapachu. Jak nakręcić coś, czego nie widać a tylko czuć? Po pierwsze – musi być bardzo dobry aktor, który umie wiarygodnie zagrać ciałem. Po drugie musi być bardzo dobry i sugestywny obraz/montaż. Zmiksowanie jednego z drugim daje absolutnie rewelacyjną scenę, w której Jean podąża za kobietą ze śliwkami. W tej właśnie sekwencji, dzięki doskonałej pracy kamery, oświetleniu, montażowi, podkładowi muzycznemu a także dzięki grze aktorów widz żałuje, że nie czuje tego, co Jean. Chwila ta to niemalże jak sen na jawie ze szczyptą magii w bajkowym świecie. Szkoda, że cały film nie jest w takim właśnie stylu, bowiem poza doskonałymi, magicznymi momentami nie zabraknie chwil brutalnych a czasami obrzydliwych. Jest to głównie obraz XVIII wiecznego Paryża, niemniej trochę mnie to irytowało, gdy w jednej chwili jestem zachwycony a w drugiej mam skwaszoną minę z obrzydzenia (bo są to zdjęcia perfekcyjnie dopieszczone w swojej obrzydliwości..).
     Aktorsko film stoi na bardzo wysokim poziomie. Niełatwa, wymagająca ekspresji ruchowo-mimicznej rola Jeana-Baptiste Grenouille’a przypadła Ben’owi Whishaw. Nie znam innych filmów tego aktora (a przynajmniej nie kojarzę) ale w roli Jeana wypada bardzo przekonująco. Poza tym warto wspomnieć Dustin’a Hoffman’a w epizodycznej, ale jakże świetnie zagranej roli mistrza Giuseppe Baldini’ego.



     Reasumując, pomimo tego, że film miejscami jest nierówny, krótkimi chwilami zbyt wolny (czytaj: trochę przynudza), warto go zobaczyć. Aby poczuć niespotykany i jedyny w swoim rodzaju klimat, zobaczyć świetne widowisko a także doświadczyć żywiołu, który może ogarnąć człowieka i pchać go do kolejnych czynów (bez znaczenia czy dobrych czy złych). Polecam.

::::::::::::::::: MOJA OCENA: 8- :::::::::::::::::



Kilka słów o wydaniu DVD
CENA: od 20zł
format obrazu: 16:9
Dźwięk: 5.1 (DD) lektor i napisy
Podobno na rynku dostępne są dwa wydania. Ja posiadam to tańsze, pozbawione jakichkolwiek dodatków odnośnie filmu. Jedynie kilka zwiastunów innych filmów (np. kiczowaty zwiastun Slumdoga).

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+




#15 Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

1 stycznia 2009

Władca Pierścieni: Powrót Króla (2003 - kino, dvd)

6 [dodaj komentarz]

     W okresie 1954-55r. Tolkien miał nie lada problem. Po 17 latach pisania "Władcy Pierścieni" wydawca stwierdził, że jego dzieło jest.. za grube na jedno-tomową powieść. Obawiał się bowiem, że nikt nie sięgnie po książkę wielkości encyklopedii. Tolkien oczywiście nie mógł się z tym zgodzić ale po naciskach wydawcy nie miał wyboru i podzielił "Władcę Pierścieni" na trzy osobne tomy. Kilkadziesiąt lat później, tyle ile tomów, tyle też powstało filmów w reżyserii Petera Jacksona. Niestety, żadne kino nie wyświetlało całej trylogii jako jednego filmu tak więc obejrzenie wszystkich trzech części (tak jak przeczytanie jednym tchem wszystkich tomów) nie wchodziło w grę. Jedynym wyjściem był Enemef czyli ok 11 godzinny nocny Maraton Filmowy pt. "Władca Pierścieni" z przedpremierowym pokazem "Powrotu Króla". Jak tylko usłyszałem, że taki maraton się odbędzie wiedziałem, że nie mogę tego przegapić. I nie przegapiłem.. :) A teraz, po przydługim i niepotrzebnym wstępie mogę przejść do meritum :)


     Trzecia odsłona „Władka” to największa bitwa w dziejach Śródziemia jak również kinematografii. Sauron wysyła wielotysięczną armię na Minas Tirith, stolicę Gondoru aby zniszczyć największe miasto ludzi i rozpocząć koniec ery ludzi. Jednak na czele dobra stoi Biały Czarodziej – Gandalf i Aragorn, potomek Isildura i prawowity dziedzic korony Gondoru. Ostatnia część to również Frodo i Sam którzy docierają do Góry Przeznaczenia. Czy uda się zniszczyć Jedynego?
     "Powrót Króla" jest najbardziej widowiskową częścią „Władcy Pierścieni”. Niestety, jest to również odcinek który jest najmniej wierny książce. Przede wszystkim zaskakuje zupełny brak tak kluczowej postaci jak Saruman. Żadnej wzmianki a przecież jest to jedna z głównych postaci. Fakt, że został pokonany w „Dwóch Wieżach” nie powinien dyskwalifikować go w „Powrocie Króla” bowiem i w tej części odegrał niebagatelną rolę (kto czytał książkę ten wie :P) Co więcej, pominięto wiele innych ciekawych wątków które wg mnie w filmie być powinny. Choćby walka Gandalfa z Królem Czarnoksiężników czy rokowania Aragorna z wysłannikiem z Mordoru (w książce ten fragment wywołuje olbrzymi przypływ adrenaliny). Wszystkie te braki są co najmniej dziwne, bowiem Jackson serwuje chyba najdłuższe zakończenie filmu jakie do tej pory powstało a ja wolałbym kilka minut mniej na końcu by zobaczyć tak kluczowy dla historii wątek jak np. śmierć Sarumana. Szczerze mówiąc pod względem wierności książce, przez pryzmat poprzednich części "Powrót Króla" niestety dość mocno rozczarowuje.
     Drażni również ciągnący się wątek Froda. Owszem, jego męki są bezpośrednią konsekwencją noszenia Pierścienia i Jackson musiał to jakoś pokazać, jednak pomimo starań Elijah'a Wood'a irytowało mnie to jak ów bohater przeżywa psychiczne katusze. Wpływ Pierścienia można było przedstawić troszkę inaczej - np. w pierwszej części dało się słyszeć szept Pierścienia.. Dlaczego z tego zrezygnowano?
     Kolejną sprawą która jest co najmniej zastanawiająca to wspomniane już zakończenie filmu. Wielu twierdzi, że jest cukierkowate i ciągnie się jak przysłowiowy glut z nosa. Wg. mnie zakończenie jest po prostu na miarę całej trylogii - długie, wzruszające i genialne chociaż deczko inne niż w książce. Poza tym to jest finał filmowej trylogii której nakręcenie zajęło ładnych kilka lat (wliczając napisanie scenariusza itp) więc nie wyobrażam sobie 5 minutowego podsumowania prawie kilkunastogodzinnej trylogii. Mimo wszystko to długie i niebanalne zakończenie wg mnie powstało kosztem pominięcia np. wątku Sarumana.
     To tyle jeśli chodzi o marudzenie z mojej strony. Czas na garść zachwytów :) Efekty specjalne wyznaczają nowy standard prawdziwego widowiska. Miasto Minas Tiriith, stolicę Gondoru którą odkrywa przed nami Gandalf po prostu powala na kolana. Ujęcia z lotu ptaka a później zdjęcia bitwy w której biorą udział dwie wielotysięczne armie a nawet baśniowe Olifanty po prostu zachwycają (aczkolwiek scena w której Eowyna odcina głowę smokowi była przegięciem nawet dla fanów fantasy). Największą wg mnie rewelacją była Szeloba - ogromny, przerażający ale naprawdę realistyczny pająk który przerósł moje oczekiwania. Nie można pominąć doskonałej muzyki a co za tym idzie pieśni.. W książce jest ich bez liku ale w filmie, dopiero w "Powrocie Króla" usłyszymy dwie krótkie pieśni z ust Merrego a potem Aragorna. Właśnie, trzecia część "Władcy" to przede wszystkim postać Aragorna której metamorfoza dopełnia się i Aragorn zostaje królem. Wielkie brawa dla Viggo Mortensena który swoim aktorstwem delikatnie przyćmił resztę ekipy.

     „Powrót Króla” to dalej opowieść o takich wartościach jak miłość, przyjaźń, honor i poświęcenie. Film na pewno rozczaruje sporą część fanów Tolkiena ale nie zmienia to faktu, że jest to wspaniałe widowisko z dużą ilością różnorodnych bohaterów, doskonałymi efektami specjalnymi i bardzo dobrą muzyką. Peter Jackson spisał się i wszystkie nagrody jakie otrzymał są wg mnie zasłużone. Dzięki jego ekranizacjom mania Tolkiena rozprzestrzeniła się jeszcze bardziej i wiele osób sięgnęło po oryginał aby wgryźć się w historię Śródziemia. (i np. odpowiedzieć sobie na znienawidzone przez fanów pytanie: Dlaczego ludzie nie polecieli na Orłach aby zniszczyć Pierścień… :P )

::::::::::::::::: MOJA OCENA: 9/10 - REWELACJA :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu DVD
Tak jak w przypadku „Drużyny Pierścienia” i „Dwóch Wież” wydanie „Powrotu Króla” zawiera 2 płyty DVD. W tym przypadku dodatków jest całkiem sporo (w porównaniu np. do wydania „Dwóch Wież”) bowiem jest dodatek odnośnie Minas Tirith i bitwy na Polach Pelennoru i są to materiały całkiem konkretne. Nie zabraknie również zwiastunów ale jest ich znacznie mniej niż w „Dwóch Wieżach”.


#4 Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

14 grudnia 2008

Władca Pierścieni: Dwie Wieże (2002 - kino, dvd)

9 [dodaj komentarz]

     Nie ulega wątpliwości, że miliony fanów Tolkiena na całym świecie gwarantowało sukces finansowy filmu "Władca Pierścieni - Drużyna Pierścienia". Jednak ekranizując najpopularniejszą i najlepszą powieść fantasy Peter Jackson chcąc nie chcąc zaryzykował lincz na swojej osobie. Historia białego ekranu potwierdza, że ekranizacje zwykle są mocno naciągane i poza tytułem nie mają za wiele wspólnego z pierwowzorem literackim. Z perspektywy czasu można powiedzieć, że Peter Jackson z konfrontacji z fanami wyszedł cało (co nie znaczy, że nie poobijany :). Bez podpowiedzi Jacksona można było łatwo zauważyć, że film został nakręcony z dużym szacunkiem do dzieła Tolkiena jak i do niego samego. Wszystko było dopracowane w każdym detalu co w efekcie przyniosło oczekiwane zyski i niepewną ale w końcu pozytywną krytykę. Jackson na pewno odetchnął z ulgą. Rok później przyszedł czas na drugą część pt. "Dwie Wieże". Fani generalnie byli spokojni (przecież pierwsza część była doskonała). Wiadomo jednak jak jest z kontynuacjami..


     "Władca pierścieni: Dwie Wieże" nie rozczarowuje ale w moim przypadku pozostawia "mały głód" :). Pierwsza połowa filmu jest najsłabszym fragmentem wszystkich części "Władcy". Frodo i Sam odłączają się od Drużyny by samotnie zmierzyć się z niebezpieczną drogą ku Górze Przeznaczenia. Merry i Pipin zostają porwani przez Uruk-Hai a Aragorn, Gimli i Legolas podążają ich śladem. Co chwila ktoś gdzieś biegnie i krzyczy. A to Aragorn przystanie i powie do kamery, że jakieś zło czai się w tej krainie (Rohanie).. A to Legolas przystanie i powie, że tego ranka gdzieś została przelana krew (bo słońce o poranku było czerwone) czy nawet małomówny Gimli zażartuje, że jest sprinterem ale tylko na krótkich dystansach. Tak naprawdę film rozpoczyna się w momencie w którym Drzewiec otwiera oczy i swoją drewnianą stopą ubija wrednego Orka.
     Drzewiec - postać która do samego końca była utrzymywana w olbrzymiej tajemnicy. W zwiastunie filmu pojawiła się tylko migawka tej magicznej postaci i wśród fanów Tolkiena już wrzało, że filmowy Ent jest genialny. Mnie osobiście wizja Jacksona rozczarowała. Przede wszystkim jak na wiekowe drzewa Enty były wg mnie.. za chude. Spodziewałem się olbrzymich drzew których średnica to przynajmniej metr :) Są również odrobinę za niskie. Poza tym, szkoda że tylko Drzewiec został przedstawiony bo w książce był jeszcze jeden gadający i szalony Ent. Ale przynajmniej mimiki twarzy żyjących drzew były super. Nieźle powykręcane, smutne i każda inna - tak jak być powinno.
     Kolejną "magiczną" postacią jest oczywiście Gollum który zrobił na mnie olbrzymie wrażenie. W rolę tej postaci wcielił się Andy Serkis - doskonały tancerz i aktor który w specjalnym kombinezonie z czujnikami ruchu odpowiadał za całą gestykulację i głos Golluma. Reszta to już talent grafików komputerowych. Efekt? Gollum wyglądał lepiej niż Arwena w makijażu MAxFactor :Dhehe Oscar za efekty specjalne zasłużony. Ruchy, gesty, mimiki twarzy, wygląd - nawet w przypadku dużego zbliżenia - wyglądały bardzo realistycznie.
     Na ekran wraca Gandalf który przywdział nowe, śniożno białe szaty. Zaraz po jego wielkim "come back" akcja zostaje przeniesiona do królestwa Edoras, pierwszego miasta ludzi w filmowej trylogii. Tym samym pojawiają się nowe postacie: waleczna Eowyna (Miranda Otto), zdradziecki Grima (Brad Dourif), Król Theoden (Bernard Hill) i inni. Postać Eowyny została lekko okrojona i w sumie szkoda bo aktorka, Miranda Otto była świetna. Najbardziej jednak przypadł mi do gustu Król Theoden czyli Bernard Hill. Doskonały Król, dokładnie tak go sobie wyobrażałem a scena w Helmowym Jarze w której Gamling ubiera go do boju jest zaje..fajna :)
     No i tak siłą rzeczy trzeba wspomnieć o bitwie w Helmowym Jarze. Cały wątek przygotowań został pokazany w sposób bardzo przekonujący. Strach w oczach oraz podupadająca nadzieja wśród bezbronnych cywili jak i żołnierzy znakomicie podkreślała dramatyczną sytuację oraz znaczenie wygranej. Sama walka trwała z dobre 45 minut ale nie odniosłem wrażenia aby była to bezsensowna sieczka z pokazem najnowszych możliwości dzisiejszej techniki komputerowej. Swoją drogą, efekty w tej bitwie to po prostu arcydzieło. Jackson garściami korzysta z możliwości jakie dają komputery i nie boi się tak nietypowych ujęć jak np. spadająca na armie Orków gigantyczna drabina. Ktoś powie, że to nic nowego. Pewnie, ale nikt jeszcze tego nie pokazał z lotu ptaka tylko zawsze gdzieś z dołu gdzie tak naprawdę niewiele widać. Bitwa w której Aragorn powoli staje się królem, po prostu wciska w fotel. A Jackosnowi i tak mało więc pokazał jeszcze atak Entów na warownie Sarumana. Ów atak nie został opisany w książce więc reżyser miał trochę swobody. Efekt jest taki, że moment w którym tama zostaje przerwana i woda zalewa Orków i tunele warowni na długo pozostanie w mojej pamięci.


     Peter Jackson kontynuuje swoją wizję Śródziemia i konsekwentnie trzyma się obranej przez siebie drogi. "Dwie Wieże" robią wrażenie przede wszystkim swoim rozmachem bowiem ta część kończy kino przygodowe a zaczyna kino wojenne. Szkoda tylko, że przez to pewne wątki zostały dość mocno zmienione lub pominięte. Np. Frodo, za sprawą Faramira trafia do Osgiliath. Albo Aragorn i walka z Wargami czy Frodo atakujący Sama. Już nie wspominając o okrojonym wątku entów czy o Szelobie która została przerzucona na ostatnią cześć filmowej trylogii. Natomiast reszta filmu to praktycznie same plusy lub inny punkt widzenia reżysera okraszony doskonałymi efektami specjalnymi, świetną muzyką (w "Dwóch Wieżach" nowe, jeszcze ciekawsze motywy muzyczne - np. Edoras ma swój motyw) i dobrym klimatem. Peter Jackson po raz drugi nie zawiódł. (aczkolwiek "Dwie Wieże" o oczko niżej od "Drużyny Pierścienia")

::::::::::::::::: MOJA OCENA: 9/10 - REWELACJA :::::::::::::::::

Kilka słów o wydaniu DVD
Podstawowe wydanie "Dwóch Wież" podobnie jak w przypadku "Drużyny Pierścienia" zawiera dwie płyty. Jedna to oczywiście film a druga to dodatki. W porównaniu do poprzedniej części to wydanie pozostawia niedosyt. Dodatków jest niestety mniej natomiast naćkano sporo zwiastunów i klipów reklamujących film, grę komputerową i dvd- wydanie specjalne. Szkoda. Jest natomiast 10 minutowy materiał "z planu Władca Pierścieni: Powrót Króla".


#3 Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

10 grudnia 2008

Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia (2001 - kino, dvd)

9 [dodaj komentarz]

     Pamiętam dokładnie dzień w którym wybrałem sie na pierwszą część "Władcy Pierścieni". Czwartek, 14 lutego 2002 roku. By odebrać bilet na przedpremierowy pokaz musiałem odstać w kolejce z dobrą godzinę. Już nie wspomnę o tym, że bilety rezerwowałem jakieś 2 tygodnie wcześniej a i tak dostałem marne miejscówki bo z lewej strony pod samym głośnikiem.. W każdym razie w końcu znalazłem się na sali w której panował kompletny chaos. Ludzi było na pewno więcej niż siedzeń - grupki 5-10 osobowe, niektórzy ucharakteryzowani, młodsi i starsi. Jedni siadali na swoich zarezerwowanych miejscach, inni rozkładali się na schodach a reszta kładła się pod ekranem. W życiu nie widziałem tak pełnej sali.. Każdy z niecierpliwością spoglądał na zegarek na którym godz. 19.30 ( o tej godz miał rozpocząć się film) wybiła 10 minut temu... W końcu po pół godzinnym opóźnieniu o godz. 20.00 rozpoczęła się wycieczka do Śródziemia w towarzystwie "Drużyny Pierścienia".

     Film "Władca pierścieni" to ekranizacja książki będącej klasyką i fundamentem całego nurtu fantasy. Niewielu w ogóle wierzyło, że film powstanie - świat jaki stworzył J.R.R. Tolkien jest po prostu nie do ogarnięcia. Tzn. jest ale na to potrzeba czasu bowiem tolkienowskie Śródziemie to: mitologia, historia, niespotykane rasy istot, różne języki (z opracowaną gramatyką i składnią - są tacy którzy tych języków się uczą! nie jest to zbitka przypadkowych liter), baśniowy świat no i sama historia pierścienia która jest długa, wielowątkowa i z bardzo dużą ilością bohaterów. Zekranizowanie takiej powieści wydaje się być zadaniem karkołomnym ale Peter Jackson, reżyser filmu już w pierwszych minutach stara się przekonać, ze jest to możliwe.
     Przyznam, że byłem ciekawy od którego momentu zacznie się film i zostałem całkiem pozytywnie zaskoczony. Reżyser sięgnął bowiem do innej książki pt. "Silmarillion" (książka opowiada historię Śródziemia przed wydarzeniami we "Władcy pierścieni") i kilkuminutowym prologu w bardzo przystępny sposób została przedstawiona krótka historia powstania pierścienia. Pierwsze wrażenie pod względem fabularnym jak najbardziej pozytywne. Jednak najlepsze przychodzi później bowiem jak się okazuje film naprawdę jest wierny książce. Oczywiście nie w 100% bo to zwyczajnie nierealne (wspomniana mnogość wątków i bohaterów) i pewne wątki zostały pominięte a inne zmienione. Mimo wszystko scenariusz filmu to rzecz genialna bowiem oglądając film, jako zagorzały fan Tolkiena, mogę powiedzieć, że nie bluzgałem pod nosem "matko, co oni zrobili?". Wręcz przeciwnie, odniosłem wrażenie jakby twórcom naprawdę zależało na tym aby nie zrobić z tego filmu kiczowatej papki z "Władcą pierścieni" i nazwiskiem "Tolkien" w tytule. Scenariusz jest naprawdę genialny. Pomimo uproszczonej historii w filmie występuje olbrzymia ilość scen i dialogów prosto z książki a nawet został zachowany oryginalny język elfów. Mało tego, z Peterem Jackosnem współpracował John Howe - można powiedzieć, że to jeden z oficjalnych ilustratorów powieści Tolkiena. Jego rysunki były i są wręcz doskonałe więc Peter wykorzystał to w swoim filmie. Efekt powalający. Jako fan Tolkiena oglądałem film z otwartą paszczą bowiem przed oczami miałem to co na kartach książki - sceny, dialogi, rysunki - i wszystko się ruszało, gadało i było takie jakie być powinno. Szacun :)
     Nim przejdę do achów i echów nad wizualną stroną filmu warto zaznaczyć, że pierwsze wrażenie (pierwsze minuty filmu) było mocno średnie. Bitwa Ostatniego Sojszu w dużej mierze została nakręcona przy pomocy komputera i niestety ten komputer było widać.. I to dość mocno, zwłaszcza w momencie w którym pojawią się Sauron. Na szczęście reszta filmu jest jak najbardziej rewelacyjna. Efekty komputerowe z zasadzie pojawią się w każdej minucie ale komputera nie widać. Największe wrażenie robi walka w Morii z Trollem Jaskiniowym a potem z ognistym Balrogiem. Te sekwencje to po prostu wizualny, komputerowy majstersztyk. Ale nie tylko na to zwróciłem uwage bowiem podobała mi się również praca kamer. Np. niesamowity efekt (komputerowy) jest w momencie gdy kamera "wlatuje" w podziemia i bardzo szybko 'przeciska' się przez korytarze, drzwi, komnaty itp. w końcu dociera do stojącego Sarumana. Albo pod koniec filmu, gdy Boromir dmie w róg. Aragron z Legolasem i Gimlim biegną na pomoc siekając wszystko co się rusza a całość jest pokazana jednym dłuuuuugiiimm ujęciem z niskiego lotu ptaka. Rewelacja. Poza tym, Peter Jackson daje duże pole do popisu samym aktorom bo filmuje ich z bardzo bliska.
     Nie każdy wie ale Tokien był przeciwko postępowi technologicznemu. Wg niego postęp cywilizacji zabijał to co najpiękniejsze - naturę. Ten uzasadniony sprzeciw i irytacja dość konkretnie odbiły się w jego twórczości bowiem były to przyczyny doskonałych, nie mających sobie równych opisów przyrody. To właśnie z tego słynie Tolkien - z niemalże foto realistycznych (jeśli można tak w przypadku książki powiedzieć) opisów przyrody. Film Petera Jacosna stara się wyjść na przeciw tym opisom i efekt jest taki jaki być powinien - doskonały (to już się nudne zaczyna robić :P). Takie krainy jak Shire, Rivendell, Moria, Isengard, Barad-Dur czy krótka migawka miasta Minas Tirith. To wszystko po prostu zwala z nóg. Jeżeli ktoś szuka Śródziemia w naszym świecie to czym prędzej powinien się wybrać do Nowej Zelandii czyli tam gdzie został nakręcony Władek. Krajobrazy są po prostu piękne. Aczkolwiek przyznam, że lasy Lorien nie przypadły mi do gustu. Technicznie oczywiście wszystko ok, chodzi bardziej o wizję jaką zaserwował Jackosn. W filmie jest to kraina niewątpliwie smutna, ukazana w blado-niebieskich kolorach. Ja Lorien wyobrażałem sobie w kolorach jesiennych, przemijających symbolizujących przemijający czas elfów. No trudno, nie można mieć wszystkiego - taką wizję miał Jacoson i trzeba to uszanować.
     Krótko o obsadzie. Były obawy co do Elijah'a Wood'a ale w sumie był ok.. Trzeba było się do niego przyzwyczaić i jakoś poszło :P Kontrowersyjna Liv Tyler w roli Arweny była niezła ale dlaczego akurat ją obsadzili w roli drugiej najpiękniejszej elfki Śródziemia (zaraz po Tinuviel o ile dobrze pamiętam) nie mam pojęcia. Podobno rolę dostała dlatego bo jest wręcz uwielbiana przez Chińczyków.. Bardzo podobał mi się Christopher Lee w roli Sarumana. Kamienna, mądra a zarazem zdradziecka twarz w jednym. Reszta obsady ok :)
     Niewątpliwie bardzo ważnym elementem budującym klimat i atmosferę takiego filmu jest muzyka. Każdy pamięta informację która mówiła, że muzykę do "Władcy" napiszę nasz Wojciech Kilar. Niestety i stety, ostatecznie muzykę skomponował Kanadyjczyk Howard Shore. Kawałek "The Bridge Of Khazad Dum" to jest to :) W filmie usłyszymy również dwa utwory słynącej z klimatycznych utworków Enyi. Jeden w scenie miłosnej Arweny i Aragorna, drugi "May it be" na napisach..


     Film "Władca pierścieni: Drużyna Pierścienia" nie jest filmem pozbawionym wad. Problem w tym, że nie potrafię ich wypisać bowiem w ogólnym rozrachunku trudno jest się do czegokolwiek przyczepić. No chyba, że istotne dla niektórych są takie szczegóły jak np. łza na policzku Froda pod koniec filmu. W jednym ujęciu jest na lewym policzku by sekundę później była na drugim.. :) Albo w jednej scenie, bardzo daleko widać jadący samochód.. :) Czy też znana barierka w Rivendell. No ale nie oszukujmy się, w każdym filmie, a zwłaszcza w tak dużym projekcie (wszystkie trzy filmy były kręcone jednocześnie!) jest to normalne.
Fani Tolkiena na pewno będą wybrzydzać na wątek Arewny i Aragorna i ogólnie na samą Arwenę która zastąpiła książkowego elfa Glorfindela (to on "dostarcza" Froda do Rivendell). Brak również wesołego i rozśpiewanego Toma Bombadilla i wielu innych wątków/postaci. Ale wg mnie Jacskon zawarł w filmie tyle ile się dało a zmiany w historii Jedynego były po prostu konieczne.
Należałoby jeszcze wziąć pod uwagę widzów którzy w ogóle Tolkiena nie znają i zapytać czy im tak samo będzie się ten film podobać. Szczerze mówiąc... nie mam bladego pojęcia :) Mam nadzieję, że tak bo film jest.. genialny (musiałem to napisać :P). Ma klimat, wciąga i trzyma w napięciu. Wszyscy fani, i ci starsi, i ci młodsi czekali na tą ekranizację. I dziękować, że przymiarki do zekranizowania trylogii które ponoć prowadzili sam Steven Spielberg i George Lucas nie doprowadziły do niczego. Peter Jakcson nakręcił film absolutnie rewelacyjny, na pewno przełomowy i zapewne przez baarrdzoo długo nie zobaczymy równie dobrego filmu fantasy. Polecam

::::::::::::::::: MOJA (kontrowersyjna) OCENA: 10/10 - ARCYDZIEŁO :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu DVD
Niestety nie posiadam DVD w wersji special edition która zawiera dodatkowe 30min filmu. Nie zmienia to jednak faktu, że 2-dyskowe wydanie podstawowe jest równie rewelacyjne. W cenie ok 40zł dostajemy dwie płytki. Jedna to oczywiście film a druga to ok 2,5 godziny dodatków tłumaczonych na język polski. Przyznam, że jest to jedno z najbogatszych wydań dvd jakie do tej pory udało mi się nabyć. Warto kupić.


#2 Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.